"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Wcale ale to wcale nie czuję że to już po świętach! W całym moim zabieganiu, nie było odliczania dni do świąt, oczekiwania; nie było śniegu, ani nawet zimowych temperature[ nie było również wigilii z prawdziwego zdarzenia, nie było pierogów, uszek, barszczu… Ale brew moim oczekiwaniom, lub raczej braku takowych, dostałam trzy dni wolnego. Wybraliśmy się więc do teściów i spędziliśmy święta, a ściślej mówiąc jedne dzień świąt, na słodkim lenistwie… i bez obżarstwa! A teraz spowrotem do pracy i codzienności; jak to bywa w życiu stażysty, za trzy dni wolnego w Boże Narodzenie trzeba zapłacić, co oznacza dyżur w Nowy Rok ☺.

-----------------

I can’t believe Christmas is over. With my crazy, around-the-clock schedule I didn’t even have time to count down days to the holidays; there was no snow, or even typical winter temperatures; I didn’t have a real Christmas Eve either… with all its specials like mushroom raviolis, pierogi, beets soup, etc.
But contrary to my expectations, or rather lack of such, I got three days off for Christmas. So we decided to visit my in-laws and spent the holidays, or rather a holiday, just chilling and being lazy. And now – back to work and my everyday routine; as it often happens in intern life, there is a price to pay for being off for Christmas; that means working and being on call over the New Year’s ☺.

środa, 30 listopada 2011

Zdecydowanie zaliczam się do mniejszości jeśli chodzi o metodę docierania do pracy! Jako że mieszkam tylko trzy i pół przecznicy od szpitala to mogę chodzić do pracy na piechotę. Zdrowiej, szybciej… i bardziej ekonomicznie, bo nie muszę płacić za parking szpitalny. Spacerek zajmuje mi 5-7 minut… w zależności od kierunku; do pracy jest pod górke (w dosłownym tego słowa znaczeniu), więc idzie się troche wolniej.
Po drodze mijam Virginia Capitol – piękny zabytokowy budynek i kilka urzędowych biurowców.

Przez ostatnie kilka tygodni prawie codziennie rano w drodze do pracy mijałam zwijającą się “kuchnię polową” (ciężarówkę przerobioną na małą gastronomię). I może nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to że o 5:30 rano oni już się zwijali z biznesem. Strasznie mnie to zastnawiało kto i komu w środku nocy serwuje jedzenie.

No i w końcu dzisiaj znalazłam odpowiedź na to pytanie. Wracając z pracy poczułam zapach świeżej ziemi i końskich odchodów i zostałam oślepiona przez niezmiernie jasne reflektory. Okazało się że Spielbierg robi swój nowy film o ostatnich dniach z życia Lincolna właśnie rzut beretem od mojego mieszkania! A w roli głownej mój ulubiony Daniel Day-Lewis. I choć nie udało mi się spotkać nikogo z celebrytów, zrobiłam sobie na pamiątkę zdjęcie planu filmowego ☺.

-----------------------------
I’m definitely belong to minority when it comes to commuting to work. Since my place is only three and a half blocks away from the hospital, I can walk to work! It’s healthier, faster and cheaper! I don’t have to buy a pass to hospital parking deck. Walking takes 5 to 7 minutes, depending in which direction I’m walking; my walk to work is up the hill, so it’s dragging a little. On my way I’m passing my Virginia Capitol, a beautiful historical piece of architecture, and several office bulidings.

For the last few weeks, on my way to work, I was passing by a “mobile restaurant truck” (the kind you see at fairs and outdoors events). It wouldn’t be strange at all, except that it’s 5:30 am and they were wrapping up their business! I found it quite intriquing… who is serving whom in the middle of the night.

I finally got my answers today on my way home! Walking by the capitol I could smell fresh dirt, horse manure and I got totally blinded by super duper powerful lamps. It turns out that Spielbierg is making his new movie about last days of President Lincoln just few steps from my place. And my favorite Daniel Day-Lewis is in it! And although I was not lucky enough to meet any of the celebrities, I took a photo of the movie plan as souvenir.


A dla ciekawskich - ten oświetlony budynek w tle, to mój szpital!
for the curious ones - the well-lit building in the background is my hospital!

wtorek, 15 listopada 2011

Nie do wiary że już jest połowa listopada! No ale jak się pracuje od świtu do nocy to nic dziwnego że czas ucieka nie wiadomo gdzie. Od miesiąca jestem na “urazówce”. Zazwyczaj o tej porze sezon na urazy już się ma ku końcowi… ale w tym roku długo pogoda dopisuje, tak więc pacjentów nam nie brakuje. I dobrze i źle!!! Dobrze bo im więcej pacjentów, tym więcej się nauczę… źle, bo szkoda ludzisk z połamanymi nogami od wybryków motocyklowych, ranami postrzałowymi czy urazami głowy po wypadku samochodowym. Dni są zabójczo długie! Zdecydowanie za wiele pracy dla dwóch stażystów! W zależności od cenzusu pacjentów, który dzisiaj liczył 40 pacjentów, Chris i ja zazwyczaj spędzamy w szpitalu 13-16 godzin dziennie… sześć dni w tygodniu. No chyba że zdarzy się złoty weekend (golden weekend).

Do tej pory od pierwszego lipca, kiedy zaczęłam mój staż miałam 4 złote weekendy! Większość osób pewnie nie podziela mojego entuzjazmu… ale proszę mi wierzyć że jak się pracuje 6 dni w tygodniu, to jak się zdarzą dwa dni wolnego w kupie, to gratka nie z tej ziemi! No więc jak już mam ten mój zasłużony “długi” weekend to wykorzystujemy ten czas z Mikiem na maxa! A że pogoda dopisuje to… wsiadamy na motor i przed siebie!

Większość moich znajomych z pracy kręci głowami że jak to możliwe że jak szyję rany tylu nieszczęśników na co dzień, mam jeszcze odwagę wsiąść na motor. A ja na to… jak na lato! Prawda jest taka że może człowiekowi spaść cegła na łeb w drewnianym kościele; więc jak już coś się ma stać to lepiej korzystać z życia.

Wybraliśmy się ostatniego weekendu w góry (Blue Ridge Mountains) aby podziwiać jesienne kolory z autostrady biegnącej szczytem pasma górskiego (Skyline Drive). I jak widać barwy są przepiekne… A Niebieskie Góry są niebieskie nawet złotą jesienią!
-----------------------------------------------

I can’t believe it’s already mid-November. But if one works from dawn till the darkness spills over the world, it’s easy to loose track of time. For almost a month now, I’ve been working in trauma and emergency surgery department. Usually “trauma season” is winding down this late in the year. But this year the warm weather is holding up really long, so we can’t complain of shortage of patients. That’s both good and bad! Good, because the more patients I have, the more opportunities I’m going to have to learn! Bad, because I feel sorry for all these folks with broken legs after motorcycle crashes, gun shot wounds or head injuries after car accidents. The days are ridiculously long. Way too much work for two interns. Depending on our patient census (today for example we had 40 folks on our ward), Chris and I usually spent 13-16 hours per day in the hospital…six days a week; “golden weekends” being the only exception.

So far since I started my internship on July 1st, I’ve had 4 golden weekends! Most people can’t understand my excitement, but believe me, if one works 6 days a week every week, when a “long” (real) weekend comes along, it’s a reason to celebrate! When I finally get two days off in a row, Mike and I take advantate of every single moment! And since the weather has been great this season we get onto his Harley and… off we go!

Most of my coworkers can’t believe that after I fix unlucky bikers every single day at work, I still feel like taking a risk and getting onto a motorcycle. But I’m a total believer that if something is meant, a brick can kill me in a wooden barn! That’s being said, I’d rather have some fun!

And so, last weekend we went into the mountains (Blue Ridge Mountains) to admire the Fall from the Skyline Drive. And as you can see the colors are awesome and… Blue Mountains are blue even with all the Fall colors around!



poniedziałek, 17 października 2011

Moja “podyplomówka” za amputacji prawie dobiega końca. I bardzo się z tego cieszę. Jeszcze zostało mi tylko 6 dni na chirurgii naczyniowej… i wcale mi nie jest przykro z tego powodu. Pracy jest co nie miara, pacjenci są bardzo chorzy… do tego stopnia że takiego typowego “naczyniowca” nie da się wyleczyć choćby nie wiem jak się próbowało. Prawie każdy ma cukrzyczę, niewydolność serca, nadciśnienie no i… oczywście jakiś problem naczyniowy. Miesiąć na naczyniówce z perspektywy stażysty nie wygląda zbyt kolorowo. Pacjentów jest dużo, roboty papierkowej co nie miara, cały czas coś komuś dolega więc co chwile dostaję mój pager się odzywa. A jak już uda mi się iść na salę operacyjną to na… amputację! Już mam ich za sobą ponad 10!!! – paluchy, stopy, poniżej kolana, powyżej kolana… do końca tego tygodnia zostanę amputacyjnym specjalstą! Nie lubię tych zabiegów jak nie wiem – ale to są właśnie zabiegi na poziomie stażysty i… wszystkiego trzeba się nauczyć. W każdym razie bez względu na ilość zrobionych amputacji, zawsze gdy podnoszę piłę elektryczną (albo ręczną – już sama nie wiem które doświadcznie jest bardziej traumatyczne) i zabieram się za piłowanie nogi, ogarnia mnie niesmak i… czuję się bardzo nieswojo! Nie znajduję nic satysfacjonującego w pozbawianiu kogoś kończyn. Owszem, są ciekawe i bardziej wyrafinowane zabiegi na chirurgii naczyniowej jak przepływy omijające, naprawa tętniaka na aorcie czy usuwanie płytki miażdżycowej z tętnicy szyjnej… ale niesety nie dla psa kiełbasa! Tego typu zabiegi są poza ekspertyzą stażysty! No ale przynajmniej jest nadzieja że jak wrócę na chirurgię naczyniową za rok czy dwa, z większym doświadczeniem i możliwością robienia bardziej “technicznych” procedur, to ta dziedzina chirurgii wkupi się spowrotem w moje łaski…

-----------------------------------------------------------------------

My amputation fellowship is coming to the end… and I’m quite happy about that. I only have 6 days left on vascular surgery and I’m not going to get overly sad about it. I’m swamped with work, my patients are extremely sick… so sick that an average “vasculopath” can’t be cured, no matter how hard I try. Almost every single one of them has diabetes, heart failure, hypertension and… some vascular problem, of course.
A month on vascular service is not too glorious from an intern’s perspective. I have tons of patients, piles of paper work; folks are always in need and my pager never stops beeping. And if I’m lucky enough to finish my scut work in time, I get to go to OR to do … some sort of amputation. I have more than 10 on my record!!! – toes, whole feet, below-the-knee, above-the-knee. Before this week is over, I’m going to be an amputation specialist. I don’t like these procedures – but these are “intern-level” operations and I have to learn how to do it. Regardless of having done few of these amputations, every single time when I lift an electric saw (or a hand saw – I don’t even know which of these experiences was more traumatic), and I’m about to chop somebody’s leg off, I feel awful and uncomfortable. I’m not finding anything gratifying in depriving somebody of their extremities. There are some very technical and much refined procedures in vascular surgery; for example arterial bypasses, aneurysms repairs or removing atherosclerotic deposits from carotid arteries in the neck… but they’re not my share! These procedures are too advanced for my level, and they usually go to upper-level residents.
But there is a chance that when I come back to vascular surgery service next year, with more experience and better surgical skills, I might get to do some of these “cooler” procedures and I will actually enjoy it.

