"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentiments. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentiments. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 maja 2012
Wow! A ja myślałam że mój małżonek się postarał przy naszych zaręczynach!
A było to tak...
Znaliśmy się niewiele ponad miesiąc.
Wracamy z weekendu and oceanem. Stoimy w paskudnym korku na autostradzie i ruszamy się 20 mil na godzinę.
Mike: Co byś powiedziała gdybym się Tobie oświadczył?
Ja: Co?! Prosisz mnie o rękę?
Mike: Pytam się co byś powiedziała gdybym Cię poprosił.
Ja: No to prosisz mnie... i co tak w korku, i bez pierścionka?!
Mike: No już jak mam się wykosztować to wolałabym wiedzieć czy warto... (i śmieje się).
Trzy miesiące później, poleciał ze mną do Polski i poprosił mojego tatę o moją rękę (po Polsku). Pozwolenie oczywiście uzyskał i... następnego dnia oświadczył mi się z pierścionkiem, na kolanku przy okazji obiadu z moimi bliskimi i przyjaciółmi.
Tak mi się zebrało na wspominki, jak zobaczyłam ten filmik na youtubie ;).
-------------------------------------------------
Wow! And I thought that my husband was super inventive with our engagement!
So here it goes.
We'd known each other a little bit over a month.
We were driving home from a weekend at the ocean, stuck in a terrible traffic on an interstate, moving about 20 miles per hour.
Mike: What would you say if I proposed to you?
Me: What?! Are you asking me to marry you?
Mike: I'm asking what you'd say if I did.
Me: So you are asking to marry me! Like that?! In the traffic, with no ring?
Mike: I'd rather know before I spend all the money... (and he laughed).
There months later he flew back to Poland with me and asked my father (in Polish!!!) for a permission to marry me. The permission was obviously granted and the following day he proposed to me on his knee, with a beautiful ring, at the dinner with my relatives and friends.
I guess I got a little sentimental after I saw that video on youtube :).
wtorek, 10 kwietnia 2012
Moje życie jest całkowicie pozbawione równowagi. Jak lenistwo – to lenistwo na całego, a jak praca to aż wióry lecą!!! Sama nie wiem gdzie te wszystkie tygodnie przeleciały bez mojego blogowania!
Wakacje były OK! Nie skaczę do góry z zachwytu, bo po miesiącach czekania calkowicie nie sprostały moim oczekiwaniom. Największe rozczarowanie to… utrata Nero! Już ponad dwa miesiące minęły, a ja jeszcze ronię łezkę (albo i dwie) za każdym razem jak o nim myślę!
A było to tak! Nero dołączył do naszej rodzinki w lipcu 2009 roku. Dosłownie uratowaliśmy go ze schroniska na dzień przed uśpieniem. Był wychudzony i wystraszony. Ale jak nadbrał mięśni i energii, to się zrobił bardzo terytorialny i… nie za bardzo przyjazny w stosunku do innych psów. Wysłaliśmy go nawet do pieskiej szkoły, ale jego temperament okazał się silniejszy. My zawsze mieliśmy na niego oko, i jakoś się dni toczyły. Jego figlarny charakter i bezwarunkowe oddanie całkowicie nadrabiały za stres i szarpaninę towarzyszącą naszym spacerom na smyczy.
Przed wylotem do Paryża zostawiliśmy Nero i Shivę w wypróbowanym już psim hotelu. Ale jak się okazało, nie był taki wypróbowany. Z powodu czyjegoś niedopatrzenia albo niedbalstwa Nero wydostał się z kojca który dzielił z Shivą, wdarł się do sąsiedniego wybiegu i pogryzł innego psa. Pomimo zapewnień telefonicznych od personelu hotelowego, że ten psiak doznał tylko małych obrażeń, nieszczęśnik zdechł po dwóch dniach.
I tak oto dokonaliśmy jednego z najtrudniejszych wyborów. Z pokoju hotelowego w centrum Paryża, przez telefon, pochlipując pod nosem i roniąc krokodyle łzy, podjęliśmy decyzję o uśpieniu Nero.
Historia lubi się powtarzać… tych którzy nie czytali mojego bloga od począdku, odsyłam do wcześniejszego postu…
kliknij tutaj
O Paryżu będzie następnym razem!
-------------------------------------------------------------------------
My life is entirely deprived of balance! When I’m lazy, I’m lazy! When I work, I work like there’s no tomorrow!!! I don’t even know when all these weeks went by without me posting even once!
My vacation was all right! I’m not thrilled, because after months of waiting, it didn’t live up to my expectations. The bigges disappointment was… loosing Nero! It’s been more than two months and I’m still getting teary eyes every time I think of him.
