"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)

środa, 13 lutego 2013


Jako że dzisiaj popielec i koniec ze słodyczami na kilka najbliższych tygodni, pomyślałam sobie że przynajmniej ten post będzie na słodko.

W grudniu moje życie było dosyć monotonne, szare, smutne... Do tego stopnia że musiałam coś zrobić "innego", żeby zapomieć chociaż na chwilę o nocnej zmianie, spaniu w ciągu dnia, i zbliżających się świętach "nieświętach" (bo jak w Ameryce, bez rodziny to nie święta - ale o tym innym razem). Tak więc na początku grudnia zapisałam się na warsztat fotograficzny...umiejętności z którego jeszcze nie miałam okazji za bardzo wypróbować bo moją lustrzankę wkrótce po warsztatach wysłałam do Nikona na generalne czyszczenie. W połowie miesiąca natomiast wybrałam się z kolożanką na kurs wypieku makaronek... bo chodziły za mną od naszego pobytu w Paryżu, a z moimi lewymi rękami do słodkości, nie miałam odwagi się do nich zabrać.

W Paryskich kafejkach makaroniki można znaleźć we wszystkich kolorach tęczy i smakach. Są delikatne, subtelne, chrupiące na zewnątrz i mięciutkie/ wręcz nieco żujące w środku,  rozpływające się w ustach... i muszą być świeże, bo inaczej tracą na niesamowitości; zdecydowanie jeden z najbardziej satysfakcjonujących deserów jakie kiedykolwiek kosztowałam

Styczeń był niesamowicie zapracowany; z różnych względów tylko dwa wolne dni mi się trafilły. Tak więc jak już w końcu miałam wolny weekend w zwszłym tygodniu, to postanowiłam zabrać się do roboty i wystawić na próbę swoje umiejętności cukiernicze.

Trochę porwałam się z motyką na słońce. Nie zredukowałam ilości składników i piekłam z pełnego przepisu na około 30-40 makaronek. Zamiast zdecydować się na jeden smak to... zrobiłam trzy różne. Około ośmiu godzin później... nagroda niesamowita, kubki smakowe w pełni usatysfakcjonowane, komplementów co niemiara... ale wysiłek fizyczny zdecydowanie za wielki. Bez wątpienia jednak makaroniki będę robiła w przjyszłości... tylko już nie tak masowo, i po jednym lub dwóch smakach na raz.

Tym razem zrobiłam makaroniki z orzechów włoskich z nadzieniem ze słonego karmelu (to te beżowe), makaronka o pięciu smakach chińskich z kremem piernikowo-imbirowym (to te różowe) oraz pomarańczowe z czekoladowym kremem ganache o posmaku herbaty Earl Grey. Ten krem piernikowy był zdecydowanie najtrudniejszy... aż trzy razy go robiłam i był albo za rzadki, albo grudowaty, i M. biegał do sklepu po nowy termometr do wypieków cukierniczych i po jajka...bo skończyły mi się składniki.

Nie mogę się doczekać na okres po-Wielkanocny... wtedy zabiorę się od nowa za wypiek makaronek.

----------------------------------------------------------------

Since it's Ash Wednesday today, and I'm giving up sweets for the next few weeks... I'm going to write a sweet post.

December was quite a sad and boring. In fact it was so stagnant that I had to do something "different" to forget about my night shifts, day time sleeping and fast approaching Christmas "non-Christmas" ("non-Christmas" because it's in America, with no family - but it's a topic for a separate post). And so, at the beginning of December, I signed up for a photography workshop. I still didn't have an opportunity to put into practice all my skills learned at that workshop, because shortly afterwards I ended up sending my digital SLR camera to Nikon for fundamental cleaning service. Later on in the month, with a friend of mine, I took a cooking class on how to bake macaroons... I was dreaming about macaroon ever since we went to Paris last year, but with my total ignorance and a long record of 'non-success' when it comes to baking, I was rather reluctant to attempt making these wonderful sweet treats.

Paris cafes and bakeries are full of macaroons in all flavors and colors. They are delicate, subtle, crunch on the outside and chewy on the inside, melting in your mouth... they have to be fresh, or forget about the "incredible factor"; it's undoubtedly one of the most amazing deserts I have ever tasted.

January was quite busy for me as well; because of various reasons I ended up having only two days off. So when last week, I finally ended up with a free weekend, I decided to test my baking skills .

As it's often the case with me...like a fool I rushed  in where angels fear to tread. Instead of reducing the quantity of ingredients and choosing one or two kinds of flavors, I ended up baking full portion (30-40 cookies) in three different flavors. About eight hours later, I got my great reward - fully satisfied taste buds and tons of complements from friends... but I'm not sure if it was all worth the physical effort and exhaustion. In the future, for sure, I'm not going to undertake this mass project... I'm going to make half portions and in one or two flavors at the time.

I made hazelnut macaroons with salty caramel filling (the beige ones), Chinese five-spice macaroons with gingerbread buttercream filling (the pink ones) and orange macaroons with Earl Gray flavored chocolate ganache filling. The gingerbread buttercream was definitely most challenging of all... I ended up making it three times. Once it was too runny, the second time too grainy. M. had to run to the stores a couple of times - first to buy a new confectioner thermometer, second to get some more eggs, since I was wasteful and totally ran out of ingredients.