środa, 28 września 2011

No i mam już za sobą trzy miesiące rezydentury. Przez ostatni miesiąc pracowałam na intensywnej terapii traumatyczno-chirurgicznej. Ogólnie moje odczucia były podobne jak rok temu w czasie mojego fakultetu na OIOMie. Bardzo mi odpowiada taki szaleńczy tryb życia, gdzie wszystko może zmienić się z minuty na minutę, gdzie decyzje trzeba podjąć w ułamku sekundy, bo przecież każda chwila się liczy kiedy komuś zatrzyma się serce, albo dołączenie od wentylatora się nie powiedzie.
Jednak tegoroczne doświadczenie róźniło się zdecyowanie od tego studenckiego, jeśli chodzi o umiejętności praktyczne. Jako student musiałam zrozumieć fizjologię i process patalogiczy odpowiedzialny za dany problem medyczny. Teraz jako lekarz, oprócz przepisania odpowiednich lekarstw, często musiałam rozmawiać z bliskimi moich pacjentów, że niestety pomimo naszych usilnych starań mama, babcia, siostra czy córka mogą nie wyjść z choroby czy urazu. No i przede wszystkim jak któryś z moich pacjentów wymagał jakiś inwazyjnych interwencji, to musiałam stanąć na wysokości zadania i zrobić co trzeba. Tak więc mam już na swoim kącie całkiem pokaźną liczbę procedur takich jak wkłuć tętnicznych, wziernikowanie oskrzeli, wprowadzanie drenu w celu odbarczenia odmy płucnej. Najbardziej stresującą interwencją jest jednak dla mnie wkłucie centralne… do żyły szyjnej lub podobojczykowej. Niby że robi się przy użyciu monitora ultradzwiękowego/ sonogramu, ale i tak jest to niezwykle ryzykowne. Gdy po raz pierwszy robiłam wkłucie do żyły szyjnej, to tak się pociłam z obawy przed spowodowaniem odmy płucnej, że jak w końcu pozbyłam się sterylnego fartucha to wyglądałam jakbym zlała się z wrażenia… teraz nadal się pocę, ale już mniej intensywnie! ☺
---------------------------------------------------------------
I can’t believe three months of my residency have passed. Last month I worked at the surgical trauma ICU (STICU). My experience was very similar to that from my senior ICU elective last year. I love this life on the edge, where things can go south in the matter of minutes, and where decisions have to be made in seconds… because every moment counts when somebody’s heart has stopped or weaning of ventilator had failed.

However this year’s experience was quite different from the one I had a student when it comes to practical skills. As a student I had to understand physiology and pathological processes that made my patients sick. Now, as a doctor, not only had I put orders for appropriate medicines and correct doses, but often times I had to notify families that despite our efforts we might not be able to save their mother, grandma, sister or daughter.

And finally if one of my patients required aggressive treatment measures involving procedures, I had to face the challenge and do what needed to be done. And so, having spent my month in the ICU, I know how to start arterial lines, how to do bronchoscopy or put in a chest tube to treat pneumothorax. The most innerving procedure of all, however, is putting in central lines (internal jugular or subclavian vein lines). Most of these lines are done with direct visualization with an ultrasound machine… but they are still nerve wrecking. When I was putting in my first IJ, I sweat so much out of fear of giving my patient a pnumo (pneumothorax), that after I removed my sterile gown, I looked as if I had peed my pants. Now I still sweat… b

poniedziałek, 5 września 2011

Dosyć często zarówno znajomi, jak i przypadkowi rozmówcy pytają mnie ile operacji już zrobiłam… no bo skoro robię rezydenturę z chirurgii to przystałoby abym operowała jak najwięcej. Otóż nic bardziej błędnego!

Owszem – będę „operowała jak najwięcej“ w późniejszych latach mojej rezydentury, tymczasem jednak moim głównym zadaniem jest zdobywanie wiedzy medycznej „poza salą operacyjną“. Tak więc większość mojej pracy odbywa się „na oddziale“ bądź w przychodni/ pogotowiu. Muszę wiedzieć jak zdiagnozować różnego rodzaju skorzenia, jakich objawów nie przegapić, jakie badania czy testy zamówić żeby potwierdzić bądź wykluczyć moje podejrzenia. Wbrew przekoniom oszałamiającej większości, wiele problemów chirurgicznych leczy się konserwatywnie, bez zabiegu, antybiotykami, obserwacją i cierpliwością. Więszość pacjentów po zabiegach również wymaga dosyć bacznej uwagi: albo mają niekotrolowany ból, czasem zdarza się krwawienie, czy arytmia serca… ze wszystkim tym muszę sobie poradzić. A jak na odziale jest spokój i dzieją się jakieś mało skomplikowane zabiegi, to i ja – pierwszoroczniak, mam okazję poćwiczyć swoje zdolonści manualne. Już mam za sobą kilka zabiegów – przepuklina pachwinowa, brzuszna, kilka podskórnych torbieli.

Mnóstwo czasu spędzam przed komputerem, jako że karty pacjentów są całkowicie skomputeryzowane, na zamawianiu leków (których większość część stanowią środki przeciwbólowe) i sprawdzaniu wyników testów laboratoryjnych lub badań radiologicznych. Sporo czasu zabiera dzwonienie do innych specjalistów po konsultacje, lub laboratoriów, fizjoterapeutów, dietetyków itd. Czasem to nie lada zadanie aby w ogóle wykombinować jak zamówić dany test/ lekarstwo/ czy kto będzie najlepszą osobą aby pomóc mi czy moim pacjentom.

Najbardziej niespodziewanym zadaniem z jakim się zetknęłam w czasie moich dwóch miesięcy „doktorowania“ były rozmowy z sędzią! W czasie mojego miesiąca nocek, miałam jednego pacjenta, który co jakiś czas miewał zaburzenia świadomości. W czasie tych epizodów odłączał sobie wszystkie kroplówki i odmawiał interwencji medycznych. Teoretycznie nie możemy nikomu narzucić na siłe leczenia. Ale w przypadkach takich jak ten, kiedy pacjent nie jest w pełni zdolny do podejmowania własnych decyzji medycznych (samo to zagadnienie jest bardzo skomplikowanie, ale w skrócie aby móc podejmować takie decyzje, pacjent musi być w stanie zrozumieć i zwerbalizować proces chorobowy, dostepne interwencje medyczne, benefity i ryzyko z nimi związane, alternatywy, oraz przewidywany kurs w razie odmowy leczenia), decyzja od dalszym leczeniu, bądź jego braku może być podjęta przez kogoś bliskego (i tutaj w kolejność: małżonek, dorosłe dzieci, rodzice, rodzeństwo itd). W przypadku mojego pacjenta nikt z rodziny nie był dostępny, tak więc jedyną moją opcją było wystąpienie o nakaz sądowy na tymczasowe przymuszowe leczenie. I tak oto trzy razy w ciągu jednego miesiąca musiałam w środku nocy dzwonić do dyżurnego sędziego z petycją o „zniewolenie“ mojego pacjenta i przymusowe leczenie. Raz skończyło się nawet na wzywaniu ochrony i przywiązaniu pacjenta do łożka. Roboty papierkowej z tym co nie miara, ale przynajmiej mój pacjent otrzymał niezbędne leczenie.

Domeną naszego centrum medycznego jest „Każdego dnia nowe odkrycie“ (Every Day New Discovery), i w moim przypadku sprawdza się to 100% - nawet jeśli dotyczy to zgłębiania tajników legalnej medycyny ☺.

---------------------------------------------------

Quite often I get asked asked by both – my friends and random people, how many surgeries I’ve done so far. It seems quite obvious that since I’m doing surgical residency, I should be operating as much as possible. That’s quite not true! I will be operating as much as possible during later years of my residency training, but for the time being my main responsibility is to learn medicine and patient care outside of the operating room. And so, majority of my work is happening on the wards, in clinic or in the emergency department. I have to know how to diagnose a variety of problems, what signs and symptoms I cannot overlook, and what tests to order so that I can confirm or exclude some conditions on my differential list. Contrary to what most people think, many of surgical problems are treated conservatively without surgical intervention, with antibiotics, patientce and watchful waiting. Many of my post-operative patients require close medical attention; they might have uncontrolled pain, hidden bleeding, arrhythmias… I have to know how to take care of all these things. When folks on the wards are quiet, and there are some „simple“ cases going on in the OR, even me – an intern, get „my 5 minutes“ to show off/ practice my manual skills. And so, I’ve already done inguinal hernia, umbilical hernia and several different subcutaneous lesions.

I spend good portion of my time in front of the computer (since medical records are fully electronic in our hospital), ordering medications (huge protion of which are pain killers) and following up on variety of labs and radiologic tests. Consulting doctors in other specialties or talking to lab personell, physical therapy, nutritionist etc, takes tons of time as well. It’s not an easy task to figure out how to order a given medication, or what is the best test to order for my patient.

The weirdest, or most unexpected, thing I got to do during my two months of doctoring was talking to a judge! During my month of night float I had a patient, who every now and then would become delirious. At those moments of confusion, he would pull out all his IVs and refuse any medical interventions. Theoretically we can’t force treatment onto anybody. But in cases like that, when a patients is not fully capable of making his own medical decisions (the issue might be quite complicaced; shortly, in order to be able to participate in informed consent, a patient has to be able to understand and verbalize a disease process, available interventions, their risks and benefits, alternatives and the outcome if no treatment is given) the medical decisions can be made by the next of kin (in the following order: spouse, adult children, parents, siblings etc). In my patient’s case, no family members could be reached, so my only option was to petition for a medical TDO (Temporary Detention Order). And so three times in one month, I was forced to call a judge in the middle of the night and explain why I thought it was necessary to force medical interventions on this dude. Once I even had to call security and have the guy restrained. But ultimately it worked out, because my patient received proper treatment and got better.

Our medical center prides itself with the following slogan „Every Day A New Discovery“. In my case it’s 100% true, even if it means getting familiar with secrets of legal medicine :).

wtorek, 23 sierpnia 2011

Trochę zaniedbałam mojego bloga... i całe moje życie też.
Aż wstyd się przyznać że nie gotowałam od kiedy zaczęłam pracę na początku lipca; od czasu do czasu coś tam wymymodzę z półproduktów, albo stworzę jakąś sałatkę na szybko. Jedyna dobra tego strona to taka że nie mam wyrzutów sumienia odhaczając kolejne restauracje na mojej liście miejsc do wypróbowania :).

