Zeszły rok na moim blogu rozpoczął się dosyć prężnie, a później stopniowo się spowolniło jak praca zasypała mnie obowiązkami. Zobaczymy jak mi pójdzie blogowanie w tym roku.
Właśnie minął pierwszy tydzień moich od dawna upragnionych wakacji. Narazie jednak nie czuję się jak na wakacjach…bo cały czas coś robię. Mój mąż stwierdził że nie potrafię nic nie robić, i jestem chora bez 16-godzinnego zabieganego dnia w pracy. Może troche prawdy w tym jest. Ale mam trochę na moje usprawiedliwienie; plan był żeby wybrać się na narty jak tylko urlop się rozpoczął. Jednak zima w tym roku nie dopisała… przynajmniej do tej pory. Cały czas albo leje jak z cebra, albo temperatury są typowo wiosenne. Jeszcze takiej fatalnej zimy nie było w Virginii od kiedy tutaj przyjechałam 10 lat temu. O nartach można sobie tylko pomarzyć… albo lecieć do Colorado. Ale o tym czemu Colorado nie wchodzi w grę będzie w następnym poście.
A tymczasem doprowadziłam dom do porządku, odkrywam na nowo moje kulinarne talenty i uczę się do mojego dorocznego egzaminu z chirurgii, który będzie pod koniec tego tygodnia. Zupełnie zapomniałam jak zamawiałam sobie wakacje na styczeń/ luty, że zawsze w ostatim tygodniu stycznia jest ABSITE (American Board of Surgery in Training Exam). Jedyny typowo urlopowy nawyk, który całkiem dobrze mi wychodzi i zachował sie pomimo 6 miesięcy stażu, jest spanie bez budzika aż sama się obudzę… co ku mojemu zaskoczeniu zazwyczaj nie zdarza się przed 8:30 – 9:00 ☺.
-------------------------------------------
Last year started quite robustly on my blog, and then it gradually slowed down as I got swamped with work. We’ll see how blogging will turn out this year.
I just got done with my 1st week of my long-awaited vacation. So far, however, I’m not feeling like a vacation bum at all… I’m doing something all the time. My husband says I’m incapable of doing nothing and I’m almost loosing my sanity without having to work 16-hour days. I can’t totally disagree with him, but I have an excuse. The plan was to go skiing as soon as my vacation started. However, winter this year has been the biggest disappointment ever. It is either raining cats and dogs or the temperature reaches 50s and 60s. It’s definitely been the worst winter since I arrived in Virignia 10+ years ago! One can only dream about skiing… or go to Colorado! (In my next post I’ll write why Colorado is not an option).
Meanwhile, I decluttered our house, I rediscovered my culinary talents and I’ve been reading daily for my annual surgery exam that I’m having at the end of this week. When I requested my vacation for January/ February I totally forgot about ABSITE (American Board of Surgery in Service Exam) during last week of January. The only vacation habit that is still quite familiar, despite (or rather because) of 6 months of my crazy intership is sleeping in… surprisingly I almost never wake up before 8:30 or 9:00 ☺.
"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holidays. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holidays. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 stycznia 2012
niedziela, 1 maja 2011
Po raz pierwszy od 10 lat miałam okazję spędzić wielkanoc z rodzinką w Polsce. Jak to na polskich świętach było zdecydowanie za dużo obżarstwa! W sumie całe dwa dni spędzone za stołem. W lany poniedziałek nawet nie zmoczyli mnie porządnie - choć muszę zaznaczyć że unikałam wychodzenia z domu jak się dało!
W Kościele zrobiłam zdjęcie koszyczkom wielkanocnym – głównie po to żeby moi angielskojęzyczni czytelnicy zobaczyli co to za zwyczaj. W Stanach nie ma zwyczaju święconek, chociaż w jednym z kościołów katolickich kiedyś słyszałam ogłoszenie że dla tych którzy uznają tę „wschodnio-europejską tradycję“ w sobotę wielkanocną odbędzie się poświęcenie pokarmów.
Z tego co wiem to Polska jest jednym z nielicznych krajów które świętują poniedziałek wielkanocny. U nas polewa się wodą - szkoda że staje się to pretekstem do bezmyślnego chamskiego zachowania (dawno temu miałam wątpliwą przyjemność oberwania w głowę torebką foliową z wodą wyrzuconą z 4 piętra); a w Stanach w miastach gdzie są spore zbiorowiska Polaków, w ten dzień – zwanym Dyngus Day zazwyczaj odbywają się polskie pikniki i festyny z ludową muzyką i tańcami (np. polka) i… nie brakuje pijaństwa. Ja nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w takich dyngusowych uroczystościach, ale jakoś nie czuję się jakby mi coś szczególnego umykało.
No a z komercyjnego punktu widzenia Wielkanoc w Polsce wygląda zupełnie tak samo jak wszędzie indziej – nie brakuje zajączków i pisanek. W poznańskim Starym Browarze aż roiło się od zajączków do koloru, do wyboru. A w jedną sobotę urządzali nawet festyn wielkanocny dla dzieci, podczas którego maluchy same mogły pomalować zajączki według własnych upodobań.
---------------------------
For the first time in 10 years I had a chance to spend Easter with my family in Poland. As it is usually the case with Polish holidays, there was too much food and too much gluttony; two straight days – Sunday and Monday spent at the table!