Can't wait for Easter and more macaroons!








czwartek, 31 stycznia 2013


Witam wszystkich w Nowym Roku! Na powitanie będzie post pokaźnych rozmiarów, żeby nadrobić trochę to długawe milczenie. Styczeń miałam strasznie zabiegany. Tylko dwa dni wolne – pierwszy i trzynasty. Tak wyszło, bo jedna dziewczyna z mojego odziału jest na macierzyńskim i ciężko wypełnić grafik w weekendy… stąd ten pracoholizm.

Jestem na transplantologii. I w zeszły weekend miałam niesamowite przeżycie. Poleciałam helikopterem do szpitala w innym mieście, aby pobrać wątrąbę do przeszczepu dla jednego z naszych pacjentów.

Co za doświadczenie! Po raz pierwszy w życiu byłam w helikopterze. Super sprawa. Ale chyba nie jest zaskoczeniem, że miałam bardziej ekscytujące przeżycia tego dnia, niż pierwszy lot helikopterem.

Trudno sobie wyobrazić jak łatwo i sprawnie wszystko się odbyło.

Odlot był wyznaczony na 15:00. Tak więc tuż przed 15:00 , poszłam razem z moim “fellow” (tak nazywa się lekarz który robi specjalizację drugiego stopnia – w tym przypadku transplantologii) do dyżurki w naszym szpitalu i powiedzieliśmy że oczekujemy na lot o 15:00. Zostaliśmy przeeskortowani przez oficera na dach głownego budnynku gdzie znajduje się lądowisko helikopterów. Helikopter już czekał, i bez zbędnych ceremoniałów (sprawdzania dokumentów czy plecaka) zajęliśmy nasze miejsca i 30 minut później byliśmy w szpitalu w mieście oddalonym o 93 mile (150km).

Po wylądowaniu weszliśmy do głównego budynku szpitalnego, zapytaliśmy w portierce o blok operacyjny. Skierowano nas we właściwe miejsce. Wchodząc do bloku operacyjnego oznajmiliśmy że przyjechaliśmy po wątrobę… Pani sekretarka pokazała nam szatnie, gdzie musieliśmy przebrać się w “scruby” tego szpitala…. i znowu – nikt nas nawet nie zapytał o imię. 

W końcu dotarliśmy na sale operacyjną. Właśnie przywieźli dawcę – 47-letniego mężczyznę po wylewie. Oprócz nas, anestezjologów i instrumentariuszy, w sali byli chirurdzy z innego szpitala po płuca, oraz dwóch gości z UNOS (United Network for Organ Sharing – organizanicja trzymająca pieczę nad dystrybucją organów). Jako że pacjent już był uśpiony i zaintubowany, zajęło tylko chwilę żeby przygotować pacjenta i samych siebie do zabiegu.

Operacja zaczęła się około 16:00. Chirurdzy od płuc otworzyli klatkę piersiową, a my zajęliśmy się brzuchem. Odkrycie organów zajmuje zazwyczaj około 20-30 minut. Tuż po tym jak rozpoczęliśmy operację, na salę operacyjną wszedł inny chirurg z naszego szpitala, który przyjechał po serce. Właśnie wtedy wątroba była dobrze widoczna i… kolor nie wyglądał zbyt obiecująco. Postanowiliśmy wysłać mały wycinek wątroby do labolatorium na badanie. Wkrótce potem chirudzy płucni zdecydowali że te płuca nie będą odpowiednie dla ich pacjenta… I w tym momencie zaczęło się prawdziwe szaleństwo.

Jeden z pracowinków UNOS zalogował się bazy danych z listą oczekujących na transplant płuc i zaczął dzwonić do kolejnych szpitali z ofertą płuc. Prace w klatce piersiowej tymczasowo ustały, bo trzeba było znaleźć odbiorcę. Laboratorium zadzwoniło z wynikami w ciągu 30 minut – wątroba miała troche mikroskopijnych zmian… wyglądały one na tyle podejrzanie, że zdecydowaliśmy że nie weźmiemy tej wątroby dla naszego pacjenta.

I tu sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej. Drugi gość z UNOS zalogował się do drugiego komputera i zaczął wydzwaniać do szpitali z pacjentami na liście oczekujących na wątrobę.  Istny rozgardiasz… jak na giełdzie papierów wartościowych.

W międzyczasie znaleźli się chętni na płuca!... w Nowym Yorku. I tu się pojawił nowy problem. W naszym szpitalu pacjent oczekujący na transplant serca był już na sali operacyjnej, uśpiony i… w trakcie operacji… tak więc nie było mowy żeby czekać na chirurgów z Nowego Yorku żeby przyjechali i wzięli płuca. Na szczęście chirurdzy płucni obecni na sali operacyjnej zaoferowali, że wyjmą płuca dla nich i przygotują odpowiednio do transportu. W tym momencie pracownik UNOS #1 zaczął szukać lotu czarterowego, który dostarczyłby te płuca na czas do Nowego Yorku… a pracownik #2 cały czas usiłował znaleźć chętnych na wątrobę. Jako że wydobycie wątroby zajmuje ponad godzinę, my kontynuowaliśmy naszą część zabiegu nie zwracając uwagi na całe to zamieszanie. Wiedzieliśmy że do czasu gdy wydobędziemy wątrobę z brzucha, znajdzie się  na nią chętny.