A skoro już przy listach to... niewątpliwie ułatwiają moje zabiegane życie. Oprócz listy restaurcji które chciałabym odwiedzić, mam rówież listę zakupów, listę artykułów naukowych i zagadnień medycznych do przeczytania, listę rzeczy o których chciałabym tutaj napisać. Mam nadzieję że kiedy w końcu opracuję patent na to jak upchać dwie doby rzeczy do zrobienia w dwudziestu czterech godzinach, to jakoś poodhaczam i te listy :).

A tymczasem dzisiaj przetrwałam moje pierwsze trzęsienie ziemi; a przynajmiej pierwsze wyczuwalne. Akurat byłam w gabinecie lekarskim z jednym z moich pacjentów, kiedy zatrzęsła się podłoga. Na początku myślałam że ktoś dosyć pokaźnych rozmiarów idzie po korytarzu tuż za moimi drzwiami, ale kiedy drżenie nie ustępowało, i naczynia na szafce oraz komputer na biurku zaczęły się trząść, uświadomiłam sobie że to trzęsienie ziemi. Na trzecim piętrze dało się to odczuć dosyć porządnie. Cały epizod trwał może około 10 secund, ale to wystarczyło żeby zimny pot zalał mi plecy.

---------------------------------

I blog got totally ignored lately. And so did my entire life.
It's a shame to admit that I haven't cooked since I started working at the beginning of July. Every now and then I make something from half-prepped ingredients, or I'll fix a quick salad. The only positive outcome of all that is that I finally have an opportunity to check off some of the restaurants on my list of places to try.

Since we're talking checklists... I love them. They certainly make my chaotic life easier. Except from "restaurants to try" list I have a shopping list, a list of scientific papers and medical topics to read on, a list of things to write about on my blog. I hope that when I finally find a way to fit two days worth of stuff in twenty four hours, I'll be able to check off some more stuff of these lists.

Meanwhile, I've survived my first earthquake today; or at least the first one that I could actually feel. I was seeing a patient in clinic, when the shaking began. At first I thought that someone heavy was walking outside of the office just behind my door, but when the shaking didn't stop, and jars on the counter and a computer on my desk started moving, I realized it was an earthquake. At the 3rd floor level I could definitely appreciate the motion. The whole episode lasted no longer than 10 seconds or so, but it was enough to give me goose bumps.

niedziela, 31 lipca 2011

Mamy nowe drzwi! Ale zachodu z tym było co nie miara. Ponad rok temu po kwartalnej inspekcji osiedla, dostaliśmy powiadomienie od naszej Home Owner Association (taki odpowiednik wspólnoty mieszkaniowej), że musimy wymienić drzwi wejściowe do domu, bo jest na nich naciek i futryna jest pęknięta, i że nasz dom, a w związku z tym osiedle, nieładnie wyglądają. Podobne powiadomienie dostaliśmy jeszcze ze 3 razy, no i w końcu postanowiliśmy zadziałać aby uniknąć kary pieniężnej za psucie wizerunku naszej ulicy.

Akurat tak się zdarzyło że pewnego czerwcowego wieczoru zapukali do nas do drzwi ludzie reklamujący usługi remontowo-wykończeniowe. Umówiliśmy się z nimi na następny dzień w celu zapoznania się z ich ofertą. Przyszło dwóch mężczyzn – jeden w średnim, drugi w nieco bardziej podeszłym wieku. Starszy robił prawie całą reklamę, albo raczej anty-reklamę. Po ponad dwóch godzinach wywodów na temat wyższości owej firmy nad innymi im podobnym, starszy człowiek poinstruował młodszego żeby pokazał nam próbki drzwi, futryn, różnych wykończeń i kolorów. Kiedy w końcu zgodziliśmy się z Mikiem na końcowy wygląd naszych przyszłych drzwi, starszy człowiek spędził prawie godzinę na rysowaniu, szkicowaniu i podliczaniu „pod kreską“ ogólnego kosztu… który niemal że zwalił nas z nóg - prawie $15,000!!! No ale jako że Mike był w wojsku, ja jestem lekarzem, zakupu dokonywaliśmy w mało popularnym czasie itp, rabatów nazbierało się tyle, że ostateczna cena spadła do $9,500. Mike prawie się zgodził, ale ja stwierdziłam, że potrzebujemy przynajmniej dnia do namysłu. Starszemu panu nie bardzo to się spodobało, i strasznie się zaczerwienił, że tyle czasu spędził u nas a my się chcemy namyślać. Ale ja ostro stałam przy swoim.

Jak w końcu sobie poszli, wygoniłam Mika z domu żeby szybko pojechał do Home Depot (odpowiednik Castroramy) i z grubsza zorientował się w cenach drzwi. Ekspedient który go obsłużył doznał lekkiego szoku jak usłyszał ile ci panowie zażyczyli sobie za drzwi. I tak oto zamówiliśmy super drzwi w Home Depot, które razem z instalacją kosztowały nas niecałe $4000.
Po trzech tygodniach czekania, w końcu doczekaliśmy się nowych drzwi. Teraz tylko trzeba będzie przemalować okiennice żeby wszystko ze sobą grało!

-------------------------------------------

We’ve got a new front door. But what an ordeal it was!
A little bit over a year ago, after a quarterly neighborhood inspection, our Home Owner Association sent us a notice to replace the front door. There was a leak on the door and a crack in the frame, and apparently it made our house, and the entire development, look unattractive. We got similar notices three more times, and finally we decided to act, to avoid financial penalties for destroying the looks of our subdivision.
It just conveniently happened that one evening in late June we heard a knock on the door, and there were folks on the front step advertising home improvement and remodeling services. We made an appointment for the following day. Two guys showed up – one was middle-aged and the other one quite elderly. The old one did almost all the talking. I thought I was going to pass out. After an almost 2-hour-long lecture why their company was better than others, the old guy directed the younger one to show us samples of doors, frames, finishes and colors. When Mike an I finally came to an agreement on what we wanted, the old guy spent another hour drawing, writing and calculating with a pencil the overall cost, which turned out to be quite shocking… almost $15,000! We got several rebates – military rebate for Mike, healthcare worker rebate for me, buying the door at “low season” rebate (I thought that summer was a high season for home improvement projects); and so the price came down to $9,500.
Mike almost bought it, but I said I needed an extra day to think about it. The old guy didn’t like my idea. He got all upset and red-faced that he spent so much time with us and we wanted to do extra thinking. But I was quite insistent. When they finally left, I sent Mike to Home Depot so he could get a general idea of how much a new front door cost. The sales associate that was helping him was quite perplexed when he learned the price quote given to us by the two guys. And so we ordered an awesome front door that together with installation cost us a little shy of $4000.
After three weeks of waiting, we finally have the new door. I love how it looks; especially on the inside - it matches our wood floors perfectly. Now we only need to paint the shutters so everything outside matches, too.

Zdjecie co prawdna niesezonowe, ale dobrze widac na nim stare drzwi.
This photo is quite "out of season" but you can see our old door perfectly, here.




Nowe drzwi/ New Door

Widok od wewnątrz/ Inside View

Widok od zewnątrz/ Outside View

środa, 20 lipca 2011

Nigdy nie pomyślałabym że dbałość o cerę może okazać się taka skomplikowana.
Przez pierwsze dwa tygodnie pracy na nocnej zmianie, wcale nie zwróciłam uwagi że moja "kremowa rutyna" powinna się zmienić. Zupełnie nie zastanawiając się nad moją poranną i wieczorną toaletą używałam kremu na dzień rano i kremu na noc wieczorem. Dopiero w poprzedni weekend mnie olśniło że przecież teraz moja noc to dzień, a dzień to noc. Niby że jak jestem w nocy w szpitalu to nie ma słońca, ale w czasie spaceru do pracy przed 18:00 słońce jeszcze grzeje "pełną parą". Rano jak wracam do domu około 7:00 to też parę promyków przyświeca. W ciągu dnia pokoju nie zaciemniam, i dosyć sporo światła wpada do mojej sypialni... więc może powinnam i wtedy używać kremu dziennego?
Strasznie to wszystko zagmatwane :).

-----------------------------------------------

I would have never thought that skin care can be so confusing.
For the first two weeks of working night shifts I completely didn't realize that my "cream routine" should have been adjusted. Instead, totally not thinking about my morning and evening beauty rituals, I continued to use day cream in the morning and night cream in the evening. It wasn't until this past weekend when I realized that right now night is my new day, and day is my new night. That's true that when I'm in hospital at night, there's no sunlight... but when I walk to work around 6 pm, the stun is still shining like crazy. And when I'm coming back home just before 7 am the first rays are already gleaming. During the day I don't darken my bedroom, but there is enough light entering through the blinds... So maybe after all I should be using day cream even when I'm asleep!?
It's all too complicated for my tired brain :).

poniedziałek, 18 lipca 2011

No więc wygląda na to że czas światłości mojego bloga przeszedł do lamusa. Naprawdę nie miałam czasu zajrzeć tutaj przez ostanie dwa tygodnie. Wydaje mi się że moje życie w tym momencie ogranicza się do pracy i spania… bo na nic innego już nie wystarcza czasu.

Najpierw o pracy! Zaczęłam od miesiąca nocek. To dobrze i źle. Dobrze bo dużo się uczę i naprawdę szybko zrobiłam się całkiem niezależna. Źle bo nie mam własnych pacjentów i… trochę ta moja praca polega na sprzątaniu cudzych śmieci. Pracuję od niedzieli do piątku – sobota jest moją wolną nocą! Zazwyczaj od 18:00 do 6:00. W niedzielę zaczynam wcześniej – o 15:30, a w czwartek kończę później – o 10:30 – bo mam wykłady od 7:00 do 10:30.

Pod swoją opieką mam zazwyczaj pomiędzy 40 i 60 pacjentów. Pokrywam kardiochirurgię, toracochirurgię, onkologię chirurgiczną, chirurgię żylną, ogólną i dziecięcą. Gdy przychodzę tuż przed 18:00, „dzienni lekarze“ zdają mi raport na temat swoich pacjentów – na kogo trzeba uważać, kto miał jakie zabiegi, jakie testy/ badania zostały zamówione i czego muszę dopilnować. Na temat więszkości pacjentów nigdy nic nie słyszę, bo sobie spokojnie i bez żadnych komplikacji śpią. Są jednak tacy, którzy „mieszkają“ w szpitalu i dzwonią na ich temat co noc – to głównie dotyczy pacjentów ze sztucznymi sercami (tudzież z innymi potrzymującymi życie urządzeniami podłączonymi) na kardiochirurgii, albo tych z chronicznym bólem. Nie rzadko zdarza się że dzienny lekarz czegoś mi nie powie, bo nie przypuszcza co może się wydarzyć, albo zapomni, i ja potem w środku nocy muszę wertować przez tysiące notatek żeby jak najlepiej pomóc pacjentowi w potrzebie. Generalnie mój pager odzywa się około 30-50 razy w ciągu nocy. Połowę z nich mogę łatwo załatwić przez komputer – zamówić dodatkowe lekarstwo przeciwbólowe albo przeciw-wymiotne. Ale w przypadku pozostałych muszę iść i zobaczyć pacjenta – ktoś ma problem z oddychaniem, komuś spadło ciśnienie, ktoś krwawi z rany pooperacyjnej, ktoś ma za niski cukier, ktoś inny ma halucynacje, itp, itd.