One of the unique Polish Easter traditions is blessing of the foods on Good Saturday. In the old times it was customary to bless smoked or roasted lamb; in modern times people usually put in their small baskets (called „swieconka“) sausage, bread, eggs and… a small lamb made of sugar or pastry. Almost everybody goes to church with their little baskets. There is no set time when a priest blesses the food. People just come to church throughout the day and as soon as the table gets full of “swieconkas”, they get blessed and… it’s only 5-10 minutes before the table gets filled with new foods waiting for the blessing. In all my years in the U.S. I’ve only been to one Catholic Church that offered blessing of the foods "to those who recognized that Eastern European tradition” on Good Saturday.
Easter Monday in Poland is called “Śmingus Dyngus“ and it is customary to sprinkle others with water. Often young, brainless guys take an advantage of this tradition and pour whole buckets of water on passer-bys. Long time ago I was unlucky enough to have a plastic bag fillled with water dropped on my head from the 4th floor window. Oh boy, it didn’t feel good!!! This year I didn’t even get wet on Easter Monday, but I have to make a disclaimer that I avoided leaving the house by any means.
From a commercial point of view Polish Easter is not much different from Easter in America – there are Easter eggs and bunnies all over the place. In one of the shopping malls in Poznań called Stary Browar (The Old Brewery) they had quite an exibit with all kinds of cute bunnies. They also had an event for kids, where they could paint and decorate their own Easter bunnies
"święconka" / Easter basket
Church table full of "święconkas" waiting for the blessing
Poznański zajączek z koziołkami / Poznań bunny with the goats
Zajączki przed Starym Browarem / Bunnies outside of the shopping mall
Wiem że to zdjęcie jest nieostre. To są zajączki czekające na pomalowanie przez maluchy
I know this image is not sharp. These are the bunnies waiting to be painted by kids
W Kościele zrobiłam zdjęcie koszyczkom wielkanocnym – głównie po to żeby moi angielskojęzyczni czytelnicy zobaczyli co to za zwyczaj. W Stanach nie ma zwyczaju święconek, chociaż w jednym z kościołów katolickich kiedyś słyszałam ogłoszenie że dla tych którzy uznają tę „wschodnio-europejską tradycję“ w sobotę wielkanocną odbędzie się poświęcenie pokarmów.
Z tego co wiem to Polska jest jednym z nielicznych krajów które świętują poniedziałek wielkanocny. U nas polewa się wodą - szkoda że staje się to pretekstem do bezmyślnego chamskiego zachowania (dawno temu miałam wątpliwą przyjemność oberwania w głowę torebką foliową z wodą wyrzuconą z 4 piętra); a w Stanach w miastach gdzie są spore zbiorowiska Polaków, w ten dzień – zwanym Dyngus Day zazwyczaj odbywają się polskie pikniki i festyny z ludową muzyką i tańcami (np. polka) i… nie brakuje pijaństwa. Ja nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w takich dyngusowych uroczystościach, ale jakoś nie czuję się jakby mi coś szczególnego umykało.
No a z komercyjnego punktu widzenia Wielkanoc w Polsce wygląda zupełnie tak samo jak wszędzie indziej – nie brakuje zajączków i pisanek. W poznańskim Starym Browarze aż roiło się od zajączków do koloru, do wyboru. A w jedną sobotę urządzali nawet festyn wielkanocny dla dzieci, podczas którego maluchy same mogły pomalować zajączki według własnych upodobań.
---------------------------
For the first time in 10 years I had a chance to spend Easter with my family in Poland. As it is usually the case with Polish holidays, there was too much food and too much gluttony; two straight days – Sunday and Monday spent at the table!
One of the unique Polish Easter traditions is blessing of the foods on Good Saturday. In the old times it was customary to bless smoked or roasted lamb; in modern times people usually put in their small baskets (called „swieconka“) sausage, bread, eggs and… a small lamb made of sugar or pastry. Almost everybody goes to church with their little baskets. There is no set time when a priest blesses the food. People just come to church throughout the day and as soon as the table gets full of “swieconkas”, they get blessed and… it’s only 5-10 minutes before the table gets filled with new foods waiting for the blessing. In all my years in the U.S. I’ve only been to one Catholic Church that offered blessing of the foods "to those who recognized that Eastern European tradition” on Good Saturday.
Easter Monday in Poland is called “Śmingus Dyngus“ and it is customary to sprinkle others with water. Often young, brainless guys take an advantage of this tradition and pour whole buckets of water on passer-bys. Long time ago I was unlucky enough to have a plastic bag fillled with water dropped on my head from the 4th floor window. Oh boy, it didn’t feel good!!! This year I didn’t even get wet on Easter Monday, but I have to make a disclaimer that I avoided leaving the house by any means.
From a commercial point of view Polish Easter is not much different from Easter in America – there are Easter eggs and bunnies all over the place. In one of the shopping malls in Poznań called Stary Browar (The Old Brewery) they had quite an exibit with all kinds of cute bunnies. They also had an event for kids, where they could paint and decorate their own Easter bunnies
"święconka" / Easter basket
Church table full of "święconkas" waiting for the blessing
Poznański zajączek z koziołkami / Poznań bunny with the goats
Zajączki przed Starym Browarem / Bunnies outside of the shopping mall
Wiem że to zdjęcie jest nieostre. To są zajączki czekające na pomalowanie przez maluchy
I know this image is not sharp. These are the bunnies waiting to be painted by kids
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Aż mi się nie chce wierzyć że już jest 2010!