Kiedy znalazł się nowy odbiorca płuc, chirudzy płucni i sercowy zabrali się do roboty. Umieściliśmy specjalne kroplówki w szyi pacjenta oraz w pachwinach. Dopływ krwi do głowy i do nóg zosał odcięty i zaczęliśmy przetaczać płyn konserwujący do potrzebnych organów (serca, płuc, i organów brzusznych). Kiedy przetoczyliśmy ponad 10 litrów, oraz wypełniliśmy klatkę piersiową i brzuch 10 litrami suchego lodu, upuściliśmy cała krew z cyrkulacji  pacjenta.

Następnie chirurg sercowy wyjął serce… zajęło mu to może 5 minut. Włożył serce do przenośniej lodówki/ pudełka, pożegnał się ze wszystkimi i ruszył w drogę, gdyż jego pacjent już był prawie gotowy na to serce.

Podczas gdy my cały czas pracowaliśmy nad wątrobą, chirurdzy płucni zajęli się usuwaniem płuc. Zajęło im to około 30-40 minut. Gdy płuca zostały wyjętę z klatki piersowej, anestezjolog opuścił sale operacyjną bo… już nie było dla niego zajęcia. Wszystko co zostało w pacjencie, to zamrożony brzuch, oraz opakowanie ze skóry i kości.

Właśnie wtedy dowiedzieliśmy się że nie było chętnych na wątrobę. Tak więc nie skończyliśmy usuwnia wątroby, tylko skupiliśmy się na nerkach. Wydobycie nerek zajęło nam około 30 minut.  W tym czasie jeden z pracowników UNOS powiadomił nasz helikoter że będziemy gotowi za niedługo. Nerki po usunięciu z ciała dawcy mogą być podłączone do specjalnej pompy na której mogą przetrwać ~ 24 godziny albo dłużej.  Nerki ostatecznie zostały wysłane do dwóch lokalnych szpitali.

Zanim opuściliśmy sale operacyjną z pustymi rękami, popatrzyłam na tego pacjenta, jego pustą klatkę piersiową i pusty brzuch (z wyjątkiem zamrożonych jelit)… i ogrom sytuacji był oszałamiający. Pomyślałam sobie o nas jak o barbażyńcach którzy przyszli i wzięli wszystko co było do wzięcia.
Wyszliśmy ze szpitala w ciemną noc, całkowicie niezauważeni przez nikogo… a 45 minut później brałam prysznic w moim mieszkaniu, jakby nigdy nic się nie stało.

Niesamowite.

----------------------------------------------------------------------

Jestem na transplantologii. I w zeszły weekend miałam niesamowite przeżycie. Poleciałam helikopterem do szpitala w innym mieście, aby pobrać wątrąbę do przeszczepu dla jednego z naszych pacjentów.

Welcome everybody in 2013! This is going to be quite a lengthy post… to make up for the silence. January has been busy. I only had two days off – the 1st and the 13th. One girl from work is on maternity leave, so there is fewer people to fill in weekend call schedule – hence this crazy workaholism.

I’m on transplant surgery this month. I had an amazing experience a couple of weeks ago. I got to fly on a helicopter to another town to harvest a liver for one of our patients.

What an experience! First of all, I had never been on a helicopter before. It was fun - but definitely not the most amazing thing of the day.

It's just mind boggling how smooth things went.

The flight was scheduled at 3 pm. We went to the security office in my hospital at 2:45 and we said we had a helicopter ordered for 3. They escorted us to the roof where a helicopter was waiting for us on a helipad... they opened the door and let us onboard ("us" meaning a transplant surgery fellow - somebody who finished 5 years of general surgical residency and now trains to be a transplant surgeon). They didn't even check who we were or what we were carrying in our backpacks. The flight was about 30 minutes long. We landed in the city 90 miles away. We walked into the hospital and asked a security officer for the ORs. They showed us the way.  At the OR front desk we annouced we came for the liver... they let us into the lockers so we could change into hospital scrubs (again without asking for names). We went into the operating room. They were just bringing in the donor - 47 year old guy after a stroke.

Except from us there were two lung surgeons from another hospital to harvest the lungs, and two guys from UNOS (United Network for Organ Sharing). The patient was already sedated and intubated, so all that was left to do was to sterilely prep and drape the patient and we had to scrub.

We started the surgery. The lung surgeons opened the chest, and we opened the belly. It usually takes about 20-30 minutes or so to expose the organs. Shortly after we started, a heart surgeon from my hospital arrived, since the heart was going to our hospital as well.

At that point we could already see the liver, and its color was a little bit off; so we took a small tissue biopsy and sent it into the lab for analysis. The lung guys kept doing their job to expose the lungs. At some point they decided that they didn’t want the lungs, because they wouldn't be good match for their patient.