Jest w szpitalu rezydent piątego roku – czyli już na wylocie. Powinnam z nim konsultować poważniejsze przypadki, szczególnie jeśli jest to pierwszy raz kiedy stykam się z danym problemem. Ale tak jak napisałam – szybko nauczyłam się niezależności, bo to naprawdę krępujące prosić o pomoc w kółko o to samo ☺.

Najtrudniej jest mi się przyzwyczaić do tego że ludzie nazywają mnie „doktorem“. Z pacjentami nie jest najgorzej – przedstawiam się jako doktor i oni zwracjają się do mnie w taki sam sposób. Ale czuję się naprawdę dziwnie kiedy doświadczona pielegniarka, która wie 100x więcej niż ja na temat leków przeciwbólowych lub zmieniania opatrunku uciskowego po amputacji nogi zwraca się do mnie „przepraszam doktorze“, „dziękuję doktorze“. No ale miejmy nadzieję że to przyjdzie z czasem.

-------------------------------------

It looks like the finest period of my blog is over. I seriously had no time to log into here for the last two weeks. It looks like all I do these days is working and sleeping... not enough time left for anything else.

As promised, I'll write few words about my job. So I've started with a month of night float, which is good and bad. Good, because I'm learning a ton and I'm becoming independent quite fast. Bad, because I don't have my own patients and I don't feel like I own them... my job is mostly about cleaning somebody else's mess (or putting down fires). I work Sunday through Friday, with Saturday being my night off. Usually I start at 6 pm and finish at 6 am. On Sundays I start earlier - at 3:30 pm and on Thursdays I finish later - at 10:30 am, because we have our weekly lecture series from 7 to 10:30 am.

On average I have anywhere between 40 and 60 patients under my care. I cover for cardiothoracic surgey, surgical oncology, vascular, general and pediatric surgery. When I get to the hospital right before 6 pm, the day doctors give me a report on their patients: who I should pay particularly close attention to, what sort of procedures they had done, what kinds of tests are still pending, and what I should follow up on. About most of the patients I never hear anything - they are stable and quietly sleep through the night. But there are those who essentially live in the hospital and I'm getting calls about them every night - this is particularly true about cardiothoracic patients with artificial hearts (and others life sustaining machines connected to them), and those with chronic pain problem. It's not uncommon that day doctors forget to mention something to me, or simply they don't anticipate problems with their patients, and then I have to dig through patients' charts in the middle of the night to find resolution to a problem.

Normally my pager goes off between 30 and 50 times a night. Half of them I can easily answer in front of my computer - order additional pain or anti-nausea medications. The rest of them I have to answer in person - somebody is short of breath, too high or too low blood pressure, somebody is bleeding from their surgery site, somebody else has too low blood sugar, or is confused etc.
I also have a 5th year surgery resident in the hospital - almost a surgeon now. I should consult him on more complicated cases, and all the problems that I've never handled before. But as I mentioned before - I quickly became quite independent, because it's really embarrassing to ask him same thing over and over again :).

The hardest thing for me is to get used to being called "doctor". It's not too bad with the patients. I introduce myself as a doctor and they address me in the same way. It's quite a different story with nurses. It's so awkward when an experienced nurse, who knows 100x more than me about pain management and wound care of amputation site addresses me "excuse me, doc" or "thank you doctor". I hope I'll get used to this at some point.

wtorek, 5 lipca 2011

Dzisiaj będzie o rezydenturze i… nowych godzinach pracy.
Kiedyś zastanawiałam się skąd w ogóle wzięła się ta nazwa „rezydent“. Według jednego z moich profesorów, który robił specjalizację w czasch kiedy mnie nie było jeszcze na świecie, określenie to „mówi samo za siebie“. Kiedy on był rezydentem, nie było ograniczeń czasowych co do godzin pracy, więc jako że owi nieszczęśnicy często spędzali całe dnie w szpitalu, czasem nie mając okazji iść do domu kilka nocy pod rząd, zaczęto nazywać ich „rezydentami szpitala“. Nie wiem czy tak było naprawdę, ale nie da się zaprzeczyć że w porównaniu z tamtymi czasami dzisiejsi rezydenci nie przepracowywują się za bardzo.

Według obecnie obowiązujących zasad limit pracy wynosi 80 godzin na tydzień średnio na przestrzeni 4 tygdodni. Oznacza to że można pracować 85 godzin w jednym tygdoniu i 75 w następnym. Po raz pierwszy ograniczenia godzinowe zostały wprowadzone w stanie New York po tym jak w latach osiemdziesiątych nastolatka Libby Zion zmarła w szpitalu na skutek błędu popełnionego przez przepracowanego rezydenta. Jej ojciec prawnik poświęcił wiele lat na walkę z system i w końcu w 1989 szpitale w Nowym Jorku wprowadziły zasadę „80 godzin“ a od 2003 roku wszystkie szpitale kliniczne również stosują się do tego prawa.

Kiedy jako student trzeciego roku medycyny po raz pierwszy zaczęłam „pracować“ w szpitalu, obowiązywały stare zasady. Oprócz pilnowania się „80 godzin na tydzień“, nie można było być w szpitalu dłużej niż 30 godzin pod rząd – czyli jeśli po normalnym dniu pracy zostawało się na nocny dyżur, trzeba było opuścić szpital następnego dnia przed upływem 30 godzin. Od tego roku, a dokładnie od 1 lipca według najnowszych zasad, stażyści - czyli rezydenci pierwszego roku (włącznie ze mną) nie mogą pracować dłużej niż 16 godzin pod rząd. Zasada 80 godzin nadal obowiązuje, zarówno jak i zasada, że jeden dzień na siedem powinien być wolny od klinicznych obowiązków.

Ja moją rezydenturę rozpoczęłam od miesiąca na dyżurach nocych. Po trzech nockach już mam na swoim koncie 44 godziny! No ale o tym na czym polega moja praca w tym miesiącu i pierwszych wrażeniach z nią związanych napiszę w osobnym poście ☺.

----------------------

Today's entry is going to be about residency and... and new duty hours.
I used to wonder where the name "resident" is coming from. According to one of my professors, who did his residency back in a day before I was even born, the name is "speaking for itself". When he was a resident, there were no limits to the working hours, and it was often the case that folks worked all days in the hospital, often no having an opportunity to go home few nights in a row, and so they were called "hospital residents". I'm not sure if this is a true story, but it can't be denied that comparing to those days, residents today are not too overworked.

According to current rules a resident can't work more than 80 hours per week averaged across 4 weeks. That means that it's OK to work 85 hours one week, and 75 in another. These limits were introduced for the first time in the state of New York, after in the eighties a teenage girl Libby Zion (you can read about it on Wikipedia! How would I survive without it?!) died as a result of an error committed by a tired, overworked resident. Her father, a lawyer, spent years fighting the system and finally in 1989 hospitals in New York introduced the "80 hour rule". In 2003 they were joined by all resident teaching institutions in the country.

As a third year medical student when I first started working on the wards, I had to obey the old rules. Except from respecting the "80 hours rule", one could not stay in the hospital more than 30 hours in a row; that meant that if somebody was staying on-call overnight after a regular work they, they had to leave a hospital the next day before 30 hours went by. Starting this year, precisely on July 1st, according to the newest rules, interns (1st year residents) can't work shifts longer than 16 hours. The 80 hour law still applies, as well as the rule saying that one in every 7 days should be free of clinical duties.

I started my residency with one month of "night float" rotation. After three nights I've already clocked in 44 hours! But what my job is about, and my first impressions of it is going to be a topic for another entry :).

środa, 29 czerwca 2011

Kiedy zaczynałam pisać ten blog, byłam w trakcie składania papierów na medycynę. Jak już się dostałam na te studia, postanowiłam sobie że nie będzie to blog szkolno-medyczny… a przynajmniej nie tylko. Miało być o takich tam sobie codziennych banałach i od czasu do czasu poważniejszych sprawach. Do tej pory chyba nawet mi się to udawało, ale teraz może nie być tak łatwo trzymać medycynę w ryzach – bo jak w piątek zacznę pracę, to już w tym moim życiu na codzienne banały nie zostanie za wiele czasu. No ale na temat pracy i długich godzin pożalę się następnym poście, bo ten miał być o „codzienności“.

Nie cie cierpię fryzjerów w Ameryce! Są drodzy i nie wiedzą co robią. Jak przyjechałam tu prawie 10 lat temu to… po trzech niepowodzeniach postanowiłam zapuścić włosy, bo nawet zwykłe ścięcie okazało się nielada wywzwaniem dla trzech różnych „fachowców“. Gdy pojawiły się pierwsze oznaki srebrnego włosia, nie było już tak prosto i… udało mu się po kolejnych próbach znaleźć kogoś kto umiał zrobić super pasemka i nieżle obciąć, ale nawet z moim studenckim rabatem w owym czasie każda wizyta u fryzjera przyprawiała mnie (nie wspominająć już o małżu) o palpitacje. Jak się przeprowadziłam kawałek dalej od DC i jego wywindowanych cen, portfel już tak bardzo nie cierpiał, ale standard stylizacji również spadł. Tak więc moje uczesanie zazwyczaj przeżywało okresowy renesans podczas wizyt w Polsce, a później to już róźnymi metodami i z takimiż samymi efektami starałam się utrzymać czuprynę w przywoitym stanie do kolejnej wizyty.

Tak też było tym razem. Podczas wiosennej wizyty w Polsce skusiłam się, oprócz obowiązkowych na siwiznę pasemek, na grzywkę, a raczej pół grzywki (bo taka niesymetryczna). Ostatni raz miałam chyba grzywkę w przedszkolu gdy mama obcinała mnie na pazia. Wszystko było pięknie i super dopóki kudły mi nie urosły i nic już za tej grzywki nie widziałam. Około trzech tygodni temu poszłam do salonu gdzie już raz robiłam pasemka (z w miarę pozytywnym rezultatem) i po moich dosyć długich wywodach i gestykulacjach kobieta „ciachnęła“ mi grzywkę (bo na inne imię się to nie kwalifikuje). Ani nie dało się tego potem ułożyć ani nic. Podpinałam więć sobie to nieszczęsne wystrzępione włosięta spinką, a dzisiaj w drodze do domu postanowiłam wypróbować „nocny salon“ obok mnie (jest otwarty od 15 do 24:00). Kobieta złapała się za głowę jak zobaczyła dzieło swojej poprzedniczki. Miejmy nadzieję że udało jej się naprawić moje włosy (bo po lakierze i podkręcanej szczotce, zawsze wszystko ładnie wygląda – do pierwszego mycia). I kto by pomyślał że taka grzywka może dostarczyć tyle problemów w Ameryce?

------------------------------

When I started writing this blog, I was in the process of applying to medical school. When I finally made it in, I decided that it wouldn’t be blog about school and medicine… or et least not exclusively. It was intended to be a space for sharing everyday trivial and… not so trivial stuff. So far I’ve been doing pretty good, I think; but now it might be hard to keep medicine from here. When I start working on Friday, there might not be much time left for trivial things. That being said, I’ll complain about my hours in the next post, since this one was supposed to be about “everyday stuff”.