Nowy Rok przywitałam w Polsce z rodzicami u ich znajomych. I muszę przyznać że całkowicie zapomniałam jak hucznie w Polsce obchodzi się sylwestra nawet w Skierniewicach. Fajerwerków było co nie miara… zupełnie jak w Stanach na 4 lipca!
Nie miałam więc takich typowo tradycyjnych świąt (chociaż wigilia była Polska, i nawet upiekłam po raz pierwszy makowca i wyszedł wyśmienity!!!)...

...ale Sylwester i Nowy Rok był jak najbardziej ‚po naszemu‘ i wsród rodzinki!
I jeszcze o jednej rzeczy zapomniałam – jak dużo się je w Polsce! Gdzie się nie obejrzałam to każdy chciał we mnie wpychać jakieś pyszności – pierogi, pieczywko domowego wypieku, najlepszy pasztet na świecie w wykonaniu mamy, pieczona kiełbasa, pieczony schab, moja ulubiona ogórkowa i zalewajka… nie mogłam się opędzić! I nie mam pojęcia jak to się dzieje, że jak mieszkałam w domu to jadłam za czterech i wyglądałam jak człowiek… a teraz urosłam o dwa rozmiary chociaż jak to moja babcia określiła „jem jak wróbelek i zagłodzę się na dobre“.
Postanowienia noworoczne?! - już tak tradycyjnie spróbować zrzucić pare kilogramów i częściej odwiedzać siłownię… a jak już nic z tego nie wyjdzie to przynajmniej nie przytyć!
Nowy Rok przywitałam w Polsce z rodzicami u ich znajomych. I muszę przyznać że całkowicie zapomniałam jak hucznie w Polsce obchodzi się sylwestra nawet w Skierniewicach. Fajerwerków było co nie miara… zupełnie jak w Stanach na 4 lipca!
Nie miałam więc takich typowo tradycyjnych świąt (chociaż wigilia była Polska, i nawet upiekłam po raz pierwszy makowca i wyszedł wyśmienity!!!)...

...ale Sylwester i Nowy Rok był jak najbardziej ‚po naszemu‘ i wsród rodzinki!
I jeszcze o jednej rzeczy zapomniałam – jak dużo się je w Polsce! Gdzie się nie obejrzałam to każdy chciał we mnie wpychać jakieś pyszności – pierogi, pieczywko domowego wypieku, najlepszy pasztet na świecie w wykonaniu mamy, pieczona kiełbasa, pieczony schab, moja ulubiona ogórkowa i zalewajka… nie mogłam się opędzić! I nie mam pojęcia jak to się dzieje, że jak mieszkałam w domu to jadłam za czterech i wyglądałam jak człowiek… a teraz urosłam o dwa rozmiary chociaż jak to moja babcia określiła „jem jak wróbelek i zagłodzę się na dobre“.
Postanowienia noworoczne?! - już tak tradycyjnie spróbować zrzucić pare kilogramów i częściej odwiedzać siłownię… a jak już nic z tego nie wyjdzie to przynajmniej nie przytyć!
czwartek, 17 grudnia 2009
Jeszcze tylko tydzień do świąt, a u nas w domu wcale nie jest świątecznie. Po raz pierwszy od lat nie mamy choinki. Nawet nie powiesiłam skarpet na kominku, ani światełek przed domem… chociaż to ostatnie to głównie z powodu pogody. Właściwie w każdy weekend, kiedy mieliśmy zabrać się za te światełka, lało jak z cebra; przecież nie będziemy wieszać dekoracji w deszczu.
W każdym razie za niecałe dwa dni wybywamy na naraty. Wigilię spędzimy u moich znajomych, Boże Narodzenie u Mika znajomych; a następnego dnia lecę do Polski. Więc nie opłaca się kupować choinki… żeby opadła jak nikogo nie będzie w domu.
Jedyna namiastka świątecznej atmosfery to wysłane listy świąteczne (wyjątkowo w tym roku bez opóźnienia), kupione prezenty i kartki z życzeniami na bufecie w kuchni.
A po wigilii, i w świąteczny poranek usiądziemy sobie przy rozgrzanym kominku… i też będzie nastrojowo.
W każdym razie za niecałe dwa dni wybywamy na naraty. Wigilię spędzimy u moich znajomych, Boże Narodzenie u Mika znajomych; a następnego dnia lecę do Polski. Więc nie opłaca się kupować choinki… żeby opadła jak nikogo nie będzie w domu.
Jedyna namiastka świątecznej atmosfery to wysłane listy świąteczne (wyjątkowo w tym roku bez opóźnienia), kupione prezenty i kartki z życzeniami na bufecie w kuchni.