Here’s the story! Nero joined our family in July 2009. We literaly saved him from death that was scheduled for the very next day. He was skinny and fearful. But when he gained some muscles and strength, he became extremely territorial and not so friendly towards other dogs. We even sent him to a doggie school, but his temperament prevailed. We always kept a close eye on him and days went by. His playfulness and absolute loyalty totally made up for leash walks filled with stress and tugging.
Before we left for Paris, we dropped Shiva and Nero in a hotel they both stayed before. However the hotel turned out to be not as awesome as we thought. Because of somebody’s overlook or carelessness, Nero managed to make his way out of his run into another dog’s kennel. Despite of the hotel perosnell telling us that the injuries sustained by the other doggie were minor, it died after a couple of days.
And so Mike and I made one of the most difficult choices ever. From a hotel room in the center of Paris, on the phone, crying like babies, we made a decision to put Nero down. After that we went to our favorite corner basserie and celebrated our little guy by getting drunk on 2 bottles of wine.
More about Paris, soon.
Wakacje były OK! Nie skaczę do góry z zachwytu, bo po miesiącach czekania calkowicie nie sprostały moim oczekiwaniom. Największe rozczarowanie to… utrata Nero! Już ponad dwa miesiące minęły, a ja jeszcze ronię łezkę (albo i dwie) za każdym razem jak o nim myślę!
A było to tak! Nero dołączył do naszej rodzinki w lipcu 2009 roku. Dosłownie uratowaliśmy go ze schroniska na dzień przed uśpieniem. Był wychudzony i wystraszony. Ale jak nadbrał mięśni i energii, to się zrobił bardzo terytorialny i… nie za bardzo przyjazny w stosunku do innych psów. Wysłaliśmy go nawet do pieskiej szkoły, ale jego temperament okazał się silniejszy. My zawsze mieliśmy na niego oko, i jakoś się dni toczyły. Jego figlarny charakter i bezwarunkowe oddanie całkowicie nadrabiały za stres i szarpaninę towarzyszącą naszym spacerom na smyczy.
Przed wylotem do Paryża zostawiliśmy Nero i Shivę w wypróbowanym już psim hotelu. Ale jak się okazało, nie był taki wypróbowany. Z powodu czyjegoś niedopatrzenia albo niedbalstwa Nero wydostał się z kojca który dzielił z Shivą, wdarł się do sąsiedniego wybiegu i pogryzł innego psa. Pomimo zapewnień telefonicznych od personelu hotelowego, że ten psiak doznał tylko małych obrażeń, nieszczęśnik zdechł po dwóch dniach.
I tak oto dokonaliśmy jednego z najtrudniejszych wyborów. Z pokoju hotelowego w centrum Paryża, przez telefon, pochlipując pod nosem i roniąc krokodyle łzy, podjęliśmy decyzję o uśpieniu Nero.
Historia lubi się powtarzać… tych którzy nie czytali mojego bloga od począdku, odsyłam do wcześniejszego postu…
kliknij tutaj
O Paryżu będzie następnym razem!
-------------------------------------------------------------------------
My life is entirely deprived of balance! When I’m lazy, I’m lazy! When I work, I work like there’s no tomorrow!!! I don’t even know when all these weeks went by without me posting even once!
My vacation was all right! I’m not thrilled, because after months of waiting, it didn’t live up to my expectations. The bigges disappointment was… loosing Nero! It’s been more than two months and I’m still getting teary eyes every time I think of him.
Here’s the story! Nero joined our family in July 2009. We literaly saved him from death that was scheduled for the very next day. He was skinny and fearful. But when he gained some muscles and strength, he became extremely territorial and not so friendly towards other dogs. We even sent him to a doggie school, but his temperament prevailed. We always kept a close eye on him and days went by. His playfulness and absolute loyalty totally made up for leash walks filled with stress and tugging.
Before we left for Paris, we dropped Shiva and Nero in a hotel they both stayed before. However the hotel turned out to be not as awesome as we thought. Because of somebody’s overlook or carelessness, Nero managed to make his way out of his run into another dog’s kennel. Despite of the hotel perosnell telling us that the injuries sustained by the other doggie were minor, it died after a couple of days.
And so Mike and I made one of the most difficult choices ever. From a hotel room in the center of Paris, on the phone, crying like babies, we made a decision to put Nero down. After that we went to our favorite corner basserie and celebrated our little guy by getting drunk on 2 bottles of wine.