And the craziness began...One of the UNOS guys logged into a computer, pulled out the lung recipients' list and started calling medical centers down the list to ask if they wanted the lungs. Meanwhile we were still working on the liver. Then the lab called with the results of the biopsy... the liver had some microscopic degeneration, and we decided not to take it.

That's where the things got even more complicated... The second UNOS guy started working on another computer and calling medical centers down the liver list to see if they wanted the liver.

Meanwhile the lungs got placed in a hospital in New York... But the problem was that that my hospital already had a recipient for the heart in the operating room, with opened chest and surgeons working on him to take the heart out.... so we really couldn't wait for the guys from New York to arrive to take their lungs. Thankfully the lung surgeons already present in the OR volunteered to harvest the lungs for them.

So the UNOS guy #1 started working on chartering a flight that would deliver these lungs to their destination in a timely manner. The other guys was still making phone calls and trying to place the liver. It takes over an hour to take the liver out, so we decided to proceed with the surgery, and hoped that by the time we tookk the liver out, somebody would like it.

Afer the lungs got placed we decided to proceed with the surgery. At that time we put special IVs into the donor's neck and very low in the belly (below kidneys), and we cut off the circulation to the head and legs, and started infusing organ preservative into the middle body (only to heart, lungs and belly organs). We also dumped about 3 gallons of dry ice into the chest and abdomen, and after IVs were done infusing - probably 3-4 gallons worth of preservatives, we drained all the blood from the organs.

Next... the heart surgeon pulled the heart out - it took him about 5 minutes. He put the heart into a cooler, shook everybody's hands, and left to catch his helicopter back to our hospital, since his patient was almost ready at that point for his new heart.

The lung guys started on the lungs, while we were still working on the liver. It took them about 40 minutes. Once the lungs were out, we told anesthesiology that their job was done, and they could leave the OR.... all that was left was frozen abdomen and the cage of skin and bones. Then we learned that nobody wanted the liver.  So we just abandoned the liver harvest in the middle and moved down to kidneys.

We harvested the kidneys over the next 30 minutes... (at that point we told the UNOS people to notify our helicopter pilot that we'd be ready soon). It took us another half an hour to prepare the kidney for pumping (kidneys can survive on a pump for ~ 24 hours of longer. The kidneys ended up going to two local hospitals.

Before we left empty handed, I looked at the donor and it hit me... empty thorax and empty abdomen… with the exception of cold, frozen bowel.  And I thought for a moment how barbarian of us was to treat somebody like that.

And after that we walked out of the hospital into the darkness - unnoticed by anybody... About 45 minutes later I was in my apartment, as if nothing ever happened...

Weird

środa, 12 grudnia 2012


Jak ktoś decyduje się na medycynę, to wybiera bycie wiecznym studentem. Nie chodzi tylko o postęp nauki i wiążącą się z nim konieczność czytania żeby być na bierząco, ale również o niezliczone i… nigdy niekończące się egzaminy!

W zeszłym tygodniu dostałam wyniki mojego już ostatniego egzaminu lekarskiego – Step 3 USMLE.
Pierwszy zdawałam po drugim roku szkoły medycznej, drugi na czwartym roku ; bez nich nie mogłabym ukończyć szkoły... ani rozpocząć rezydentury. Ostatni etap zdaje się już po ukończeniu szkoły medycznej w czasie stażu, albo zaraz po. To taki odpowiednik polskiego LEPu/ LEKu. Ja się zda ten egzamin i kończy pomyślnie staż, to można legalnie praktykować medycynę.

Jeszcze tylko kupa roboty papierkowej dzieli mnie od posiadania licencji lekarskiej :).

W dawnych czasach można było zaprzestać dalszej edukacji i po prostu być lekarzem ogólnym. Ale w dzisiejszych czasach lekarz bez specjalizacji by się raczej nie sparwdził – nawet w najbardziej nieucywilizowanych regionach Ameryki. No ale nie ma co gdybać, bo ja nie widzę siebie poza chirurgią…

Tak więc LEP z głowy – i dzięki Bogu, bo nie wyobrażam sobie ponownego siedzenia przed komputerem przez dwie ośmiogodzinne sesje. I kolejnego wydatku - i to nie byle jakiego (koszt egzaminu to prawie $800!).

No ale nie koniec z egzaminami. Czas na powtórkę do ABSITE – doroczny egzamin dla rezydentów chirurgii. Egzamin zdaje się co roku pod koniec stycznia, głównie żeby ocenić własny postęp, trochę żeby obiektywnie móc ocenić i porównać programy chirurgiczne, no i w końcu żeby móc jakoś pogrupować kandydatów na drugi stopień specjalizacji. 

Już nawet jak skończę chirurgię to będę musiała borykać się z testami - przynajmiej raz na 10 lat żeby odnowić licencję lekarską. 

Ale i tak kocham to co robię.

_______________________________________________________

When one chooses a career in medicine, they sign up for being a student forever. It's not only because of necessity to read to keep up with ever changing science; they have to accept multiple and endless examinations.

Last week I got back results of my last USMLE exam - Step 3.
I took the 1st one during my first year of medical school, the 2nd one during my fourth year; without these scores I wound't be able to graduate or match into my residency for that matter. The last Step is taken after medical school graduation during the intern year, or shortly after. Once Step 3 is passed, once can legally practice medicine on their own.