A po wigilii, i w świąteczny poranek usiądziemy sobie przy rozgrzanym kominku… i też będzie nastrojowo.
wtorek, 24 listopada 2009
Wygląda na to że Ameryka całkowicie postanowiła ominąć święto dziękczynienia w tym roku i tuż po Halloween poddać się całkowicie bożonarodzeniowemu nastrojowi! Już od początku listopada w sklepach zrobiło się czerwono-zielono, choinkowo i… kolędowo! Wczoraj wyprowadzając psy na spacer zobaczyłam że w jednym domu na naszym osiedlu nie tylko świąteczne sopekli wiszą na dachu, ale i choinka jest ubrana w jednym z okien! I tak sobie myślę że musi być trudno w tym okresie w Ameryce nie być chrześcijaninem. Do świąt jeszcze ponad miesiąc, a ja już nie mogę słuchać kolęd w radiu i w sklepach… a przecież jakby nie patrzeć połowa ludzi w tym kraju nie świętuje Bożego Narodzenia w ogóle!!!
sobota, 10 stycznia 2009
Noworocznie
Kartek świątecznych jeszcze nie wysłałam… już nie wyślę. Ale zanim zabiorę się za noworoczne (moim celem jest wysłanie ich przed końcem miesiąca - chyba jeszcze będą się liczyły te życzenia! W końcu rok trwa 12 miesięcy… a na początku lutego to ten rok i tak będzie jeszcze stosunkowo „Nowy“) umieszczę tutaj posta, zanim wypłoszę na dobre tych najbardziej wytrwalszych moich czytelników.

Ach! Co to były za Święta?! Ciężko będzie je pobić w przyszłości! Niewątpliwie najlepsze jakie do tej pory przeżyłam! Po raz pierwszy rodzinne święta odbywały się u nas ze mną w roli pani domu! Roboty było niesamowicie dlużo! Przygotowania kulinarne do wigilii trwały trzy dni! Ale z czterema kucharkami poszło o wiele sprawniej niż myślałam (i tu powinno się znaleźć zdjęcie nasz lepiących pierogi w kuchni, ale okazało się że zamiast zdjęcia ktoś nakręcił filmik, który i tak nie wyszedł). No a w dodatku zestaw moich nowych garków z Williams & Sonoma na które chorowałam od lat i których zupełnie się nie spodziewałam w prezencie gwiazdkowym, sprawdził się doskonale (bo Mikołaj tak to wszystko sprytnie wymyślił że garki czekały na mnie w kuchni w poranek gdy wielkie gotowanie się zaczęło). Najbardziej tymi naszymi przygotowaniami zmęczyli się ‚tatusiowie‘!

W końcu po raz pierwszy udało mi się przekonać Mika do żywej choinki! Była piękna i pachniała nadzwyczajnie!

Pewnie nie robiła takiego wrażenia jak ta pod Białym Domem…

albo pod Rockefeler Center w Nowym Jorku

... ale ta była nasza i… bardziej specjalna. No i podczas naszej wyprawy do NY w końcu udało mi się po raz pierwszy zobaczyć lodowisko w Central Parku! Tak więc mogę skreślić kolejną rzecz z mojej listy miejsc/ rzeczy do zobaczenia.

Ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Rodzinka rozjechała się w zeszły weekend i wszystko wróciło do ‚normalności‘ – ja po uszy w nauce, tym razem w kardiologii; Mike również rozpoczął nowy semestr w zeszłym tygodniu! Życzę wszystim czytelnikom mojego klikania Do siego roku!!! (zawsze myślałam że to się pisze łącznie, ale najwyraźniej się myliłam).
Ach! Co to były za Święta?! Ciężko będzie je pobić w przyszłości! Niewątpliwie najlepsze jakie do tej pory przeżyłam! Po raz pierwszy rodzinne święta odbywały się u nas ze mną w roli pani domu! Roboty było niesamowicie dlużo! Przygotowania kulinarne do wigilii trwały trzy dni! Ale z czterema kucharkami poszło o wiele sprawniej niż myślałam (i tu powinno się znaleźć zdjęcie nasz lepiących pierogi w kuchni, ale okazało się że zamiast zdjęcia ktoś nakręcił filmik, który i tak nie wyszedł). No a w dodatku zestaw moich nowych garków z Williams & Sonoma na które chorowałam od lat i których zupełnie się nie spodziewałam w prezencie gwiazdkowym, sprawdził się doskonale (bo Mikołaj tak to wszystko sprytnie wymyślił że garki czekały na mnie w kuchni w poranek gdy wielkie gotowanie się zaczęło). Najbardziej tymi naszymi przygotowaniami zmęczyli się ‚tatusiowie‘!

W końcu po raz pierwszy udało mi się przekonać Mika do żywej choinki! Była piękna i pachniała nadzwyczajnie!
Pewnie nie robiła takiego wrażenia jak ta pod Białym Domem…
albo pod Rockefeler Center w Nowym Jorku
... ale ta była nasza i… bardziej specjalna. No i podczas naszej wyprawy do NY w końcu udało mi się po raz pierwszy zobaczyć lodowisko w Central Parku! Tak więc mogę skreślić kolejną rzecz z mojej listy miejsc/ rzeczy do zobaczenia.
Ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Rodzinka rozjechała się w zeszły weekend i wszystko wróciło do ‚normalności‘ – ja po uszy w nauce, tym razem w kardiologii; Mike również rozpoczął nowy semestr w zeszłym tygodniu! Życzę wszystim czytelnikom mojego klikania Do siego roku!!! (zawsze myślałam że to się pisze łącznie, ale najwyraźniej się myliłam).
wtorek, 9 grudnia 2008
„Medical Student Syndrome“ czy fakt?
