"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)

środa, 31 października 2007

Niehalloweenowy Halloween

Tak więc mamy dzisiaj halloween, ale...nie dla psa kiełbasa. Postanowiłam zostać dłużej w szkole i wkuwać anatomię, podczas gdy Mike będzie rozdawał dzieciom cukierki; sporo ludzi ma dzieci na naszej ulicy, więc pewnie będzie sporo przebierańców chodziło i ‘Trick-or-Treatowało’.

Kilka słów o anatomii! Dopiero teraz poczułam co to znaczy nadmiar materiału. Jeszcze nigdy w życiu nie uczyłam się tak intensywnie. Ogrom materiału jest niesamowity i bardzo mało czasu! U nas w szkole blok anatomiczny trwa 9 tygodni (podczas gdy w szkłach z semestralnym rozkładem zajęć anatomia często trwa cały semester, a czasem nawet cały rok). Za tydzień będę miała pierwszą turę testów – we wtorek praktyczny, w środę teoretyczny – z układu mięśniowo-szkieletowego.

Zajęcia na prosektorium nie są takie fascynujące jak oczekiwałam. Przede wszystkim dlatego, że trudno docenić czas z ‘cadavrem’, skoro cały czas człowiek tylko myśli żeby zdążyć z cięciem i żeby zobaczyć wszystkie mięśnie i kości! Na każde zwłoki przypada 8 studentów. Moja grupa jest taka sobie. Mamy dwie ‘zbyt ambitne panie chirurg’, które by tylko cięły i cięły. Jedna dziewczyna jest super nadwrażliwa i cały czas narzeka że ktoś na nią prysnął formaliną albo tluszczem...szkoda gadać. Jakoś przetrwam te 9 tygodni.

Nazwaliśmy nasze zwłoki „Lester”! Jakoś łatwiej jest pracować, jak przynajmiej ma imię. Lepiej brzmi jak się odwraca Lestera na plecy, niż jak się przekręca zwłoki. Lester umarł w średnim wieku, trudno określić przyczynę zgonu – jeszcze nie ‘docięiśmy’ się do żadnego abnormalnego organu. W przyszłym roku będzie ceremonia upamiętniająca dla osób które poświęciły swoje ciała dla naszego rocznika na badania, tak więc dowiemy się wtedy kim naprawdę był Lester. W każdym razie jest dosyć otyły, tak więc sporo czasu zajmuje usunięcie tkanki tłuszczowej zanim dotrzemy do tego co potrzeba.

Pomimo mojego braku entuzjazmu do zajęć na prosektorium, czuję się niesamowicie uprzywilejowana że mam szansę odkrywać tajemnice ludzkiego ciała poprzez dysekcję kogoś, kto ofiarował siebie w celach naukowych. Ale z drugiej strony bardzo trudno doceniać to na codzień...tym bardziej że już tylko genitalia i głowa są nietknięte, a reszta ciała Lestera już została porozcinana...kończyny całkowicie, a torsum tylko powierzchownie żeby odkryć mięśnie...reszta organów zostanie „rozebrana” w przygotowaniu do kolejnych egzaminów. Nic nie pozostało z niepewności i ‘dziwnych uczuć’ towarzyszących mi pierwszego dnia w prosektorium. Po tygodniu znam każdy mięsień Lestera, tętnice i zyły, zapadnięte powłoki skóry (po usunięciu tłuszczu). I z każdym dniem szanuję go coraz bardziej za to że jest dla mnie kopalnią wiedzy...i z każdym dniem nienawidzę go za nieprzespane noce i godziny spędzone na wkuwaniu łacińskiej terminologii...

1 komentarz:

thernity pisze...

zajecia z prosektorium dla mnie nie brzmią zachęcająco ;-)