More about Paris, soon.
poniedziałek, 20 września 2010
Podczas mojego miesiąca na onkologii urosłam nie tylko jako przyszły lekarz i człowiek, ale także jako… przyjaciel. Pewnego popołudnia tuż na początku moich praktyk odebrałam telefon od S. – mojej najbliżej koleżanki ze szkoły, z prośbą o polecenie jej dobrego chirurga onkologa. Nie mogłam otrząsnąć się szoku, kiedy S. poinformowała mnie że mały guzek na piersi, którego wyczuła przez przypadek tydzień wcześniej, okazał się złośliwym nowotworem. Nie tylko pomogłam jej podjąć decyzję o wyborze lekarza, ale towarzyszyłam jej w w niezlicznych wizytach w ciągu kolejnych dni. Spędziłam godziny na przeglądaniu artykułów i badań na tym właśnie nowotworem. Kiedy nadszedł czas na wczepienie jej portu do chemioterapii, nie tylko byłam obecna przy zabiegu jako asystent, ale również jako wsparcie dla S. i jej rodziców przed i po zabiegu. Była złość, rozczarowanie, brak akceptacji. Sporo czasu zajęło mi znalezienie równowagi pomiędzy lekarskim profesjonalizmem a czysto przyjacielskimi emocjami. Pomimo ogromnego żalu i… smutku, czuję się ogormnie uprzywilejowana i wdzięczna, że S. zaufała mi bezgranicznie, i że mogłam doświadczyć jej choroby nie tylko jako lekarz, ale również towarzyszyć jej jako przyjaciel z dnia na dzień w tej drodze przeciwko rakowi.
W zeszłym tygodniu S. straciła wszystkie włosy, i jej blond, skręcona jak sprężynki czupryna została zastąpiona peruka z ciemnymi prostymi włosami. I muszę przyznać że podoba mi się ta „nowa S“… i już nie mogę się doczekać kiedy w końcu dotrą do mnie zamówione przez internet jedwabne chusty, które kupiłam dla S. na dni kiedy nie koniecznie będzie chciała nosić tę ciepłą jak futrzana czapka perukę.
W zeszłym tygodniu S. straciła wszystkie włosy, i jej blond, skręcona jak sprężynki czupryna została zastąpiona peruka z ciemnymi prostymi włosami. I muszę przyznać że podoba mi się ta „nowa S“… i już nie mogę się doczekać kiedy w końcu dotrą do mnie zamówione przez internet jedwabne chusty, które kupiłam dla S. na dni kiedy nie koniecznie będzie chciała nosić tę ciepłą jak futrzana czapka perukę.
niedziela, 18 kwietnia 2010
Smutno mi strasznie. Właśnie skończyłam oglądać wiadomości na Polonii z relacjami z prezydenckiego pogrzebu. Wypłakałam prawie całe pudełko chusteczek, oczy czerwone, głowa mi pęka…
W takie dni jak dzisiaj trudno jest być Polakiem na obczyźnie. W Polsce też byłoby smutno, ale chyba byłoby łatwiej dzielić ten smutek z bliskimi, których ostatnie dni dotknęły tak samo jak mnie (a może bardziej)… i znaczą dla nich więcej niż wiadomość w internecie, niż wzmianka na pasku informacyjnym na dole ekranu telewizora.
Wzruszyłam się bo pogrzeb był niesamowity, bo padło wiele głębokich słów, bo widziałam znajome miejsca wypełnione tłumami. I chociaż ja nie głosowałam na tego prezydenta i nie zgadzałam się z jego polityką, to był on Moim prezydentem i służył mojej ojczyźnie.
Życie toczy się dalej, i za kilka dni, tygodni, miesięcy czy lat te wydarzenia staną się kartką w podręczniku historii, wzmianką w porannej gazecie sprzed lat, wspomnieniem. Ale własnie te wydarzenia są tym co czyni nas Polakami.
W takie dni jak dzisiaj trudno jest być Polakiem na obczyźnie. W Polsce też byłoby smutno, ale chyba byłoby łatwiej dzielić ten smutek z bliskimi, których ostatnie dni dotknęły tak samo jak mnie (a może bardziej)… i znaczą dla nich więcej niż wiadomość w internecie, niż wzmianka na pasku informacyjnym na dole ekranu telewizora.
Wzruszyłam się bo pogrzeb był niesamowity, bo padło wiele głębokich słów, bo widziałam znajome miejsca wypełnione tłumami. I chociaż ja nie głosowałam na tego prezydenta i nie zgadzałam się z jego polityką, to był on Moim prezydentem i służył mojej ojczyźnie.
Życie toczy się dalej, i za kilka dni, tygodni, miesięcy czy lat te wydarzenia staną się kartką w podręczniku historii, wzmianką w porannej gazecie sprzed lat, wspomnieniem. Ale własnie te wydarzenia są tym co czyni nas Polakami.
środa, 14 kwietnia 2010
Wciąż jeszcze jestem pod wrażeniem weekendowych wydarzeń. Nigdy nie byłam wielką zwolenniczką naszego prezydenta, ale sobotnie wiadomości dogłębnie mną wstrząsnęły.
Raczej nie interesuję się polityką, ale z jakiś niewyjaśnionych powodów spędziłam piątkowy wieczór na surfowaniu polskiego internetu w poszukiwaniu wiadomości o zbliżających się wyborach prezydenckich. Już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz naczytałam się tyle o polskich politykach. Tak więc następnego ranka byłam tym bardziej zaskoczona doniesieniami o katastrofie prezydenta. Było troche łez, wzruszenia, żalu… telefony i e-maile od znajomych Amerykanów z wyrazami współczucia i kondolencjami.