Właśnie jestem w trakcie patologii układu oddechowego. Na początku myślałam że za bardzo się wczułam w swoją rolę, albo udzieliła mi się najbardziej pospolita przypadłość studentów medyczynych i zaczęłam być uosobieniem symtomów, o których się uczę. Ale „gil do pasa“, zimno na górnej wardze i szumy oskrzelowe (co prawda samo zdiagnozowane) raczej wykluczają taką możliwość. Tak więc chyba jednak dopadło mnie jakieś choróbsko… pierwszy raz od 4 lat! Mam nadzieję że wykuruję się przed przyszłym tygodniem.
Święta już tuż tuż. W domu u nas robi się coraz bardziej nastrojowo – wyczyściliśmy kominek i po raz pierwszy w tym roku odpaliliśmy go w zeszły weekend – tak żeby upewnić się przed przybyciem gości że wszystko jest w porządku. Prezenty już zakupione i popakowane! Udekorowaliśmy już dom na zewnątrz… nie do końca tak jak chciałam, bo okazało się że drabina kosztuje ponad $250, a bez drabiny ani rusz; tak więc skończyło się na dekoracji nie wymagającej prac wysokościowych. Najwyżej „awansujemy“ z wystrojem w przyszłym roku, jak będzie mniej wydatków świątecznych. Załączyłabym jakieś zdjęcia, ale poczekam do następnego postu, po przylocie rodziców i Gosi, bo jak zobaczą zdjęcia to już nie będzie efektu ☺.
Choinki jeszcze nie mamy. Trochę dlatego że długo nie mogliśmy się zdecydować czy żywą czy sztuczną. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się że ładnej żywej nie da się znaleźć poniżej $100! Chyba całkowicie zgłupieli Ci ludzie! Sztuczna wg moich informacji nie dość że droższa (chociaż to jednorazowy wydatek), to jeszcze mniej ekologiczna (już wolę nie wnikać z jakiego świństwa jest zrobiona). Poza tym ja uważam że choinkę powinno się ubrać jak już wszystko inne jest gotowe – czyli na dzień lub dwa przed wigilią. Mój mąż natomiast, całkowicie zdominowany ogólnym trendem uważa że powinniśmy byli ubrać choinkę już w „podziękczynny weekend“ (czyli na miesiąc przed Bożym Narodzeniem!!!). Już i tak dosyć długo udało mi się go odwodzić od tego pomysłu – ciekawe na ile jeszcze wystarczy mi zacięcia do „nieubierania“ tej choinki?
Święta już tuż tuż. W domu u nas robi się coraz bardziej nastrojowo – wyczyściliśmy kominek i po raz pierwszy w tym roku odpaliliśmy go w zeszły weekend – tak żeby upewnić się przed przybyciem gości że wszystko jest w porządku. Prezenty już zakupione i popakowane! Udekorowaliśmy już dom na zewnątrz… nie do końca tak jak chciałam, bo okazało się że drabina kosztuje ponad $250, a bez drabiny ani rusz; tak więc skończyło się na dekoracji nie wymagającej prac wysokościowych. Najwyżej „awansujemy“ z wystrojem w przyszłym roku, jak będzie mniej wydatków świątecznych. Załączyłabym jakieś zdjęcia, ale poczekam do następnego postu, po przylocie rodziców i Gosi, bo jak zobaczą zdjęcia to już nie będzie efektu ☺.
Choinki jeszcze nie mamy. Trochę dlatego że długo nie mogliśmy się zdecydować czy żywą czy sztuczną. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się że ładnej żywej nie da się znaleźć poniżej $100! Chyba całkowicie zgłupieli Ci ludzie! Sztuczna wg moich informacji nie dość że droższa (chociaż to jednorazowy wydatek), to jeszcze mniej ekologiczna (już wolę nie wnikać z jakiego świństwa jest zrobiona). Poza tym ja uważam że choinkę powinno się ubrać jak już wszystko inne jest gotowe – czyli na dzień lub dwa przed wigilią. Mój mąż natomiast, całkowicie zdominowany ogólnym trendem uważa że powinniśmy byli ubrać choinkę już w „podziękczynny weekend“ (czyli na miesiąc przed Bożym Narodzeniem!!!). Już i tak dosyć długo udało mi się go odwodzić od tego pomysłu – ciekawe na ile jeszcze wystarczy mi zacięcia do „nieubierania“ tej choinki?
środa, 2 stycznia 2008
No i mamy Nowy Rok
Nawet nie wiem kiedy tegoroczne święta minęły. Rozleniwiłam się niesamowicie z tej okazji. Semestr skończyłam 19 grudnia i nawet napisać nie miałam czasu od tamtej pory! No więc tak w wielkim skrócie...
- anatomia z głowy! Nie ma się co chwalić ostatecznym wynikiem, ale najważniejsze że do przodu
- pierwsze Święta w nowym domu minęły dobrze, choć skromnie...bo tylko 4 osoby przy wierzerzy wigilijnej zasiadały; a gotowania tyle co dla całej armii. W odpowiedzi na moje narzekanie że zawsze sami spędzamy święta, i że tyle gotowania na mnie jedną przypadło i moja rodzinka i Mika zapowiedziały się na przyszły rok! Hurra!!!
- nauczyłam się gotować zupę grzybową – palce lizać, i doprowadziłam do perfeckji już i tak smakowity barszczyk czerwony z uszkami.
- Odkryliśmy z Mikiem serial ‘24’ i w ciągu 3 dni obejrzeliśmy cały pierwszy sezon, i szukujemy się do drugiego. Pewnie teraz tempo spadnie, bo szkoła rozpoczyna się za niecały tydzień (wygląda na to że ‘bycie na bieżąco z „24”’ nam nie grozi...w telewizji juz leci 7 sezon!)