I hate American hair stylist. Not only do they cost an arm and a leg, but they also have no idea what they are doing. When I first arrived here almost 10 year ago, after three “hair dresser fiascos” I decided to grow my hair. A simple, ordinary haircut turned out to be a challenge for three different stylists. When I saw first few specks of silver on my head avoiding hair salons was not so easy any more. After a couple more attempts I found somebody who could do decent highlights and reasonable haircuts but… the prices were far from reasonable. Even with my student discount the cost of each appointment gave me palpitations (not mentioning the hubby). When I moved away from DC and its overpriced services, the hair maintenance cost dropped… and so did the quality of service. And so, my hair usually went through a sort of renaissance during my periodic visits in Poland, and then with various methods and… various effects I attempted to maintain my hairstyle in a reasonable shape until my next trip home.

This time was no different. When I was in Poland last spring, on top of my regular highlights I decided to get bangs (or “fringe” for those speaking British English); or a swing bang… since it was quite funky and asymmetric. Prior to that the last time I had bangs was in preschool when my mom thought that “bob style” hair was the best hair ;).
All was good until my hair got long and I could not see any more from behind my bangs. About three weeks ago I went to a salon when I had my highlights done once and they did an OK job. After several minutes of explanations and gesticulations, a lady chopped my hair (“chopped” because it doesn’t qualify for different name). My hair was bulky and unmanageable, so that I ended up clipping it with a berretta. Today on my way home from work I decided to try out a new “Night Hair Studio” that opened close by a while ago. They are open from 3 pm until midnight… When a hair dresser saw what her predecessor did last time, she shook her head. Lets hope that she fixed my hair (all hair looks good until your first wash, with all the lotions, sprays, and curled brushes).
Go figure! Who knew that ordinary bangs would be such an ordeal in America.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wygląda na to że właśnie skończł się mój ostatni beztroski weekend; przynajmniej ostatni na bliżej nieokreślony czas. Bo za pięć dni oficjalnie rozpocznę moje internship (najbardziej znaczeniowo zbliżone do „stażu“, choć z moich rozmów z tymi którzy odbywali i staż i internship, rzeczy te mają niewiele ze sobą wspólnego). W zeszłym tygodniu miałam trzydniową orientację szpitalną. Pierwszy dzień był głownie formalny – odebrałam swój szpitalny indentyfikator, przymierzyłam kilka fartuchów i wybrałam odpowiedni rozmiar, w kadrach zapisałam się na ubiezpieczenie medyczne i inne świadczenia socjalne. Po raz pierwszy odkąd przyjechałam do Stanów nie będę zależna pod tym względem do małżonka. Mało tego – oboje będziemy korzystali z moich świadczeń ☺.
Pozostałe dwa dni były zdecydowanie bardziej interesujące i… chociaż nie takie było ich zamierzenie, przerażające. W małych grupach dyskutowaliśmy na temat bezpieczeństwa w szpitalu, efektywnej pracy w grupie, legalnych aspektach bycia lekarzem. W labolatorium symulacji mogliśmy wystawić na próbę swoje zdolności komunikacyjne i umiejętność radzenia sobie z „trudnymi pacjentami“ i „jeszcze trudniejszymi współpracowinikami“. I dopiero wtedy z przerażeniem uświadomiłam sobie, że za niecały tydzień będę musiała komuś wypisać receptę… a prawda jest taka, że pomimo wiedzy książkowej jaką mam w głowie, jak przyjdzie co do czego, to pewnie nie będę pewna czy na gorączkę to przepisuje się pyralginę czy penicylinę.
Moja przeprowadzka jest prawie skończona. Powoli i stopniowo cały zeszły tydzień, każdego dnia przed pracą zawoziłam kika kartonów małych drobiazgów do mieszkania – środki czyszczące, naczynia, sztućce itp. W sobotę wynajęliśmy większy samochód i przewieźliśmy łóżko. Mike poskładał meble z Ikei (większość z nich wyprodukowanych w Polsce), a ja zaczęłam organizować rupiecie na swoich miejscach i pomyłam podłogi.
W tym tygdoniu zawiozę ubrania (również powoli i na raty) i będziemy mogli zacząć pomieszkiwać w nowym miejscu… bo cały czas jeszcze nie wiemy jak to wszystko wyjdzie w praniu – moja i Mika praca, i mieszkanie w dwóch miejscach równocześnie ;).

---------------------------------

It looks like my last carefree weekend has just ended; at least the last one for a while. In five days I’ll officially begin my internship, which according to many who have been through it is like nothing they had experienced prior to it, and like no other year in their lives.
Last week I had a three-days-long hospital orientation. The first day was full of boring formalities – I had to collect my hospital ID, I was fitted for a white coat, and I subscribed for health insurance and other benefits. For the first time since my arrival to the US, I won’t be my husband’s dependant… actually, both of us are going to use benefits through my work ☺.
The other two days were much more exciting and… although it was not the intention – more frightening. In a small group setting, we were discussing hospital and patient safety, effective teamwork in a medical environment, legal aspects of doctoring, etc. In a simulation lab we could test our communication skills and abilities to deal with “difficult patients” and “even more difficult co-workers“. And that’s when I realized that not even in a week, I’ll have to write a prescription for someone… and the truth is that despite of all the knowledge stuffed in my brain, when the time comes, I won’t be sure if it’s Tylenol or penicillin that you give for fever.
My move is almost accomplished. Every day last week, slowly and gradually I was taking few boxes of small stuff to my new place (cleaning supplies, dishes, silverware etc). Last Saturday we rented a moving van and took a bed from the guest bedroom to my apartment. When Mike was putting together Ikea furniture (most of them made in Poland, by the way), I started organizing things in the cabinets and I cleaned the floors. This week I will gradually move my clothes, and we’ll be able to start living in the new place… although neither of us knows how this whole „living in both places“ is going to play out.

wtorek, 21 czerwca 2011



W niedzielę wybrałam się z koleżanką na obiad w DC. W Chinatown i okolicach wszystkie oznaczenia są dwujęzyczne: po angielsku i po chińsku. Strasznie dziwny jest ten chiński; jak to możliwe że McDonald's tłumaczy się przy pomocy trzech znaków, a Chipotle wymaga całej masy? :)

---------------------------------------------------

On Sunday night my friend and I had dinner in DC. In Chinatown neighborhood most signs are bilingual: in English and in Chinese. Chinese is quite a curious language; how is it possible that only 3 signs are required to write McDonald's and ton of them to translate Chipotle? :)

sobota, 18 czerwca 2011

Jednym z praw konstytucyjnych Amerykanów, które wywołuje wyjątkowo dużo kontrowersji od kiedy Obama został prezydentem, jest prawo do posiadania broni. My w domu mamy 4 – różnego rodzaju i rozmiaru. Głównie dlatego że Mike święcie wierzy w to że skoro konstytucja gwarantuje mu woloność posiadania broni to czemu z tego nie skorzystać; a po drugie tak na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć.
Już całkiem niedługo będę musiała przeprowadzić się do „swojego mieszkania“ w samym centrum Richmond i mieszkać w nim, przynajmniej na pół etatu, sama. Mój Mike więc stwierdził że nie ma mowy żebym się tam wyniosła bez „narzędzia zbrodni“ na „czrną godzinę“.
Kilka lat temu moi znajomi wyprowadzali się na placówkę dyplomatyczną za granicę, i dali mi na przechowanie rewolwer. Tak więc mój małżonek stwierdził że skoro mam własny pistolet, to dobrze się składa bo możemy od razu przejść do sedna sprawy i zabrać się za trenowanie. I tak oto wczoraj wybraliśmy się na strzelnicę, żebym mogła przygotwać się na tę „czarną godzinę“, która mam nadzieję nigdy nie nastanie.
Jeszcze nigdy w życiu nie trzymałam w ręku pistoletu… oprócz zabawkowego, oczywiście. Miałam w ręku wiatrówkę – kto nie miał? Pamiętacie jak wesołych miasteczkach można było sobie ustrzelić jakieś badziewie? Kiedyś też miałam okazję na strzelnicy strzelać z bardziej poważnej strzelby myśliwskiej, jednak też „długolufowej“. Ale takiego rewolwera to naprawdę nigdy nie trzymałam w rękach.
W każdym razie bo wielu Mikowych wyjaśnieniach w końcu wzięłam do ręki naładowany pistolet i… oddałam swój pierwszy strzał. Zupełnie nie byłam przygotowana na końcowy efekt. Niesamowite jaka potężna jest siła odrzutu nawet przy takiej małej broni. Normalnie aż zakolebotało moim całym ciałem. Pomimo ochraniaczy na uszach rozdzwoiniły się wszystkie dzwony w okolicy i sufit zawirował. Czasem na filmach widziałam wstrzasniętną kobietę która po raz pierwszy wystrzeliła z broni i zawsze myślałam sobie: „ale przesadzaja“. Ale moje wstrząśnięcie wcale nie było mniej dramatyczne. Po dwóch czy trzech strzałach byłam taka zdruzgotana że aż się rozpłakałam z wrażenia. Jak już trochę ochłonęłam z tych wrażeń i wzięłam się w garść, to nawet mi to strzelanie nieźle szło. Mam nadzieję że nigdy nie będę musiała korzystać z tego treningu w codziennym życiu, ale na wszelki wypadek nauczyłam się obsługiwać ten rewolwer.