Najpierw żyłam przed monitorem komputera: od jednego linka do drugiego, jedna paczka chusteczek za drugą… ale mój zapał czytelniczy powoli się wyczerpał, a polska zaściankowość czasem mnie osłabia. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś ma problem z porządkiem procesji pogrzebowej, „no bo przecież niektórzy goście z zagranicy nie są nawet katolikami“. I cała afera z pochówkiem na Wawelu… nie w Polsce prawa regulującego miejsce spoczynku prezydentów… Nie wiem czy prezydent na Wawel "sobie zasłużył" czy nie; ale przecież na przestrzeni wieków, kiedy królowie byli chowani na Wawelu, nie każdy z nich umierał godną śmiercią. Zmęczyłam się słuchaniem i czytaniem o tych sporach. Mam nadzieję że po niedzielnym pogrzebie, ta podwawelska krypta przestanie być powodem do sporów, i stanie się symbolem patriotyzmu i polskości.
Raczej nie interesuję się polityką, ale z jakiś niewyjaśnionych powodów spędziłam piątkowy wieczór na surfowaniu polskiego internetu w poszukiwaniu wiadomości o zbliżających się wyborach prezydenckich. Już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz naczytałam się tyle o polskich politykach. Tak więc następnego ranka byłam tym bardziej zaskoczona doniesieniami o katastrofie prezydenta. Było troche łez, wzruszenia, żalu… telefony i e-maile od znajomych Amerykanów z wyrazami współczucia i kondolencjami.
Najpierw żyłam przed monitorem komputera: od jednego linka do drugiego, jedna paczka chusteczek za drugą… ale mój zapał czytelniczy powoli się wyczerpał, a polska zaściankowość czasem mnie osłabia. Naprawdę trudno mi uwierzyć, że ktoś ma problem z porządkiem procesji pogrzebowej, „no bo przecież niektórzy goście z zagranicy nie są nawet katolikami“. I cała afera z pochówkiem na Wawelu… nie w Polsce prawa regulującego miejsce spoczynku prezydentów… Nie wiem czy prezydent na Wawel "sobie zasłużył" czy nie; ale przecież na przestrzeni wieków, kiedy królowie byli chowani na Wawelu, nie każdy z nich umierał godną śmiercią. Zmęczyłam się słuchaniem i czytaniem o tych sporach. Mam nadzieję że po niedzielnym pogrzebie, ta podwawelska krypta przestanie być powodem do sporów, i stanie się symbolem patriotyzmu i polskości.
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
6 rocznica
Dzisiaj mija 6 lat od mojego przylotu do Stanów. Nigdy bym wtedy nie pomyślała że tak to wszystko się ułoży. Przyleciałam z zamiarem oderwania się na rok od polskiej rzeczywistości, podszlifowania języka, zobaczenia kawałka świata...ale absolutnie nie miałam zamiaru zostawać. Ale jak to w życiu bywa...niespodzianki na każdym kroku i o zaplanowaniu wszystkich punktów programu nie ma mowy.Tak więc w szóstą rocznicę przybycia do Ameryki mija tydzień od kiedy przeprowadziłam się do mojego pierwszego domu (który formalnie przez następne 30 lat nie będzie naszą tylko bankową własnością). Również dzisiaj, w szóstą rocznię początku nowego etapu w życiu, rozpoczynam kolejny rodział życia – pierwszy dzień szkoły medycznej! Narazie jest miło i bezstresowo! Cały pierwszy tydzień to spotkania wprowadzające, zapoznawcze, socjalizujące etc. Pełną parą zacznie się dopiero za tydzień. Uciekam teraz spać, a następnym razem będzie wiecej o wakacjach w Vegas i o przeprowadzce.
niedziela, 22 lipca 2007
Pakowanie...
Zadziwiające ile rzeczy można upchnąć w 3-4 pokojowym mieszkaniu. Od kilku dni stopniowo pakujemy nasze rupiecie. Zaczęliśmy od tych najmniej używanych – stare gry, Mika zabawki z dzieciństwa, moje królestwo książkowe! Niewiarygodne, że podczas moich 6 lat w Stanach nagromadziłam więcej książek niż w ciągu 22 lat w Polsce (niestety książki z dzieciństwa nie dotrwały do mojej dorosłości, bo wtedy chyba inaczej by to porównanie wyglądało). Pakując przeglądałam moje stare pamiątki, zdjęcia, listy...znalazły się też listy miłosne z epoki ‘przed-Mikowej’ – niektóre śmiało możnaby zaliczyć do gatunku erotyki. Tak więc w czasie tej nieunknionej żmudnej pakowaniny bywają i miło zaskakujące i sentymentalne momenty. W przerwach zaczytuję się najnowszą (szkoda że ostatnia już) ksiązką o Harrym Poterze!
sobota, 28 kwietnia 2007
O Raku...