- kupliśmy nowy samochód! Już od dawna planowaliśmy wymienić moją mazdę na coś większego i...bardziej praktycznego. Chcieliśmy przed zimą, żeby w razie czego nie mieć problemu jak śniego spadnie, ale jakoś nie mogliśmy się zdecydować i ani się obejrzeliśmy i święta przyszły. Postanowiliśmy więc poczekać do wiosny, bo mazda wtedy byłaby wiecej warta...ale w Sylwestra rano stwierdziliśmy że po Nowym Roku nie będziemy mogli skorzystać z promocji ‘End of The Year’ i...decyzja zapadła. Okazało się że moja mazda była warta więcej niż myśleliśmy i zostałam właścicielką nowiutkiego Forda Escape...(nie jesteśmy zwolennikami amerykańskich aut – azjatyckie i europejskie sa zdecydowanie bardziej niezawodne....ale i odpowiednio więcej kosztują! Doszliśmy jednak do wnisku, że z jednej wypłaty cięzko będzie spłacać droższy samochód, a skoro kupiliśmy nowy to przez okres gwarancji nie trzeba będzie sie martwić o serwis...akurat przez moje studia...a jak już zacznę pracować za 3,5 roku to zawsze będzie można kupić coś nowego!).
Jak już jechaliśmy do salonu zamienić moją mazdę na tego wielkoluda, to aż parę łez uroniłam ze wzruszenia...bo jaka by nie była ta miata – mała, niepraktyczna, niemożliwa do jeżdzenia zimą itp...- to naprawdę miałam nielada frajdę ścinając nią zakręty...o wiele szybciej niż ograniczenia nakazywały, jeżdżąc w opuszczonym dachem i rozwianym włosem, i wiedząc że nawet gdy jakiś idiota samolubnie zaparkował samochód zajmując 1,5 miejsca, to i tak mogłam się wcisnąć w pozostałą ‘połówkę’...
No nic, powoli się przyzwyczaję do jazdy automatem...w korkach będzie łatwiej; uczucie że kieruję autobusem pewnie też szybko minie, a parkowanie idzie mi coraz lepiej już po dwóch dniach.
Życzę wszystkim spełnienia najskrytszych marzeń w 2008 roku! I wtrwania w noworocznych postanowieniach...jak jak zwykle zamierzam...lepiej jeść, więcej się ruszać, bardziej efektywnie gospodarować czasem i ...częściej postować w moim blogu.
- anatomia z głowy! Nie ma się co chwalić ostatecznym wynikiem, ale najważniejsze że do przodu
- pierwsze Święta w nowym domu minęły dobrze, choć skromnie...bo tylko 4 osoby przy wierzerzy wigilijnej zasiadały; a gotowania tyle co dla całej armii. W odpowiedzi na moje narzekanie że zawsze sami spędzamy święta, i że tyle gotowania na mnie jedną przypadło i moja rodzinka i Mika zapowiedziały się na przyszły rok! Hurra!!!
- nauczyłam się gotować zupę grzybową – palce lizać, i doprowadziłam do perfeckji już i tak smakowity barszczyk czerwony z uszkami.
- Odkryliśmy z Mikiem serial ‘24’ i w ciągu 3 dni obejrzeliśmy cały pierwszy sezon, i szukujemy się do drugiego. Pewnie teraz tempo spadnie, bo szkoła rozpoczyna się za niecały tydzień (wygląda na to że ‘bycie na bieżąco z „24”’ nam nie grozi...w telewizji juz leci 7 sezon!)
- kupliśmy nowy samochód! Już od dawna planowaliśmy wymienić moją mazdę na coś większego i...bardziej praktycznego. Chcieliśmy przed zimą, żeby w razie czego nie mieć problemu jak śniego spadnie, ale jakoś nie mogliśmy się zdecydować i ani się obejrzeliśmy i święta przyszły. Postanowiliśmy więc poczekać do wiosny, bo mazda wtedy byłaby wiecej warta...ale w Sylwestra rano stwierdziliśmy że po Nowym Roku nie będziemy mogli skorzystać z promocji ‘End of The Year’ i...decyzja zapadła. Okazało się że moja mazda była warta więcej niż myśleliśmy i zostałam właścicielką nowiutkiego Forda Escape...(nie jesteśmy zwolennikami amerykańskich aut – azjatyckie i europejskie sa zdecydowanie bardziej niezawodne....ale i odpowiednio więcej kosztują! Doszliśmy jednak do wnisku, że z jednej wypłaty cięzko będzie spłacać droższy samochód, a skoro kupiliśmy nowy to przez okres gwarancji nie trzeba będzie sie martwić o serwis...akurat przez moje studia...a jak już zacznę pracować za 3,5 roku to zawsze będzie można kupić coś nowego!).
Jak już jechaliśmy do salonu zamienić moją mazdę na tego wielkoluda, to aż parę łez uroniłam ze wzruszenia...bo jaka by nie była ta miata – mała, niepraktyczna, niemożliwa do jeżdzenia zimą itp...- to naprawdę miałam nielada frajdę ścinając nią zakręty...o wiele szybciej niż ograniczenia nakazywały, jeżdżąc w opuszczonym dachem i rozwianym włosem, i wiedząc że nawet gdy jakiś idiota samolubnie zaparkował samochód zajmując 1,5 miejsca, to i tak mogłam się wcisnąć w pozostałą ‘połówkę’...