-----------------------------

One of the constitutional rights of every American, that has been quite controversial ever since Obama became the president, is the right to bear arms. At home we have four guns of different kinds and sizes; mainly because Mike believes in exercising his constitutional rights and privileges, and secondly… just in case, because no one knows the time or the hour.
Quite soon I will have to move to „my new apartment“ in downtown Richmond, and at least part-time I’ll be living there on my own. And so Mike decided that there is no way that I can be there on my own without a weapon when it comes to the worst.
Few years ago my friends were deployed abroad and they left their revolver of with me „to watch it for them“. Mike found it to be a fortunate coincident, because now that I have my own gun we can move straight to the point and start training. Yesterday, then, we went to a shooting range so I could prepare „for the worst“, which I hope will never come.
Until yesterday I had never handled a pistol before, except from a toy gun… ages ago. I also shot with a pneumatic weapon before. Who hasn’t tried scoring some cheap prizes at a fair with one of these? Once we went to a „country shooting range“ and practiced shooting with a small hunting shotgun. But again, I had never handled a revolver before.
Anyway, after tons of explanations and tips from Mike, I took my revolver and fired my first shot. I was totally unprepared for the final result. It’s unbelievable how powerful a recoil from such a small gun was. My entire body jerked. And despite having ear protection it seamed that all the sirens in town went off and the ceiling started spinning. Sometimes in movies when I saw a rattled lady who fired a gun for the first time I thought: “What an exaggeration”. But my reaction was probably more dramatic that some of those I’d seen in movies. After two or three more shots I was so traumatized that I started crying to let go negative emotions. When I finally calmed down and got over the “freak out factor” I was quite good at aiming and shooting. I truly hope I’ll never have to use my new training in every day life, but I’m glad I’ve learned how to handle my revolver.

czwartek, 16 czerwca 2011

W Ameryce wszędzie jeździ się samochodem; no może nie w dużych miastach. Ale na takiej „suburbii“ jak ja, to inaczej się nie da – bo nawet jakby chciało się iść gdzieś na piechotę, to trzeba być wyjątkowo odważnym, albo… nie chcieć żyć. Chodników tutaj jak na receptę, a nawet jak są to potrafią skończyć się ot tak, poprostu…
No ale ten post nie miał być o chodnikach tylko o parkingach. Więszość ludzi już tak ma że parkuje jak najbliżej wejścia. Ile razy zajeżdżam na ogromny parking przy centrum handlowym, kinie czy szkole oczywiście największa kumulacja samochodów jest przy samym budynku. Ale raz na jakiś czas zdarza mi się zobaczyć jakiś samotny samochód na burym końcu. Zawsze sobie myślałam co to za dziwak parkuje tak daleko – skoro i tak już przyjechał samochodem, to po co dokłada sobie ze 200 m. spaceru? A teraz już wiem – bo sama stałam się takim dziwakiem! A to wszystko dlatego że ludzie nie szanują samochodów – ani swoich ani tym bardziej innych. Miałam mojego superowskiego Mini przez dwa albo trzy dni, i dopatrzyłam się wgięcia na drzwiach, bo oczywiście jakiemuś idiocie, który zaparkował obok mnie albo drzwi się wymknęły z ręki jak wysiadał, albo kosz zakupowy nie zmieścił się między dwoma pojazadmi.
W każdym razie wczoraj pojechałam do dealera i na moim autku po małej kosmetyce nie ma ani śladu wgniecenia. Ale żeby znowu nie paść ofiarą czyjegoś niedbalstwa, parkuję w najdalszym rogu parkingu i nadrabiam fakt że w zeszłym miesiącu zrezygnowałam z członkowstwa na siłowni ☺

----------------
In America people drive everywhere; maybe with an exception of big cities. But when somebody lives in the suburbs, like I do, there isn’t much choice left. To walk anywhere, one has to be either exceptionally brave or… doesn’t want to live. You can hardly find any sidewalks, and if you are lucky enough to find one… it just ends at some point and you are left to your own devices.
Anyway, this blog entry was not supposed to be about sidewalks, but about parking. Most people like parking close to an entrance. Whenever I go come to a large parking lot outside of a mall, movie theater or a school, all the cars are cumulated close to the buildings. Every now and then, though, I happen to see an odd car in the farthest spot of the lot. I always thought: „What a goober would drive somewhere and park so far away“? Now I know, because I became such a goofball. And the reason for it was that people don’t respect cars. I had my Mini for two or three days when I noticed a dent on its side. Of course some idiot who parked next too me either by accident let his door hit my car or his shopping cart didn’t fit in between two cars.
Yesterday I took my car to a service point and after little cosmetics you can barely see a mark after the dent. In order not be become a victim of somebody’s carelessness again, I park my Mini in the very end of parking lots and I’m making up for the fact that I cancelled my gym membership last month ☺.

wtorek, 14 czerwca 2011

Od kilku dni czuję się jakbym mieszkała w domu z wielkim dzieckiem. No ale jakby nie było to sama nawarzyłam sobie tego piwa. A zaczęło się od mojej wiosennej wyprawy do Włoch i przejażdżce motorowej po Rzymie.
Po wysłuchaniu moich relacji, małżonek postanowił zapisać się na kurs motorowy i kupić motocykl. I tak oto w zeszłym tygodniu staliśmy się właścicielami Yamahy, a w miniony weekend Mike zrobił „prawko na motor“… i dopiero się zaczęło. Posiedzi kilka minut przy komputerze i… idzie do garażu popatrzeć na swoją zabawkę. Zje obiad i… czas na piętnastominutową wyprawę po osiedlu. Zjada kolację i… jeszcze by sobie poćwiczył. Naprawde jak taki duży dzieciak ☺.
No ale niech ćwiczy – to wtedy szybciej będzie gotowy na tylnego pasażera, a ja się doczekam mojej wyprawy – tym razem po Fredericksburgu.
Myślę że w w najbliższym czasie wybierzemy sie poszukać sprzętu ochronnego dla mnie, bo wszystko dosyć szybko się toczy, więc nie chcę zostać zaskoczona brakiem kasku.
A w czasie mojego urlopu w przyszłym roku i ja planuję nauczyć się jeździć na motorze. Do tego czasu powinnam mieć już całkiem doświadczonego prywatnego instruktora.

Jeszcze podzielę się komentarzem mojego taty: "Dobrze że w tym Rzymie zostałaś przewieziona motorem a nie prywatnym samolotem, bo Mike miałby dopiero problem". :)
--------------

For the last few days I’ve been feeling as if I I was living under one roof with a big kid. But I’m personally responsible for the whole thing. And it all started with my trip to Italy last spring and motorbike excursion through Rome.
After listening to my stories, my hubby decided to buy a motorcycle and learn how to ride it so he could take me for a trip every now and then. And so, last week we became owners of a brand new Yamaha, and over the weekend Mike got his riding course and motorcycle license… and then all the craziness started. He would sit on the internet for a few minutes and… he goes to the garage to look at his new toy. He would eat lunch and… go for a quick stroll around the neighborhood. He would eat dinner and… why now use some more practice? Seriously… a big kid!
Hopefully with all this practice he is going to feel ready to accept „back seat“ passengers soon, and I will get my first ride – this time through Fredericsburg ☺.
I think that quite soon we’ll have to go on a shopping expedition and buy some protective gear for me. Things are moving quite fast, and I’d hate to be surprised by not being ready and not having a helmet.
During my vacation next year, I think I’m going to take a motorcycle class myself. By this time I should have a quite experienced personal trainer.

And one more thing; I have to share my dad's comment with you: "That's good that when in Rome you got a ride on a motorcycle, not on a private jet. Otherwise Mike would have a serious problem". :)

wtorek, 7 czerwca 2011

Tak jak obiecałam niedawno, podzielę się z wami przepisem na najlepsze na świecie limoncello. Jeśli chodzi o alkohol to najbardziej lubię wino, piwo i… niesłodkie drinki. Różnego rodzaju mocne trunki czy nalewki raczej nie są moją domeną. Jak byłam we Włoszech to spróbowałam nawet ich limoncello, ale jak na moje upodobania było zdecydowanie za słodkie i… trochę „sztuczne“. Dopiero później sobie uświadmiłam że smakuje prawie tak jak taty „cytrynówka“.
Zrobiłam dosyć sporą porcyjkę owej cytrynówki na imprezę z okazji zakończenia studiów i okazała się absolutnym hitem. Tak więc podzielę się z wami sekretem.
Poniższy przepis jest na litr spirytusu, bo akurat w takiej butelce udało mi się tutaj go zakupć.

---------------------------------------

Just as I promised not so long ago, I’ll share with you my recipe for “the best limoncello in the world”. When it comes to alcohol, I love wine, beer and not-so-sweet mixed drinks. Various hard liquors are not my favorite. When I was in Italy I tasted their limoncello, but for my taste it was too sweet and a little bit “artificial”. After a while it dawned on me that it tasted a little bit like my dad’s “lemon vodka”.
So I prepared quite a large batch of that “lemon vodka” for my graduation party and it turned out be an absolute hit. So here comes the secret recipe. The following proportions are for 1 liter (1 quart) or Everclear (200-proof alcohol).


Składniki:
10 cytryn, litr spirytusu, litr wody, 1 ½ szklanki cukru

Ingredients:
10 lemons, 1 liter of Everclear, 1 liter of water, 1 ½ cup of sugar




1) Cytryny obrać ze skrórki bez białego miąższu, i skórki zalać spirytusem. Przykryć aby spirytus nie odparował i odstawić na 4-5 godzin.

Peel the lemons thinly so that the rind is free of the white pulp. Pour Everclear over the rind and cover so that the alcohol doesn’t evaporate. Set aside for 4-5 hours.



2) Z cytryn wycisnąć sok, przecedzić i odstawić do lodówki

Squeeze the lemons, filter the juice with a sieve until it runs clear and store in the fridge.



3) Po 4-5 godzinach wsypać do garnka cukier, zalać wodą i podgrzać tylko do takiej temperatury aby cukier się rozpuścił. Następnie dolać sok z cytryny, zestawić z ognia i dolać spirytus bez skórek. Wymieszać dobrze, przykryć i odstawić do ostygnięcia.

After 4-5 hours mix sugar and water in a non-reactive pot and heat it just enough to dissolve the sugar. Add the lemon juice, remove the pot from the stove and mix in the alcohol without the lemon rind. Mix it well, and set aside to cool down.




4) Rozlać „cytrynówkę“ do butelek i odstawić na kilka godzin do lodówki aby się „przegryzła“. Powinno wyjść około 2.5 litra.

Pour the limoncello into the bottles and store in the fridge for few hours so that it can settle. You should obtain about 2.5 liters (quarts) of this amazing mixture.

czwartek, 19 maja 2011

Już kiedyś pisałam tutaj że mój mąż jest chyba najbardziej niecierpliwym człowiekiem na świecie jeśli chodzi o utrzymywanie upominków-niespodzianek w sekrecie. Zawsze albo się zdradzi za wcześnie, albo żeby uniknąć tego wręczy upominek za wcześnie (chyba rekordem był aparat fotograficzny w kwietniu, na moje lipcowe urodziny). Ale tym razem niespodzianka udała mu się pierwszorzędnie.

Od kilku miesięcy Mike podpytywał mnie się co bym chciała dostać na zakończenie studiów, a ja zawsze odpowiadałam że dla mnie najlepszym prezentem będzie zorganizowanie imprezy dla moich rodziny, przyjaciół i znajomych. No ale oczywiście to nie było opcją… więc musiałam wymyśleć „konkretny prezent“ tylko dla mnie. Pod groźbą że jeśli nie sprecyzuję moich życzeń to dostanę diamentowy stetoskop (co w przypadku Mika mogło nie być tylko pustym gadniem), zażyczyłam sobie rower. Bo stwierdziłam że będę mieszkała w mieście, więc łatwiej będzie się poruszać; i zawsze to jakaś odskocznia od stresu, psychicznego zmęczenia… i można by dzienną porcję ćwiczeń odhaczyć. Same zalety.

Kilka dni temu Mike powiedział mi że mam „zakaz“ logowania się do naszego konta bankowego, bo dokonał zakupu i chce żeby to pozstało niespodzianką do czasu aż dostanę mój prezent. No i od tego czasu po kilka razy dziennie przekomarzaliśmy się; on „że już tylko x dni zostało do mojego prezentu“, ja „że jak to nie będzie rower to będę niezadowolona“, on „że to jest coś ‚małego‘ i że na pewno mi się spodoba“, ja „że nie musiał mi kupować roweru z kółkami treningowymi, bo jeszcze pamiętam jak się jeździ“.