Dzisiaj rano miałam wiadomość na komórce od rodziców. Od razu pomyślałam że coś się stało, bo raczej rzadko dzwonią. Stąd rozmowy są takie tanie, że jakoś oni nigdy nie maja okazji zadzwonić, bo ja dzwonię ‘jak najęta’ (wg mojej mamy). Zadzwoniłam do nich i okazało się że mój wujek zmarł...całkiem młody – 50 kilka lat...rak płuc. A moi rodzice oczywście są nieprzekonywalni. Tata może jeszcze trochę się zastanowi od czasu do czasu, no i próbuje się kontrolować, ale mama pali jak stara lokomotywa, i na każdy mój argument ma 10 swoich, czasem sensownych, ale w większości nie; np: na coś trzeba umrzeć, nie rzucę bo to lubię, ludzie którzy nie palą też mają raka płuc etc...I rodzą się następujące rozmowy:
- Kasiu, daj mi już spokój. Ja mam ponad pięćdziesiąt lat i nie będę zmieniała swoich przyzwyczajeń.
- Ale to chodzi o Twoje życie.
- Ludzie muszą na coś umrzeć.
- Ale nie muszą na raka.
- Ci którzy nie palą też umierają na raka
- tak, ale nie na raka płuc.
- Niektórzy na raka płuc.
- Bo się nawdychają od tych co palą...bez względu na to czy chcą czy nie!
- A co Ty się tak o mnie martwisz córciu!
- Bo jak przyjdzie co do czego, to będę musiała rzucać wszystko w cholerę i na gwałtu rety lecieć przez pół świata do Polski!
- I tak będziesz musiała lecieć, albo wcześniej albo później...z rakiem i bez raka.
Ach ci rodzice!!!
Zapalam świeczuszki dla wujka [*][*][*], i żeby nie wyszło że to jakieś forum pogrzebowe (bo jakby nie patrzeć to prawie co miesiąc jakieś świece się tu palą), to zakończę pozytywnym tonem! Nie ma to jak polska nasiadówa! Nie za długa tym razem, ale zawsze polska! Znajomi ze Charlotesville w drodze do DC wstąpili do mnie! Nie widziałam się z nimi prawie rok! Było miło, posiedzieliśmy sobie przy herbatce, kanapeczkach z łososiem, dobrej sałatce, karpatce...i przede wszystkim z dobrymi humorami! Zakończyliśmy wyprawą do ‘ruskiego’ sklepu, gdzie co nieco polskiego można kupić.
- Kasiu, daj mi już spokój. Ja mam ponad pięćdziesiąt lat i nie będę zmieniała swoich przyzwyczajeń.
- Ale to chodzi o Twoje życie.
- Ludzie muszą na coś umrzeć.
- Ale nie muszą na raka.
- Ci którzy nie palą też umierają na raka
- tak, ale nie na raka płuc.
- Niektórzy na raka płuc.
- Bo się nawdychają od tych co palą...bez względu na to czy chcą czy nie!
- A co Ty się tak o mnie martwisz córciu!
- Bo jak przyjdzie co do czego, to będę musiała rzucać wszystko w cholerę i na gwałtu rety lecieć przez pół świata do Polski!
- I tak będziesz musiała lecieć, albo wcześniej albo później...z rakiem i bez raka.
Ach ci rodzice!!!
Zapalam świeczuszki dla wujka [*][*][*], i żeby nie wyszło że to jakieś forum pogrzebowe (bo jakby nie patrzeć to prawie co miesiąc jakieś świece się tu palą), to zakończę pozytywnym tonem! Nie ma to jak polska nasiadówa! Nie za długa tym razem, ale zawsze polska! Znajomi ze Charlotesville w drodze do DC wstąpili do mnie! Nie widziałam się z nimi prawie rok! Było miło, posiedzieliśmy sobie przy herbatce, kanapeczkach z łososiem, dobrej sałatce, karpatce...i przede wszystkim z dobrymi humorami! Zakończyliśmy wyprawą do ‘ruskiego’ sklepu, gdzie co nieco polskiego można kupić.
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Wiek przemocy!
Właśnie jestem w trakcie czytania, a raczej słuchania kolejniej już książki na CD. I bardzo polubiłam ten sposób odchamiania się! Nie tylko dzięki temu wynalazkowi mam czas na moje odwieczne hobby, które w związku z nawałem pracy i nauki bardzo ostanio zaniedbałam; poza tym nie mam wrażenia, że półtorej godziny dziennie, które średnio spędzam za kierownicą w korkach, są totalnie zmarnowanym czasem.