I'm only steps away (and tons of paperwork) from getting my personal doctor license :). 

In the old days one could stop their career advancement at this stage and become a general practitioner. But in today "DNAge" a physician without a specialty training would not be competitive - even in some remote, secluded and underserved area of Wyoming :) But I guess it doesn't really matter, since I can't see myself doing anything else but surgery.

So my STEPs are done - and thank God! I can't imagine myself again spending almost $800 for this exam and sitting two long days in front of a computer in a testing center.  

But it's not the end of exams. It's time to start reviewing for the ABSITE - yearly exam for surgical residents that is administered late in January. The main purpose of the exam is "self assessment" and to have an objective measure of each program in comparison to other residencies cross the country; but it can also help (or not) to match into surgical subspeciality training.

Even when I'm finally done with my residency, I'll have to take tests every now and then... at least once every 10 years to maintain my board certification. 

Despite all that, I still love my job!

wtorek, 27 listopada 2012


Dawno nie było o medycnie… pomysłów mam dużo, ale czasu nigdy nie wystarcza.
  
Drugi rok rezydentury, przynajmniej w przypadku chirurii jest zdecydowanie bardziej forsujący i wymagający niż staż (w dyscyplinach niechirurgicznych po stażu już zazwyczaj jest z górki). Godziny pracy są dłuższe niż na pierwszym roku; teraz według przepisów możemy brać dyżury 24 godzinne (na pierwszym roku maksymalna zmiana nie mogła przekraczać 16!), no i mamy coraz więcej odpowiedzialności… nie tylko za własnych pacjentów, ale czasem trzeba pomóc podejmować decyzje nowym pierwszo-roczniakom.

Jeśli chodzi o wiedzę medyczną, głownym celem pierwszego roku było opanowanie “normalnej fizjologii” pacjentów, którzy mają rutynowe zabiegi i nauczyć się z łatwością rozpoznawać i rozwiązywać najczęstsze pooperacyjne komplikacje, oraz wiedzieć jak  nie dopuścić żeby błahy problem zamienił się w medyczną katastrofę.  Założenie jest że po pierwszym roku każdy zna patofizjologię przepuchliny, zapalenia wyrostka robaczkowego, woreczka żółciowego, i wie jak postępować w przypadku prostych problemów jak kontrola poooperacyjnego bólu, czy niewydolnośći układu moczowego oraz potrafi rozpoznać kiedy wszystko się wali i pali i czas najwyższy powiadomić lekarza prowadzącego i wezwać pomoc!

I tutaj ja wkraczam do akcji. Bo drugi rok skupia się na pacjentach w stanie krytycznym, chirurgii urazowej (traumatycznej) oraz tajnikach intenswynej terapii. Według mojego grafiku 14 tygdonii w tym roku spędzę na odziale intensywnej opieki chirurgicznej, 7 tygodni na urazówce (w dodatku do 2-3 dyżurów weekendowych w miesiącu an urazówce). Jakby nie patrzeć, połowę mojego drugiego roku spędzę z pacjentami którzy są ledwo żywi i będę musiała trzymać ich przy życiu na przekór wszystkiemu.

Właśnie rozpoczęłam szósty tydzień dyżurów nocnych na intensywnej opiece chirurgicznej (dzięki Bogu nie szósty tydzień z rzędu J). Pierwsze 3-4 noce były przerażające.  No bo jak tu się nie bać  kiedy jestem sama na oddziale z około 20-30 pacjentami… niektórzy tak chorzy że aż trudno uwierzyć i ogarnąć. Jest jeden lekarz prowadzący w szpitalu, ale często na sali operacyjnej z jakimś nagłym przypadkiem. 

Pierwszy raz gdy miałam pacjęta z nagłym ustaniem krążenia… wzięłam głęboki oddech i kierowałam resuscytacją… nawet nie musiałam korzystać z pomocy mojej ściągi kieszonkowej z dawkami leków. Ale jak już przywróciliśmy temu pacjentowi spotnaniczne krążenie i ogrom sytuacji do mnie dotarł, to nogi się pode mną ugięły i oblałam się zimnym potem. Zadziwiające że sama nie potrzebowałam resucitacji oddechowej.

Kolejne przpadki nie były już aż tak drastyczne… ale nogi z waty i tak miewam od czasu do czasu – szczególnie przy samodzielnych wkłuciach centralnych. Już sama nie wiem ile ich zrobiłam – na pewno ponad 20, może nawet ponad 30… ale i tak przerażają mnie niesamowicie.

Tymczasem cieszę się że weekend dziękczynny się skończył i może kilka spokojnych nocy nastanie… bo w samo święto dziękczynienia mieliśmy sześciu pacjentów z ranami postrzałowymi (chociaż byłam święcie przekonana że wypadki drogowe byłyby większym problemem).


___________________________________________________

It’s been a while since I last wrote about medical stuff. I have ideas, just not enough time to share them here.