W końcu nadeszło dzisiaj… Według naszych wcześniejszych ustaleń miałam być w domu po 15:00 i czekać na dalsze wskazówki. W końcu jak już Mike był blisko zadzwonił i kazał mi iść do piwnicy (basementu), tak i poczekać aż po mnie przyjdzie.
W końcu zostałam usadzona na kanapie i Mike wręczył mi list i małe pudełeczko. List był następujący: „Kasiu, jestem bardzo dumny z Ciebie i Twojej ciężkej pracy. Tutaj jest coś małego dla Ciebie do wzięcia jutro na uroczystość oraz do użytku podczasz Twojej rezydentury. Kocham Cię – Mikey“. Otworzyłam pudełko i… zobaczyłam dwa czarne przedmioty w kształcie „wisiorków“. Nie wyglądało to na biżuterię… i zajęło mi kilka chwil żeby uświadmić sobie że patrzę na breloczek i… „bezkluczykowy kluczyk“ do Mini Cooper’a S – samochodu moich marzeń! A auto w całej swojej okazałości i kokardką czekało na mnie na podjeździe do domu.
☺ ☺ ☺

--------------

I wrote a while ago that my husband might be the worst secret keeper in the world when it comes to buying gifts. He usually spills the beans a long time before, or in order to avoid it, he gives a present in advance (I think his record was to buy me a camera in April for my July birthday. But this time was different. He kept his secret perfectly… and only one day short of my graduation!

For few months Mike has kept asking me what I wanted for my graduation, and I kept saying that the best gift for me would be to throw a party for my family and friends to celebrate this event. But for Mike it was not an option and I had to come up with an idea of a “concrete gift” and “only for me”. After being warned that if I didn’t come up with something I would end up getting a diamond stethoscope (which in Mike’s case might not be only a threat), I opted for a bicycle. I concluded that since now I’ll be living in the city, it’s going to be easier to get around than a car; and it’s going to be a good way to unload my work stresses… and I’ll be able to check off my daily exercise as well. Only high points!

Few days ago Mike told me that I “must not” log into our bank account because he had made a purchase and he wanted it to remain a secret until I receive my graduation gift. Since that day on it has become a running joke between us that every time he mentioned “the surprise day approaching” I made an allusion to a bicycle and that it’d rather be damn good. He kept saying that it was something “little” and I kept saying that “I might be too big for a tricycle”.

Finally “today” has arrived. According to our previous arrangements I was supposed to be at home at 3 pm and wait for further clues. When Mike was close to home he called me and directed me to wait for him in the basement. After that he called in into the living room seated me on the sofa and handed me a card and a little box. The card read: “Kasia, so proud of you and all of your hard work. Here is something little for you to take to graduation tomorrow, and use down in Richmond during your intern year. Love – Mikey”. I opened the box and looked at a pair of black “dangly” things and was trying to persuade myself that it didn’t quite look as jewelry. It took me a while to realize that I was looking at a key chain with a keyless key fob with Mini Cooper logo on them. And the car of my dream – a Mini Cooper S was waiting for me on the driveway. ☺ ☺ ☺

wtorek, 17 maja 2011

Ten dzisiejszy post może być trochę… mało skromny. Już sporo razy zastanawiałam się jak to możliwe że jestem świetnym kucharzem, ale za cholerę nie potrafię nic upiec? Mam kilka opatentowanych przepisów na ciastka i na szarlotkę, ale oprócz tego za co bym się nie wzięła w dziedzinie piekarniczo-cukierniczej to kończy się fiaskiem.

Jestem chlebożercą. Myślę że moja długa historia niepowodzeń w dietowaniu i trzymaniu linii może być przypisana właśnie mojej ogromnej słabości do chleba. Najbardziej lubię chleb włoski albo francuski – z chrupiącą skórką i gąbczasty w środku; smakuje wyśmienicie maczany w oliwie, albo ze świeżutkim masełkiem prosto od farmera. Jeśli chodzi o kanapki to najlepszy jest prawdziwy chleb razowy na zakwasie! Kiedyś w Polsce tylko taki jadłam… ale wygląda na to że teraz mało kto taki robi. Jak w zeszłym miesiącu byłam w Polsce to pół miasta zeszłam żeby znaleźć taki właśnie prawdziwy chleb. Na szczęście jedna z moich cioć raz w tygodniu piecze chleb razowy na zakwasie… ah jaki to jest chleb! Palce lizać!!! Najlpiej smakuje tego samego dnia po upieczeniu ze smalczkiem i ogórkiem kiszonym!

Tak więc wzięłam od cioci przepis i postanowiłam upiec sobie tego smakołyka. Musiałam jechać do trzech róznych sklepów z organiczną żywnością żeby znaleźć potrzebne rodzaje mąki, otręby przenne, siemię lniane itp. Później przez dwa dni ważyłam zakwas. Kiedy w końcu był gotowy wzięłam się za pieczenie chleba. Przepis całkowicie zaskoczył mnie swoimi proporcjami; jak już dodałam wszystkie składniki to okazało się że muszę podzielić moją miksturę na dwa ogromne garki, bo z jednego się wylewało, a jeszcze to ciasto musiało rosnąć przez pięć godzin. W sumie wyszły mi z tego przepisu dwie blachy chleba… jakież było moje rozczarowanie kiedy po trwającym prawie trzy dni procesie z piekarnika wyciągnęłam foremki z chrupiącą skórką i… zakalcem w środku!!!

Ale nie poddaję się. Jutro przyjeżdża babcia, która mieszka właśnie z tą ciocią od dobrego chleba, więc może ona coś doradzi i wspólnymi siłami upieczemy trochę prawidzwego polskiego chleba w Ameryce!

------------------------------

Today post might be a little bit… self-praising and vain. I’ve been wondering many times how come that I am a such an awesome chef, and I suck so bad in baking. I have few full-proof recipes for cookies and apple pies, but other than that every baking endeavor turns into a fiasco.

I am a bread eater. I think that my long history of dietary and weight loss failures is all because of the bread. French and Italian are my two favorites – they have a crunchy curst and are spongy in the middle; they both taste excellent dipped in olive oil or with a fresh butter straight from a farmers’ market spread on them. As for sandwiches, whole-rye sourdough would be your best bet. Long time ago back in Poland it was the only bread I ate… but unfortunately now it’s a rarity even there. When I went home last month, I had to visit half of the bakeries in town to find such a “real bread”. Luckily, one of my aunts bakes such rye sourdough bread once a week. It’s wonderful and delicious! And it tastes best on the first day with smalec (spreadable lard/ or as Mikey calls it “bacon spread”) and brine pickles!!!

So I decided to get the recipe from my aunt and make this deliciousness at home. It took trips to three different organic grocery stores to find all kinds of flours that the recipe called for, wheat bran, flax seeds etc. Then I grew my bread starter for two days. When it was ready, I could finally start on my “bread-proper”. The proportions in the recipe were quite surprising; when I finally mixed all the ingredients, it turned out that I had to split my dough into two giant pots… the on I was using was overflowing, and I still had to let the dough rise for five hours! I ended up with enough dough to fill in two big bread pans. How great was my disappointment when after this three-day-long ordeal I pulled my pans out of the oven to find this wonderfully crunchy crust filled with…. raw dough!!!

But I’m not giving up. Tomorrow my grandma is coming; grandma who lives with “the bread aunt”, so hopefully together we’ll be able to bake some of this real Polish bread here in America!

poniedziałek, 9 maja 2011

Dzisiaj bedzie bez polskich liter - a to dlatego ze pisze z komputera bibliotecznego ktory nie ma polskiej czcionki.

Od tygodnia jestem z powrotem w domu. Oj co to byl za tydzien... Bardzo szybko musialam przestawic sie z blogiego "polrobstwa" (nie moge nazwac mojego pobytu w Polsce "nierobstwem" bo jednak pracowalam; chociaz bez normowanych godzin pracy i bezstresowo), na pelne obroty w kazdym tego slowa znaczeniu!

Najpierw przez dwa dni latalam jak kot z pecherzem (nigdy nie zastanawialam sie nad tym wyrazeniem, ale nie ma ono za wiele sensu) zeby porobic sobie wszystkie potrzebne badania, szczepionki, zdjecia, odciski palcow, testy na zawartosc narkotykow w moczu itp., i zeby na czas dostarczyc do kadr wszystkie papiery w sprawie mojego przyszlego zatrudniednia. A pozniej przez 4 dni odbywalam szkolenia wymagane zanim rozpoczne prace w lipcu. Pomimo ze dyplom odbieram dopiero za 11 dni, to na moich obydwoch certyfikatach (ACSL - Advanced Cardiac Life Support/ Zaawansowany Kurs Pierwszej Pomocy, i ATLS - Advanced Trauma Life Support/ Zaawansowane Zabiegi Ratunkowe po Urazach) figuruje juz jako Dr. KTM, albo raczej KTM,MD (bo tutaj tytul dodaje sie po nazwisku). Teraz oficjalnie jestem uprawniona aby zaaplikowac pacjentowi z atakiem serca zastrzyki z adrenaliny, albo zeby zaintubowac kogos z "trudna droga oddechowa", otrzymujac chirurgiczny dostep przez otwor w szyi. Miejmy nadzieje nie bede musia uzywac tych umiejetnosci na ulicy czy w restauracji, ale jedno jest pewne... jest szansa na zakonczenie moich koszmarow nocnych o tym jak lece samolotem, i musze sie podniesc w odopwiedzi na ogloszenie stewardesy "czy jest na pokladzie lekarz?" :).

Zostaly mi jeszcze niecale trzy dni wykladow i pogadanek... i koniec! Bede mogla oficjalnie rozpoczac akcje "sprzatania domu" i przygotowania na wizytacje rodzicow, babci i tesciow ;).

------------------------------

I've been at home for a little bit over a week now... and it's been a week from hell!

sIt was extremely hard to switch from my relaxed "half-laziness" ( it would be a lie to call my time in Poland "laziness". After all I worked, but on my own terms, and in my own time) into a full-speed marathon mode.

For the first two days I was running around like crazy trying to get my health exam, urine drug screen, vaccines, chest X-ray, fingerprinting and tones of paperwork required for my future employment, and deliver it to HR before the deadline (which happened to be 3 days after my return from Europe). Then for another 4 days I was stuck in class getting certifications required before I start my job in July. Despite that I'm graduating in 11 days, the course providers gave me the benefit of the doubt and on both of my certificates (ACLS - Advanced Cardiac Life Support, and ATLS - Advanced Trauma Life Support) I'm listed as KTM, MD :). Now I'm officially allowed do order adrenaline for a patient with a heart attack, or obtain a surgical airway on a person who can't be intubated in a "traditional way". I hope I will not have to use these privileges any time soon or in a street or a restaurant, but one thing is certain... there is a hope that my nightmares about being on the plane having to respond to a PA announcement "Is there a doctor on the plane" will finally end! ;)

I still have 2,5 days of lectures and workshops left, and then I will officially begin "House Cleaning" project before my parents, grandma and in-laws arrive next week!

niedziela, 1 maja 2011

Po raz pierwszy od 10 lat miałam okazję spędzić wielkanoc z rodzinką w Polsce. Jak to na polskich świętach było zdecydowanie za dużo obżarstwa! W sumie całe dwa dni spędzone za stołem. W lany poniedziałek nawet nie zmoczyli mnie porządnie - choć muszę zaznaczyć że unikałam wychodzenia z domu jak się dało!