No nic, powoli się przyzwyczaję do jazdy automatem...w korkach będzie łatwiej; uczucie że kieruję autobusem pewnie też szybko minie, a parkowanie idzie mi coraz lepiej już po dwóch dniach.
Życzę wszystkim spełnienia najskrytszych marzeń w 2008 roku! I wtrwania w noworocznych postanowieniach...jak jak zwykle zamierzam...lepiej jeść, więcej się ruszać, bardziej efektywnie gospodarować czasem i ...częściej postować w moim blogu.
sobota, 24 listopada 2007
Dziękczynienie
Lubię Święto Dziękczynienia...dzień wolny od pracy i szkoły, który w tym roku szczególnie doceniam. Mike zawsze robi przepyszny obiad. W tym roku nasz indyk ważył 24,5 funta. W sumie nie potrzebowaliśmy aż takiego wielkiego, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Tuż zanim wyszliśmy na ‘indykowe zakupy’ zadzwonił Mika tata żeby sie pochwalić że oni juz kupili indyka i że ważył 23,1 funta. Tak więc nie było rady i trzeba było kupić większego :).
No i przecież jest za co być wdzięczynym. Mam cudownego męża; jesteśmy szczęśliwi i zdrowi. Mamy nowego pieska. W zeszłym roku wszystko było zupełnie inaczej – mieszkaliśmy w zagraconym, wynajmowanym mieszkaniu, studiowałam biologię...a teraz mamy własny dom i jestem na tej mojej wymarzonej medycynie. Nawet w pewnym sensie jestem wdzięczna za to oblane pierwsze kolokwium z anatomii. Gorzka pigułka do przełknięcia, ale ile pokory mnie nauczyła...
Tak więc czwartek spędziłam bez nauki, ale pozostałą część weekendu niestety na powtórkach...bo za tydzień dwa kolejne egzaminy, no i muszę się poprawić!
Aha..wczoraj przyszło do nas wujostwo Mika na obiad. Długa historia z tym wujkiem. Brat Mika ojca wraz z rodziną mieszka 10 minut od nas. Poznałam ich dopiero podczas październikowej wizyty teściów, bo przez długie lata z powodu jakiś mniej lub bardziej urojonych rodzinnych zawiłości bracia McGowan ze sobą nie rozmawiali. Kontakt się odnowił parę lat temu, ale jako że nie mieszkaliśmy tutaj, to nie miałam okazji ich spotkać. No a teraz okazało się że mamy dosyć bliską rodzinę rzut beretem od nas.
No i przecież jest za co być wdzięczynym. Mam cudownego męża; jesteśmy szczęśliwi i zdrowi. Mamy nowego pieska. W zeszłym roku wszystko było zupełnie inaczej – mieszkaliśmy w zagraconym, wynajmowanym mieszkaniu, studiowałam biologię...a teraz mamy własny dom i jestem na tej mojej wymarzonej medycynie. Nawet w pewnym sensie jestem wdzięczna za to oblane pierwsze kolokwium z anatomii. Gorzka pigułka do przełknięcia, ale ile pokory mnie nauczyła...
Tak więc czwartek spędziłam bez nauki, ale pozostałą część weekendu niestety na powtórkach...bo za tydzień dwa kolejne egzaminy, no i muszę się poprawić!
Aha..wczoraj przyszło do nas wujostwo Mika na obiad. Długa historia z tym wujkiem. Brat Mika ojca wraz z rodziną mieszka 10 minut od nas. Poznałam ich dopiero podczas październikowej wizyty teściów, bo przez długie lata z powodu jakiś mniej lub bardziej urojonych rodzinnych zawiłości bracia McGowan ze sobą nie rozmawiali. Kontakt się odnowił parę lat temu, ale jako że nie mieszkaliśmy tutaj, to nie miałam okazji ich spotkać. No a teraz okazało się że mamy dosyć bliską rodzinę rzut beretem od nas.
poniedziałek, 9 kwietnia 2007
Smacznego Jajka i Mokrego Dyngusa...
...takiej treści życzenia wielkanocne dostałam w przeważającym stopniu. A prawda jest taka, że to jedne z niewielu okazji, kiedy wcale, a wcale nie tęskni mi się za Polską, i za wiosennymi porządkami, myciem okien, przygotowywaniem przez cały tydzień, a potem całodniowym, a raczej dwudniowym obżarstwem.
Wielkanoc minęła mi cudownie, relaksująco i bezstresowo. Nie było ani jednego jajka, zamiast tego, na śniadanie wielkanocne, zrobiłam naleśniki ze świeżo upieczonymi jabłkami i cynamonem – wszyscy palce lizaliJ. Poszliśmy całą rodziną do Kościoła, pózniej był obiadek i lenistwo do wieczora. A dzisiaj rano, gdyby nie fakt że przed pracą w skrzynce e-mailowej znalazłam jeszcze ostatki życzen świątecznych, to nawet bym nie pamiętała że to lany poniedziałek – w dzieciństwie uwielbiany przeze mnie dzień, a teraz raczej spostrzegany jako totalny idiotyzm. Choć to chyba nie tylko kwestia wieku, ale przede wszystkim wypaczenia tej tradycji do poziomu najzwyczajniejszego chamstwa.