The 2nd year of residency, at least in surgery, is much harder and demanding than intern year (in non-surgical specialties after the inter year it’s definitely “down the hill”). I work longer hours; according to the rules now I’m allowed to work 24-hour shifts (while as an intern I was not supposed to work longer than 16 hours), and now I have more responsibilities… no only for my own patients, but also every now and then I have to step up and help new interns in managing their tasks.

When it comes to medical knowledge, the main purpose of the first year was to learn “normal physiology” and know how to take care of patients undergoing routine surgeries. An intern has to be able to recognize and deal with common post-operative complications and prevent them from turning into medical disasters. It’s assumed that having finished their internship, residents know patho-physiology of appendicitis, gall bladder infection and are well versed in management of postoperative pain, decreased urine output and are able to recognize that things are going south and when it’s time to escalate, notify the attending and ask for help.

And this is where I, in my new role, come into the picture. The second year of residency concentrates on critically ill patients, trauma surgery and secrets of intensive medical/ surgical care. According to my schedule this year I’m going to spend 14 weeks in STICU (surgery/trauma intensive care unit), 7 weeks on trauma surgery (in addition to 2-3 weekend calls per month on trauma). The count is easy… almost half of my second year I’m going to spend taking care of extremely sick people who try to die on my every minute.

I’ve just started my 6th week of night shifts in STICU (thank God it’s not 6th week in a row J). First 3-4 nights were scary like hell. But I would have to be crazy not to be afraid to take care of 20-30 patients who are so sick that it’s hard to wrap my mind around. I have one attending in-house every night, but often times they are busy in the operating room.  

First time when I had a patient with cardiac arrest… I took a deep breath and led the team in resuscitating efforts… and to my surprise I didn’t even have to use my pocket cheat sheet with medication doses. But when we brought the guy back to life and I realized what had just happened, my knees buckled and cold sweat poured down my back. I was surprised I didn’t need CPR myself.

The cases that followed were not nearly as dramatic, but I still have shaky legs every now and then; especially when it comes to doing central lines all by myself. I don’t even know how many I’ve done so far… at least 20, or even 30, but I’m just scared out of my mind every time I have to do one.

Meanwhile, I’m glad that Thanksgiving weekend is over and hopefully few quiet nights will follow. On Thanksgiving night itself we had 6 patients with a variety of gun shot wounds (although I expected that car accidents would be a bigger issue at that particular time). 

poniedziałek, 29 października 2012

Yellowstone – 25-26 wrzesień/ September 25-26th


Mój małżonek nie był wielkim fanem przeznaczenia “aż dwóch dni” na Yellowstone. No bo ile czasu potrzeba na przejechanie przez park i na oglądanie drzew, źródełek i od czasu do czasu jakiegoś żyjątka?  Okazało się że dwa dni zaletwie wystarczyło na obejrzenie cząstki tego niesamowitego miejsca. I dobrze – nasze apetyty zostały zaostrzone na kolejną wyprawę.

Po raz pierwszy w życiu widziałam Mika tak zafascynowanego naturą. Ale inaczej się nie dało. Za każdym zakrętem czekała na nas nowa niespodzianka – gorące źródła, gejzery, wodospady, wulkany błotne, fumarole... Róźnica wzniesień w parku jest spora – tak więc w zaleźności od wyskości rośliny róźniły się od stepowych traw, po bujne drzewa. Kilka razy spotkaliśmy się oko w oko z bizonami i wapiti, raz z całkiem bliska zobaczyliśmy łosia, a podczas naszej przejażdzki konnej w oddali na wzgórzu widzieliśmy niedźwiedzia grizzly.

Co tu dużo pisać – słowa są zbyt małe żeby wyrazić piękno tego miejsca.
--------------------
My husband was not a fan of spending “entire two days” in Yellowstone, when we first started planning this vacation. How much time does one need to drive through a forest and look at streams, trees and animals (if they are lucky)? It turned out that time was barely enough to see a small fraction of this extraordinary place. That’s fine though, it was enough to whet our appetites to come back here again!!!

For the first time ever, I saw Mike so taken aback by the nature. But there was no other possibility. This place was truly magical. Every turn in the road brought a new surprise – hot springs, geysers, waterfalls, mud volcanoes, fumaroles (or steaming pots)… Elevation difference in the park is quite significant, so depending on the altitude the flora ranged from shrubs and grasses to leafy and pine trees. Countless times we met eye to eye with American Bisons and elks. Once we run into a moose, and during our horseback expedition, we spotted a black bear up in the mountains. 

The words are too small to express the beauty of that place.




Pole pełne fumaroli / Field full of fumaroles

Wielki Kanion Yellowstone/ Grand Canyon of Yellowstone

Kontemplacja źródła Grand Prismatic / Contemplating Grand Prismatic Hot Spring



Gorące siarkowe źródła / Hot sulphur Mammoth Spring

Wulkan blotny/ Mud vulcano

Wczesny poranek w Yellowstone/ Early morning in Yellowstone


Bizon zabłąkany na parkingu/ Bison lost at the parking lot

stado bizonów / flock of bisons

wieczorna kąpiel wapiti / Elk's evening swim

poniedziałek, 22 października 2012

Poniedziałek 24 wrzesień / Monday, 24th September




Sheridan, Wy --> Cody, Wy (147 miles / 237 km)

Pomimo że już prawie miesiąc minał od naszej wyprawy, wspomnienia jak narazie żywe i niewyblakłe. W poniedziałek rano wyjechaliśmy z Sheridan i kontynuowaliśmy na zachód  à następny przystanek to Cody, Wyoming.