W Kościele zrobiłam zdjęcie koszyczkom wielkanocnym – głównie po to żeby moi angielskojęzyczni czytelnicy zobaczyli co to za zwyczaj. W Stanach nie ma zwyczaju święconek, chociaż w jednym z kościołów katolickich kiedyś słyszałam ogłoszenie że dla tych którzy uznają tę „wschodnio-europejską tradycję“ w sobotę wielkanocną odbędzie się poświęcenie pokarmów.

Z tego co wiem to Polska jest jednym z nielicznych krajów które świętują poniedziałek wielkanocny. U nas polewa się wodą - szkoda że staje się to pretekstem do bezmyślnego chamskiego zachowania (dawno temu miałam wątpliwą przyjemność oberwania w głowę torebką foliową z wodą wyrzuconą z 4 piętra); a w Stanach w miastach gdzie są spore zbiorowiska Polaków, w ten dzień – zwanym Dyngus Day zazwyczaj odbywają się polskie pikniki i festyny z ludową muzyką i tańcami (np. polka) i… nie brakuje pijaństwa. Ja nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w takich dyngusowych uroczystościach, ale jakoś nie czuję się jakby mi coś szczególnego umykało.

No a z komercyjnego punktu widzenia Wielkanoc w Polsce wygląda zupełnie tak samo jak wszędzie indziej – nie brakuje zajączków i pisanek. W poznańskim Starym Browarze aż roiło się od zajączków do koloru, do wyboru. A w jedną sobotę urządzali nawet festyn wielkanocny dla dzieci, podczas którego maluchy same mogły pomalować zajączki według własnych upodobań.

---------------------------

For the first time in 10 years I had a chance to spend Easter with my family in Poland. As it is usually the case with Polish holidays, there was too much food and too much gluttony; two straight days – Sunday and Monday spent at the table!

One of the unique Polish Easter traditions is blessing of the foods on Good Saturday. In the old times it was customary to bless smoked or roasted lamb; in modern times people usually put in their small baskets (called „swieconka“) sausage, bread, eggs and… a small lamb made of sugar or pastry. Almost everybody goes to church with their little baskets. There is no set time when a priest blesses the food. People just come to church throughout the day and as soon as the table gets full of “swieconkas”, they get blessed and… it’s only 5-10 minutes before the table gets filled with new foods waiting for the blessing. In all my years in the U.S. I’ve only been to one Catholic Church that offered blessing of the foods "to those who recognized that Eastern European tradition” on Good Saturday.

Easter Monday in Poland is called “Śmingus Dyngus“ and it is customary to sprinkle others with water. Often young, brainless guys take an advantage of this tradition and pour whole buckets of water on passer-bys. Long time ago I was unlucky enough to have a plastic bag fillled with water dropped on my head from the 4th floor window. Oh boy, it didn’t feel good!!! This year I didn’t even get wet on Easter Monday, but I have to make a disclaimer that I avoided leaving the house by any means.

From a commercial point of view Polish Easter is not much different from Easter in America – there are Easter eggs and bunnies all over the place. In one of the shopping malls in Poznań called Stary Browar (The Old Brewery) they had quite an exibit with all kinds of cute bunnies. They also had an event for kids, where they could paint and decorate their own Easter bunnies

"święconka" / Easter basket

Church table full of "święconkas" waiting for the blessing

Poznański zajączek z koziołkami / Poznań bunny with the goats

Zajączki przed Starym Browarem / Bunnies outside of the shopping mall

Wiem że to zdjęcie jest nieostre. To są zajączki czekające na pomalowanie przez maluchy
I know this image is not sharp. These are the bunnies waiting to be painted by kids

wtorek, 19 kwietnia 2011

Już od ponad dwóch tygodni jestem w Poznaniu. Oprócz pracy nad projektem szkolnym z symulacji medycznej mam wystarczająco czasu żeby pozwiedzać miasto. O poznańskiej starówce i ratuszu ze słynnymi koziołkami prawie każdy słyszał… ale chyba nie wiele osób wie skąd te koziołki, trykające się różkami codziennie w południe, wzięły się pod ratuszowym zegarem.

I tutaj muszę wyznać że trochę sobie pomogę przewodnikiem po Poznaniu. Otóż zegar został skonstruowany w 1551 roku przez Bartłomieja Wolff’a na zamówienie rady miejskiej. Z budową zegara wiąże się najbardziej chyba znana poznańska legenda…
Pewnego wieczora 1551 roku owy zegarmistrz postanowił zaprezentowac mieszkańcom i władzom miasta przygotowany przez swoją pracownię nowy zegar miejski. Wśród zaproszonych na uroczystostość gości nie zabrakło szlachty, dostojników kościelnych i samego wojewody. Niestety w kuchni wydarzyło się nieszczęście – przygotowywany na kolację udziec spadł do paleniska i całkowicie się spalił! Młody czeladnik otrzymał pilne zadanie zdobycia nowego mięsa na pieczeń. Niestety okazało się że jatki były już zamknięte. Przed kompletną katastrofą uratować go miały dwa tłuste koziołki, które w ostatniej chwili udało się złapać i przynieść do kuchni. Niestety, nadaremno. Zorientowawszy się co się święci, koziołki uciekły kucharzowi i wspięły się po rusztowaniach na wieżę ratuszową. I tak ku uciesze zebranej gawiedzi zamiast wylądować jako pieczeń na stole, zaczęły bezstrosko trykać się rogami na wieży ratuszowej ratując się przed kuchennym nożem. Decyzją wojewody, który ku wielkiej uldze szefa kuchni, uśmiał się do łez widząc swoją niedoszłą kolację na wieży ratuszowej, nad zegarem umieszczono mechanizm upamiętniający ten niesamowity wieczór.

----------------------------------------------

It’s been more than two weeks since I arrived to Poznań. Except from working on my school project on medical simulation I have plenty of time for sightseeing.

Poznań is one of the oldest cities in Poland, founded in the early tenth century. Its biggest attraction is the Old Market with the Town Hall. This excellent example of Renaissance architecture was raised between 1550-1560 on the site of a previous Gothic style building.
A point of attraction of the central tower is the clock, to be precise its strange mechanism that opens up every day at noon revealing two goats that butt each other for a minute or two, and then retire into the clock for another day. The creator of the clock and the goats was Bartlomiej Wolff who constructed it in 1551 by order of the city council. With this clock and its goats comes a legend of the city…

One evening in 1551 the previously mentioned clock master finally decided to present the city council and the citizens of Poznań with his new work of art – the commissioned tower clock. For the special opening ceremony all the nobles were invited as well as the city furthers and citizens. Unfortunately the meat that was being cooked in the kitchen for the ceremonial supper fell into the fire and was burnt completely. The assistant chef was told to find new meat immediately as the supper was just about to begin. But it was late and all the butchers were closed and there was no place in the whole of Old Poznań to buy any meat. Disaster loomed for all the kitchen staff, then at the last moment a young assistant saw to goats frolicking around in a green pasture nearby. He grabbed them and ran into the kitchen. The goats understood what was happening and did not want to end up in a pot so they ran from the kitchen, climbed the stairs and jumped out of a window right onto the building work on the Town Hall and to the high clock tower. When the city mayor saw his dinner on the top of the tower prancing about, he began to laugh, and so did the nobles around him along with all the people gathered to see the new clock. The chef was relieved that everything had turned out well. Lack of meat at the feast was overlooked and the mayor ordered a mechanism built to remind everyone of the funny event. And so today the 12 o’clock opening of the clock tower and the two goats always draws crowds to the Old Town Square.

Poznański rynek / Old Town Square

Domki Budnicze - dawne kamienice kramarzy poznańskich / Old Merchant Houses

Ratusz / Town Hall

Zegar z zamkniętymi drzwiczkami / The clock with the closed goats' door

Otwarte kozie drzwiczki / The goats' door opens

Koziołki trykające się różkami / Famous Goats during their 12 o'clock show

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Już dawno nie byłam taka zła jak w tydzień temu w poniedziałek. No ale żeby cała historia trzymała się kupy to muszę zacząć od naszego styczniowego pobytu w Zakopanem. Podczas zakupów pamiątkarskich na Krupówkach zupełnie straciłam głowę dla bardzo nietypowego kożuszka; był zrobiony z blado fioletowej mięciutkiej i niezbyt grubej skórki i miał rękawy i kaptur obszyty futerkiem z lisa. Jako że za żadne skarby nie mogłam sobie go wybić z głowy postanowiliśmy z Mikiem kupić ten kożuch. W końcu jakby nie było to zakup na całe życie.

Nie nachodziłam się już za bardzo w tym kożuchu minionej zimy. Zanim krawcowa doszyła mi guziki tak żeby kożuch dopasował się do mojej sylwetki, i zanim go odebrałam to już w Virginii zrobiła się prawie wiosna. I tak oto miałam kożuch na sobie tylko kilka razy, ale gdzie się w nim nie pokazałam to zawsze dostawałam mnóstwo komplementów.

W zeszły poniedziałek Mike zadzwonił do mnie po powrocie z pracy i mówi: „Pamiętasz swój prześliczny fioletowy kożuch…“. Od razu wiedziałam że taki dobór słów nic dobrego nie wróży. Okazało się że Nero, zdecydowanie bardziej problemowy z naszych psów, jakimś cudem wydostał się ze swego kojca w ciągu dnia i w przypływie nieopanowanej radości wyciągnął owy kożuch z szafy i… niewiele już z niego zostało. Nie widziałam końcowego efektu na własne oczy, ale według Mika być może będę mogła przerobić pozostałość na torebkę i parę rękawiczek…

------------------------------------------------------------

It’s been a while since I got as upset as last Monday. But in order for the whole story to make sense, I have to begin with our trip to Zakopane (winter resort in Poland) that took place last January. One day Mike and I went shopping on Krupowki Street (a huge outdoor market where local people sell their arts and crafts). I totally fell in love with a cute winter coat made of super soft lavender suede, with sleeves and hood finished with fox fur. The coat was gorgeous and I just couldn’t talk myself out of it. In the end we ended up buying the coat… after all a coat like that is a worthwhile investment.

I didn’t get to wear the coat too much last season. Before I picked it up from my tailor who sewed on the buttons so that it fit my figure, the spring had arrived. I only got to wear it a couple of times, but wherever I went I always got some complements.

Last Monday Mike called me after he got home from work and said: “Remember that cute purple coat of yours…” Right away I knew that his choice of words could not mean anything good. It turned out that one of our dogs – Nero, somehow got out of his crate while Mike was at work. In his excitement the dog got a hold of the coat (that was snuggly hidden in a closet) and… not much was left of it. I still haven’t seen the ultimate effect of that encounter, but according to Mike I might be able to have a purse and a pair of gloves made out of the leftover suede…