"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)

wtorek, 27 listopada 2012


Dawno nie było o medycnie… pomysłów mam dużo, ale czasu nigdy nie wystarcza.
  
Drugi rok rezydentury, przynajmniej w przypadku chirurii jest zdecydowanie bardziej forsujący i wymagający niż staż (w dyscyplinach niechirurgicznych po stażu już zazwyczaj jest z górki). Godziny pracy są dłuższe niż na pierwszym roku; teraz według przepisów możemy brać dyżury 24 godzinne (na pierwszym roku maksymalna zmiana nie mogła przekraczać 16!), no i mamy coraz więcej odpowiedzialności… nie tylko za własnych pacjentów, ale czasem trzeba pomóc podejmować decyzje nowym pierwszo-roczniakom.

Jeśli chodzi o wiedzę medyczną, głownym celem pierwszego roku było opanowanie “normalnej fizjologii” pacjentów, którzy mają rutynowe zabiegi i nauczyć się z łatwością rozpoznawać i rozwiązywać najczęstsze pooperacyjne komplikacje, oraz wiedzieć jak  nie dopuścić żeby błahy problem zamienił się w medyczną katastrofę.  Założenie jest że po pierwszym roku każdy zna patofizjologię przepuchliny, zapalenia wyrostka robaczkowego, woreczka żółciowego, i wie jak postępować w przypadku prostych problemów jak kontrola poooperacyjnego bólu, czy niewydolnośći układu moczowego oraz potrafi rozpoznać kiedy wszystko się wali i pali i czas najwyższy powiadomić lekarza prowadzącego i wezwać pomoc!

I tutaj ja wkraczam do akcji. Bo drugi rok skupia się na pacjentach w stanie krytycznym, chirurgii urazowej (traumatycznej) oraz tajnikach intenswynej terapii. Według mojego grafiku 14 tygdonii w tym roku spędzę na odziale intensywnej opieki chirurgicznej, 7 tygodni na urazówce (w dodatku do 2-3 dyżurów weekendowych w miesiącu an urazówce). Jakby nie patrzeć, połowę mojego drugiego roku spędzę z pacjentami którzy są ledwo żywi i będę musiała trzymać ich przy życiu na przekór wszystkiemu.

Właśnie rozpoczęłam szósty tydzień dyżurów nocnych na intensywnej opiece chirurgicznej (dzięki Bogu nie szósty tydzień z rzędu J). Pierwsze 3-4 noce były przerażające.  No bo jak tu się nie bać  kiedy jestem sama na oddziale z około 20-30 pacjentami… niektórzy tak chorzy że aż trudno uwierzyć i ogarnąć. Jest jeden lekarz prowadzący w szpitalu, ale często na sali operacyjnej z jakimś nagłym przypadkiem. 

Pierwszy raz gdy miałam pacjęta z nagłym ustaniem krążenia… wzięłam głęboki oddech i kierowałam resuscytacją… nawet nie musiałam korzystać z pomocy mojej ściągi kieszonkowej z dawkami leków. Ale jak już przywróciliśmy temu pacjentowi spotnaniczne krążenie i ogrom sytuacji do mnie dotarł, to nogi się pode mną ugięły i oblałam się zimnym potem. Zadziwiające że sama nie potrzebowałam resucitacji oddechowej.

Kolejne przpadki nie były już aż tak drastyczne… ale nogi z waty i tak miewam od czasu do czasu – szczególnie przy samodzielnych wkłuciach centralnych. Już sama nie wiem ile ich zrobiłam – na pewno ponad 20, może nawet ponad 30… ale i tak przerażają mnie niesamowicie.

Tymczasem cieszę się że weekend dziękczynny się skończył i może kilka spokojnych nocy nastanie… bo w samo święto dziękczynienia mieliśmy sześciu pacjentów z ranami postrzałowymi (chociaż byłam święcie przekonana że wypadki drogowe byłyby większym problemem).


___________________________________________________

It’s been a while since I last wrote about medical stuff. I have ideas, just not enough time to share them here.

The 2nd year of residency, at least in surgery, is much harder and demanding than intern year (in non-surgical specialties after the inter year it’s definitely “down the hill”). I work longer hours; according to the rules now I’m allowed to work 24-hour shifts (while as an intern I was not supposed to work longer than 16 hours), and now I have more responsibilities… no only for my own patients, but also every now and then I have to step up and help new interns in managing their tasks.

When it comes to medical knowledge, the main purpose of the first year was to learn “normal physiology” and know how to take care of patients undergoing routine surgeries. An intern has to be able to recognize and deal with common post-operative complications and prevent them from turning into medical disasters. It’s assumed that having finished their internship, residents know patho-physiology of appendicitis, gall bladder infection and are well versed in management of postoperative pain, decreased urine output and are able to recognize that things are going south and when it’s time to escalate, notify the attending and ask for help.

And this is where I, in my new role, come into the picture. The second year of residency concentrates on critically ill patients, trauma surgery and secrets of intensive medical/ surgical care. According to my schedule this year I’m going to spend 14 weeks in STICU (surgery/trauma intensive care unit), 7 weeks on trauma surgery (in addition to 2-3 weekend calls per month on trauma). The count is easy… almost half of my second year I’m going to spend taking care of extremely sick people who try to die on my every minute.

I’ve just started my 6th week of night shifts in STICU (thank God it’s not 6th week in a row J). First 3-4 nights were scary like hell. But I would have to be crazy not to be afraid to take care of 20-30 patients who are so sick that it’s hard to wrap my mind around. I have one attending in-house every night, but often times they are busy in the operating room.  

First time when I had a patient with cardiac arrest… I took a deep breath and led the team in resuscitating efforts… and to my surprise I didn’t even have to use my pocket cheat sheet with medication doses. But when we brought the guy back to life and I realized what had just happened, my knees buckled and cold sweat poured down my back. I was surprised I didn’t need CPR myself.

The cases that followed were not nearly as dramatic, but I still have shaky legs every now and then; especially when it comes to doing central lines all by myself. I don’t even know how many I’ve done so far… at least 20, or even 30, but I’m just scared out of my mind every time I have to do one.

Meanwhile, I’m glad that Thanksgiving weekend is over and hopefully few quiet nights will follow. On Thanksgiving night itself we had 6 patients with a variety of gun shot wounds (although I expected that car accidents would be a bigger issue at that particular time). 

1 komentarz:

thern pisze...

jak się to czyta, to aż mi sie nogi z waty robią! Super, ze tak sobie radzisz, każdy dyżur uczy Cię czegoś nowego. Trzymam kciuki za wszelkie ciezkie sytuacje!

PS. myślałam, ze z ranami postrzałowymi to najwięcej przypadków jest w Labor Day, a nie w Thanksgiving?