Te wakacje całkowicie pokrzyżowały nasze plany na przyszłość. Oboje całkowicie zakochaliśmy się w “dzikim zachodzie”. To że mi się podobało, w ogóle mnie nie dziwi, bo ja lubię takie klimaty, ale Mike całkowicie mnie zaszkoczył.

Krajobrazy były zdecydowanie bardziej urozmaicone niż całkowicie płaskie stepy z poprzedniego dnia. Gdy tylko wjechaliśmy w region gór Bighorn, Mike stwierdził że przeprowadzamy się do Wyoming do rancha u podnóża gór :). 

Wiele miejscowości które mijaliśmy tego dnia to wioski z prawdziwego zdarzenia – niektóre miały tylko kilkadziesiąt mieszkańców. W porównaniu do nich, Cody to prawdziwa metropolia – miasto liczy około 9000 mieszkańców, ma szpital, lotnisko, wybór sklepów i restauracji. (Kiedyś pewnie bym nawet nie zwróciła uwagi czy miasto ma szpital, ale jako chirurg byłabym bezrobona w mieście bez szpitala). Miasto jest najbardziej znane ze względu na powiązania z Dzikim Billem (Wild Bill) – który był jednym z założycieli miasta w XIX wieku, a później stał się legendarnym bohaterem wielu
westernów. Nie poszliśmy z Mikiem do Muzeum Dzikiego Billa, bo zdecydowaliśmy że jeszcze się tam wybierzemy i musimy coś zostawić na następny raz.

Wybraliśmy się natomiast na zakupy i… kupiliśmy prawdziwe kowbojskie buty! Ja już planowałam to od dawna – bo ostatnie kowbojskie podróbki, których właścicielką stałam się przez przypadek, okazały się jednymi znajwygodniejszych butów jakie kiedykolwiek miałam. Główna ulica Cody miała mnóstwo sklepów z artykułami kowbojskimi i sztuką indiańską; do wyboru do koloru – można było znaleźć wszystko od taniego badziewia dla turystów, po prawdziwe, ręcznie robione dzieła sztuki. I tak oto zostałam właścicielką pięknych, niestety nie ręcznie robionych butów (bo na takie nie mogłam sobie narazie pozwolić). Nawet Mike skusił się na kowbojskie buty, i do końca wakacji nie mógł się nadziwić jakie one są wygodne. 

Wieczorem wybraliśmy się obejrzeć zachód słońca z Zapory Dzikiego Billa nad rzeką Shoshone.  I marzyliśmy sobie co by było gdybyśmy pewnego dnia przeprowadzili się do Wyoming…

-----------------------------------------------------------
Despite the fact that the entire month has passed by since our vacation, the memories are still vivid.  On Monday morning we left Sheridan and continued our journey west à to our next stop – Cody, Wyoming.

This vacation has completely altered our plans for the future. We both totally fell in love with the Wild West. I’m not surprised that I like that, because I’m all about the mountains and the nature… but Mike was quite an astonishment.

The views were far more exciting than flat prairies from the previous day. As soon as we entered the Bighorn Mountain area, Mike announced that we were moving to Wyoming, to a ranch house at the feet of the mountains :).

Many towns we passed were really secluded and had less than a hundred of inhabitants. That makes Cody a real metropolis – a city with population of more than 9000, with an airport, hospital, grocery stores and restaurants. (Once upon a time I wouldn’t even care if a place had a hospital, but as a surgon, I would be unemployed without one).  The city is most well known because of Buffalo Bill, who was one of the city founders in the mid 19th century, and then he became a legendary character known from westerns. We ended up not going to Buffalo Bill Museum, because we knew we’re coming back, so we had to save something for the next time.

We went shopping instead, and each of us bought a pair of authentic cowboy boots. I had been scheming it for a long time; my last pair of cowboy boots, or rather imitation of such ended up being one of the most comfortable boots I ever owned. The main street of Cody was full of little shops with cowboy themed stuff and Native American art; one could find there anything from cheap touristy garbage to really unique, beautiful and overpriced masterpieces. And so I became an owner of beautiful, unfortunately not hand made boots… (maybe next time I can afford the hand made). Even Mike ended up buying a pair of cowboy boots and he couldn’t believe how comfy they were.

In the evening we watched a sunset from Buffallo Bill Dam on the Shoshone River, just outside the town. And we dreamed about moving to Wyoming, at some point in the future….








wtorek, 2 października 2012

Niedziela 23 wrzesień / Sunday, September 23rd




Rapid City, SD --> Mount Rushmore --> Crazy Horse --> Sheridan, WY 
271 miles / 436 km


Zapomniałam dodać wczoraj, że Rapid City zaskoczyło nas również dobrą kawą. Tak więc niedzielny poranek rozpoczęliśmy od wizyty w Dunn Bross Coffee Shop, który odkryliśmy dzień wcześniej. A potem wyruszyliśmy w drogę na zachód.