Moja obecna książka nazywa się ‘Nineteen minutes’ i jest fikcyjną (czy oby?) powieścią o przemocy szkolnej; 17-latek pewnego dnia daje upust swojej złości i zabija w szkole śreniej masę ludzi...narazie tylko do tego etapu dobrnęłam. Książkę zaczęłam słuchać w piątek rano i jakież było moje zaskoczenie, kiedy usłyszałam dzisiejsze wiadomości i zobaczyłam że fikcja pani Picoult staje się faktem, kiedy doszło do strzałów w Virginii Tech. Cały dzień w pracy dreszcze aż mną wstrząsały, kiedy z minuty na minute, i z godziny na godzinę dowiadywalśmy się z internetu, radia i...pierwszej ręki o kolejnych ofiarach. Syn koleżanki z pracy studiuje na Virgini Tech, tak więc pomimo strachu i stresu, mieliśmy informacje z pierwszej ręki (choć dzięki Bogu, nie naocznego świadka).
Od razu w takiej sytuacji pomyślałam o tych wszystkich smutnych i strasznych zazrazem momentach, które w jakiś sposób doknęły mnie odkąd tutaj przyjechałam (już prawie 6 lat temu). Najpierw był ‘September 11th’ w niespełna miesiąc po moim przylocie. Choć większośc zniszczeń fizycznych nastąpiła w NY, cały świat był dotknięty skutkami ataku...no i my – mieszkańcy metropolii waszyngtońskiej. Później – rok po nieszczęsnych wrześniowych atakach padliśmy ofiarą snajpera rządnego okupu, który grasował po naszej okolicy i zabijał przypadkowych ludzi. Pamiętam strach napawający mnie podczas przemierzania pustej przestrzeni z parkingu na zajęcia. Pamiętam oglądanie relacji z początków wojny w Iraku...
A dziś na zajęciach z angielskiego krótko rozmawialiśmy na temat eseju, który był na dziś zaplanowany od początku semestru. I czyż nie wydaje się ironią losu fakt, że esej o tym jak historia którą dziś tworzymy, pomimo ogromu przemocy wieków poprzednich, jest najbardziej barbarzyńskim i brutalnym okresem w dziejach ludzkości, przypadł na dzień największej strzelaniny w historii Ameryki?
Jestem myślami i modlitwą z tymi, którzy stracili dzisiaj brata, siostrę, męża, żonę, dziecko, ojca, matkę, przyjaciela...i zaplam święczkę za tych którzy zginęli z rąk zabójczy w Virginii Tech. [*] [*] [*]
Moja obecna książka nazywa się ‘Nineteen minutes’ i jest fikcyjną (czy oby?) powieścią o przemocy szkolnej; 17-latek pewnego dnia daje upust swojej złości i zabija w szkole śreniej masę ludzi...narazie tylko do tego etapu dobrnęłam. Książkę zaczęłam słuchać w piątek rano i jakież było moje zaskoczenie, kiedy usłyszałam dzisiejsze wiadomości i zobaczyłam że fikcja pani Picoult staje się faktem, kiedy doszło do strzałów w Virginii Tech. Cały dzień w pracy dreszcze aż mną wstrząsały, kiedy z minuty na minute, i z godziny na godzinę dowiadywalśmy się z internetu, radia i...pierwszej ręki o kolejnych ofiarach. Syn koleżanki z pracy studiuje na Virgini Tech, tak więc pomimo strachu i stresu, mieliśmy informacje z pierwszej ręki (choć dzięki Bogu, nie naocznego świadka).
Od razu w takiej sytuacji pomyślałam o tych wszystkich smutnych i strasznych zazrazem momentach, które w jakiś sposób doknęły mnie odkąd tutaj przyjechałam (już prawie 6 lat temu). Najpierw był ‘September 11th’ w niespełna miesiąc po moim przylocie. Choć większośc zniszczeń fizycznych nastąpiła w NY, cały świat był dotknięty skutkami ataku...no i my – mieszkańcy metropolii waszyngtońskiej. Później – rok po nieszczęsnych wrześniowych atakach padliśmy ofiarą snajpera rządnego okupu, który grasował po naszej okolicy i zabijał przypadkowych ludzi. Pamiętam strach napawający mnie podczas przemierzania pustej przestrzeni z parkingu na zajęcia. Pamiętam oglądanie relacji z początków wojny w Iraku...
A dziś na zajęciach z angielskiego krótko rozmawialiśmy na temat eseju, który był na dziś zaplanowany od początku semestru. I czyż nie wydaje się ironią losu fakt, że esej o tym jak historia którą dziś tworzymy, pomimo ogromu przemocy wieków poprzednich, jest najbardziej barbarzyńskim i brutalnym okresem w dziejach ludzkości, przypadł na dzień największej strzelaniny w historii Ameryki?