Pierwszy przystanek - Mount Rushmore, albo po prostu "głowy prezydentów". Wrażenie niesamowite, choć muszę przyznać że jak zobaczyłam ich twarze z daleka to wydały mi się małe. Dopiero jak dotarliśmy na miejsce to ich ogrom stał się bardziej oczywisty.

Kolejny przystanek - Crazy Horse. Pewnie niewiele osób o tym miejscu słyszało, włącznie z nami. Dzień wcześniej w Rapid City zobaczyliśmy drogowskazy do Crazy Horse i wieczorkiem sprawdziliśmy w necie co to takiego, i tak oto trafiliśmy do tego niesamowitego miejsca;

Crazy Horse to ogromny pomnik upamiętniający wielkiego wodza indiańskiego o tym samym imieniu z trybu Lakota. Idea pomnika została zainspirowana przez Mount Rushmore; pomnik jest również wykuty w skale i przedstawia, a raczej będzie przedstawiał Indianina na koniu. Prace nad pomnikiem rozpoczęły się ponad 50 lat temu i jak narazie tylko głowa wodza jest dokończona. Całe przedsięwięcie jest ogromne, i sama głowa jest większa niż cały Rushmore. Wrażenie niesamowite - zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę historię tej skały. Dzieło stworzenia pomnika zostało powierzone ponad 50 lat temu rzeźbiarzowi polskiego pochodzenia, i stało się rodzinnym projektem. Obecnie trzecie pokolenie angażuje się w ten pomnik. W przyszłości, Crazy Horse będzie nie tylko pomnikiem, ale także centrum kultury i edukacji indańskiej włącznie z uniwersytetem.
Z Crazy Horse podążaliśmy na zachód. Wkrótce po przekroczeniu granicy stanu Wyoming dotarliśmy do dosyć osobliwej skały zwanej Devil's Tower (Diabelska Wieża). Miliony lat temu skała ta powstała w nie do końca znany sposób z wybuchu wulkanu, który znajdował się w tym miejscu. Indiańska legenda przypisuje unikalny kształt tej skały, niedźwiedziowi, który starał się wdrapać na skałę i złapać sześć pięknych sióstr. Niedźwiedź drapał i drapał, a skała rosła i rosła, aż dziewczęta sięgnęły nieba i zmieniły się w gwiazdy. Dzisiaj Devil'sTower jest celem miłośników wspinaczki górskiej.

Opuściliśmy skałę jak słońce chyliło się ku zachodowi. Zanim całkowicie się sciemniło, jadąc przez niekończące się prerie, napotkaliśmy mnóstwo niświszczuków, znanych również jako preriowe psy (wyglądają bardziej jak otyłe chomiki, ale podobno w sytuacjach zagrożenia wydają odgłos podobny do szczekania). A potem była już tylko ciemność i kilometry prostej autostrady, aż dotarliśmy do naszego kolejnego noclegu - Sheridan, Wyoming.

---------------

I forgot to mention yesterday, that except from good Italian food, Rapid City also surprised us with excellent coffee. And so  we started our Sunday from a visit in the Dun Bross Coffee Shop, which is quite popular coffee chain at the west. We hit the road shortly thereafter.

Our first stop was Mount Rushmore, or simply Presidents’ Heads. I have to admit that from a distance I wasn’t too impressed by their size. But when we got closer, their magnitude was quite stunning.

From there we went to Crazy Horse. I can imagine that most folks have never heard about that place… including two of us. The previous days as we were walking along Rapid City we saw signs and posters advertising Crazy Horse and we ended up looking up the place on the internet. Since it was on our way, we decided to add a stop to our journey.

Crazy Horse is a huge monument commemorating a Native American leader of the same name from Lakota Tribe. The idea for the monument was inspired by Mount Rushmore. Crazy Horse is also sculpted from a rock and it pictures/ or is going to picture the Indian leader on a horse. Works on the project began more than 50 years ago, and so far only Crazy Horse’s head has been completed. The whole undertaking is humongous and the head itself is bigger than entire Mout Rushmore. It is truly impressive – even more so, when one knows the story behind the monument.
The project was entrusted to a sculpture of Polish descent and it became a family project. Currently the 3rd generation is working on Crazy Horse. It is intended to become the biggest center of Native American history and culture including university.

From there we continued driving towards the west. Shortly after crossing into Wyoming, we arrived to a quite obscure rock named Devils Tower. Although not fully understood how, the rock was born thousands of years ago from a volcanic eruption. A Native American legend claims that unique shape of the rock is the result of a bear scraping the hill in attempts to capture six beautiful sisters who climbed the rock to escape for the beast. The bear kept scraping and scraping, and rock was growing and growing, until it reached the sky and the girls were changed into the stars.  Today Devils Tower is a dream of every rock climber.

We left the rock when the sun was setting down. Before it got fully dark, we got a chance to observe numerous prairie dogs, which in my opinion resemble fat squirrels more than they do dogs. However, when placed in unsafe environment, they make barking sound – hence their name.  And after that we drove away into total darkness and emptiness, until after miles of straight highway we reached our next destination – Sheridan, Wyoming.