Jestem myślami i modlitwą z tymi, którzy stracili dzisiaj brata, siostrę, męża, żonę, dziecko, ojca, matkę, przyjaciela...i zaplam święczkę za tych którzy zginęli z rąk zabójczy w Virginii Tech. [*] [*] [*]
sobota, 6 stycznia 2007
Noworocznie, nie koniecznie wesoło...
Nowy Rok zaczął się od wyjazdu do Kanady. Byliśmy tam już 30 grunia, i Nowy Rok witaliśmy ‘na zimowo’, tak jak chcieliśmy. Było dużo śniegu, ludzi i przede wszystkim biało i zimno. Quebec jest fantastyczny i absolutnie nas urzekł i onieśmielił zarazem swoim pięknem, niezliczonymi jeziorami, pustą przestrzenią, brakiem cywilizacji...i po prostu naturalnością. Cudownie było oderwać się na kilka dni od cywilizacji i pożyć przez telewizji, internetu, gazet. Szlaki narciarskie były absolutnie niesamowite, choć szczególnie na początku wymagały od nas ogromnej odwagi...i w końcu zdecydowaliśmy się z Mikiem na kupno własnego sprzętu. Jakoś powoli skompletujemy do następnego roku, i na pewno wrócimy do Quebecu. I właśnie kiedy rozmawialiśmy, że to były nasze najlepsze wspólne wakacje...
...trzeba je było odrobinę skrócić. Po tym jak usłyszeliśmy że Russia jest bardzo chora spakowaliśmy się w błyskawicznym tempie i wskoczyliśmy do samochodu. Jechaliśmy całą noc i kiedy po 30 godzinach niespania dojechaliśmy do Virginii, serce nam się krajało jak zobaczyliśmy słabiutką Russie merdającą ogonkiem na nasz widok. Nie mogła chodzić o własnych siłach. Pojechaliśmy prosto do lekarza. Badania krwi wykazały że jej nerki poddały się, prawdopodobnie zanim wyjechaliśmy na wakacje, a Russia była tak silna że nie dała po sobie znać. To że jeszcze żyła było wbrew wszystkim prawom natury i wynikom badań. Chyba tylko tęsknota i chęć zobaczenia nas trzymała ją przy życiu. Postanowiliśmy że wystarczająco już cierpiała czekając na nasz powrót i została uśpiona 5 stycznia, 2007 o 14:45 w wieku prawie 8 lat.
Trudno pozbierać się po jej stracie. W domu jeszcze unosi się jej zapach, wszędzie fruwa jej sierść, po kątach pororzucane zabawki – zdecydowanie za dużo tych zabawek, ale tak to już bywa jak się nie ma dzieci. Zapasy karmy wystarczyłyby jeszcze na przynajmniej kilka tygodni. Nasze łóżko nagle wydaje się za duże dla nas dwojga, choć tyle razy przepędzaliśmy Russie z jednej strony na drugą. Jej pse łóżko u podnóża naszego świeci pustkami, ale jakoś za wcześnie żeby się go pozbyć...i żadne z nas nie potrafi go wyrzucić. U nas w domu jeszcze świątecznie, choinka wciąż stoi, a na niej mnóstwo bombek, a wśród nich ta jedna – najpiękniejsza: z odciskiem Russinej lapki! Obok skarpet z naszymi imionami wisi również i psia...
Absolutnie nie byliśmy na to przygotowani. Gdybyśmy byli tutaj i widzieli ją odchodzącą z dnia na dzień to byśmy lepiej to wszystko przyjęli. A tak mieliśmy tylko 2 godziny na pożegnanie z naszym najlepszym przyjacielem na świecie. Dobrze ze już nie cierpi i że w ‘psim raju’ gdzie teraz jest nie czuje juz bólu. [*] [*] [*]
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w tym moim błogu jak narazie więcej smutnych wpisów niż wesołych. Tak więc, jako że nie zrobiłam jeszcze żadnego postanowienia noworocznego, to spróbuję żeby w tym roku moje błogowanie było nie tylko częstsze, ale i weselsze.
...trzeba je było odrobinę skrócić. Po tym jak usłyszeliśmy że Russia jest bardzo chora spakowaliśmy się w błyskawicznym tempie i wskoczyliśmy do samochodu. Jechaliśmy całą noc i kiedy po 30 godzinach niespania dojechaliśmy do Virginii, serce nam się krajało jak zobaczyliśmy słabiutką Russie merdającą ogonkiem na nasz widok. Nie mogła chodzić o własnych siłach. Pojechaliśmy prosto do lekarza. Badania krwi wykazały że jej nerki poddały się, prawdopodobnie zanim wyjechaliśmy na wakacje, a Russia była tak silna że nie dała po sobie znać. To że jeszcze żyła było wbrew wszystkim prawom natury i wynikom badań. Chyba tylko tęsknota i chęć zobaczenia nas trzymała ją przy życiu. Postanowiliśmy że wystarczająco już cierpiała czekając na nasz powrót i została uśpiona 5 stycznia, 2007 o 14:45 w wieku prawie 8 lat.
Trudno pozbierać się po jej stracie. W domu jeszcze unosi się jej zapach, wszędzie fruwa jej sierść, po kątach pororzucane zabawki – zdecydowanie za dużo tych zabawek, ale tak to już bywa jak się nie ma dzieci. Zapasy karmy wystarczyłyby jeszcze na przynajmniej kilka tygodni. Nasze łóżko nagle wydaje się za duże dla nas dwojga, choć tyle razy przepędzaliśmy Russie z jednej strony na drugą. Jej pse łóżko u podnóża naszego świeci pustkami, ale jakoś za wcześnie żeby się go pozbyć...i żadne z nas nie potrafi go wyrzucić. U nas w domu jeszcze świątecznie, choinka wciąż stoi, a na niej mnóstwo bombek, a wśród nich ta jedna – najpiękniejsza: z odciskiem Russinej lapki! Obok skarpet z naszymi imionami wisi również i psia...
Absolutnie nie byliśmy na to przygotowani. Gdybyśmy byli tutaj i widzieli ją odchodzącą z dnia na dzień to byśmy lepiej to wszystko przyjęli. A tak mieliśmy tylko 2 godziny na pożegnanie z naszym najlepszym przyjacielem na świecie. Dobrze ze już nie cierpi i że w ‘psim raju’ gdzie teraz jest nie czuje juz bólu. [*] [*] [*]
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w tym moim błogu jak narazie więcej smutnych wpisów niż wesołych. Tak więc, jako że nie zrobiłam jeszcze żadnego postanowienia noworocznego, to spróbuję żeby w tym roku moje błogowanie było nie tylko częstsze, ale i weselsze.
czwartek, 14 grudnia 2006
Świątecznie i...smutno
Czemu smutno? Gdy wróciłam dziś z pracy, dwie wiadomości mrugały z automatycznej sekretarki.
[Pamiętam jak kiedyś dawno temu, kiedy sekretarki należały do rzadkości, a o o komórce można było tylko pomarzyć, zawsze wydawało mi się że jakies ważne rzeczy przemykają mi koło nosa, że ktoś dzwoni z czymś istotnym, a ja nawet nie będę wiedziała. A teraz kiedy musze wcisnąć ten guzik, w ogóle się nie cieszę. Przeważnie palec jest w stanie gotowości żeby na dźwięk głosu telemarketera wcisnąć ‘Erase’].
Ale dzisiejsza wiadomość była inna. Pani Vida odeszła. Odwiedzałam ją od prawie roku, co tydzień...a teraz jej nie ma. Mogłam się tego spodziewać, była bardzo słaba podczas moich ostatnich dwóch wizyt, ale wyglądała na gotową. Uroniłam kilka łez. Straciłam mojego pierwszego pacjenta z hospicjum. [*] [*] [*].
Poza tym? Święta wpychają się w nasze życie drzwiami, oknami, telewizorami. Choinka stoi ubrana od kilku dni. Tylko kartki świąteczne nie chcą się same napisać. Pomimo mojego silnego postanowienia że w tym roku zrobie wszystko aby moi bliscy z Polski dostali kartki bożonarodzeniowe a nie noworoczne, znowu czekałam do samego końca. No nic...czas zakasać rękawy i zabrać się za świąteczną korespondencję.
[Pamiętam jak kiedyś dawno temu, kiedy sekretarki należały do rzadkości, a o o komórce można było tylko pomarzyć, zawsze wydawało mi się że jakies ważne rzeczy przemykają mi koło nosa, że ktoś dzwoni z czymś istotnym, a ja nawet nie będę wiedziała. A teraz kiedy musze wcisnąć ten guzik, w ogóle się nie cieszę. Przeważnie palec jest w stanie gotowości żeby na dźwięk głosu telemarketera wcisnąć ‘Erase’].
Ale dzisiejsza wiadomość była inna. Pani Vida odeszła. Odwiedzałam ją od prawie roku, co tydzień...a teraz jej nie ma. Mogłam się tego spodziewać, była bardzo słaba podczas moich ostatnich dwóch wizyt, ale wyglądała na gotową. Uroniłam kilka łez. Straciłam mojego pierwszego pacjenta z hospicjum. [*] [*] [*].
Poza tym? Święta wpychają się w nasze życie drzwiami, oknami, telewizorami. Choinka stoi ubrana od kilku dni. Tylko kartki świąteczne nie chcą się same napisać. Pomimo mojego silnego postanowienia że w tym roku zrobie wszystko aby moi bliscy z Polski dostali kartki bożonarodzeniowe a nie noworoczne, znowu czekałam do samego końca. No nic...czas zakasać rękawy i zabrać się za świąteczną korespondencję.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)