No i z głębszej prespektywy ta wielkanoc była piękna. Starałam się przygotować do niej w czasie postu i myślę że mi się udało....a całość została uwięczona przeogromnym obżarswem, kiedy w końcu po 47 dniach bez słodyczy (a podobno post powinien trwać tylko 40), mogłam w końcu jeśc cukru ile tylko zapragnęłam. Od jutra na siłowni trzeba będzie pracować ze zdwojonym, albo i potrojonym wysilkiem.
Wielkanoc minęła mi cudownie, relaksująco i bezstresowo. Nie było ani jednego jajka, zamiast tego, na śniadanie wielkanocne, zrobiłam naleśniki ze świeżo upieczonymi jabłkami i cynamonem – wszyscy palce lizaliJ. Poszliśmy całą rodziną do Kościoła, pózniej był obiadek i lenistwo do wieczora. A dzisiaj rano, gdyby nie fakt że przed pracą w skrzynce e-mailowej znalazłam jeszcze ostatki życzen świątecznych, to nawet bym nie pamiętała że to lany poniedziałek – w dzieciństwie uwielbiany przeze mnie dzień, a teraz raczej spostrzegany jako totalny idiotyzm. Choć to chyba nie tylko kwestia wieku, ale przede wszystkim wypaczenia tej tradycji do poziomu najzwyczajniejszego chamstwa.
No i z głębszej prespektywy ta wielkanoc była piękna. Starałam się przygotować do niej w czasie postu i myślę że mi się udało....a całość została uwięczona przeogromnym obżarswem, kiedy w końcu po 47 dniach bez słodyczy (a podobno post powinien trwać tylko 40), mogłam w końcu jeśc cukru ile tylko zapragnęłam. Od jutra na siłowni trzeba będzie pracować ze zdwojonym, albo i potrojonym wysilkiem.
czwartek, 22 marca 2007
Wiosennie, zielono i ‘allergy-free’ (przynajmniej narazie)
No i ani się człowiek obejrzał, a wiosna już przyszła. Ciepło się zrobiło. Do alergologa już się wybrałam i całą kolekcję leków wczoraj do domu przywlokłam. Oprócz tego, że trochę śpiąca jestem po tych medykamentach, to czuję się świetnie. No i zawsze lepiej być trochę zaspaną, niż zasmarkaną i zapłakaną. Miejmy nadzieję że kuracja będzie tak samo skuteczna jak pyłków przybędzie.
No ale zanim wiosna przyszła to jeszcze nas zasypało po raz ostatni (miejmy nadzieję) tej zimy. I pewnie ten zaśnieżony i oblodzony weekend byłby nie do zniesienia, gdyby nie to że ... w sobotę był dzień Świętego Patryka. Bawiliśmy się kapitalnie; nie przesadzę jak napiszę, że to był najlepszy St. Patrick’s Day odkąd jestem z Mikiem. Wyszliśmy z grupą znajomych – trochę Polaków, trochę Amerykanów do naszego ulubionego Pubu Irlandzkiego. Rezerwację zrobiliśmy już tydzień wcześniej, tak że miejsca były do pozazdroszczenia, kuchnia aż palce lizać, Guinness lał się litrami, albo raczej galonami, no i kapela prosto z Irlandii umilała nam czas! Mika kilt jak zwykle wzbudzał zainteresowanie. No i co najważniejsze, nawet kaca najgorszego nie miałam następnego dnia.
Od szkoły medzycznej jeszcze nie słyszałam. Wygląda na to że chyba dostałam się na kolejną listę dla oczekujących. Tak więc nic mi nie pozostaje tylko czekać. Jeszcze jest kilka miesięcy i mogę się dostać. Choć wolałabym się o tym dowiedzieć wcześniej niż później, no bo sporo zmian by się w takiej sytuacji szykowało, i nie chciałabym wszystkiego potem robić w biegu. No ale nic...pożyjemy, zobaczymy! W każdym razie kto to czyta, to niech trzyma kciuki jak ma chwilę wolnego.
No ale zanim wiosna przyszła to jeszcze nas zasypało po raz ostatni (miejmy nadzieję) tej zimy. I pewnie ten zaśnieżony i oblodzony weekend byłby nie do zniesienia, gdyby nie to że ... w sobotę był dzień Świętego Patryka. Bawiliśmy się kapitalnie; nie przesadzę jak napiszę, że to był najlepszy St. Patrick’s Day odkąd jestem z Mikiem. Wyszliśmy z grupą znajomych – trochę Polaków, trochę Amerykanów do naszego ulubionego Pubu Irlandzkiego. Rezerwację zrobiliśmy już tydzień wcześniej, tak że miejsca były do pozazdroszczenia, kuchnia aż palce lizać, Guinness lał się litrami, albo raczej galonami, no i kapela prosto z Irlandii umilała nam czas! Mika kilt jak zwykle wzbudzał zainteresowanie. No i co najważniejsze, nawet kaca najgorszego nie miałam następnego dnia.
Od szkoły medzycznej jeszcze nie słyszałam. Wygląda na to że chyba dostałam się na kolejną listę dla oczekujących. Tak więc nic mi nie pozostaje tylko czekać. Jeszcze jest kilka miesięcy i mogę się dostać. Choć wolałabym się o tym dowiedzieć wcześniej niż później, no bo sporo zmian by się w takiej sytuacji szykowało, i nie chciałabym wszystkiego potem robić w biegu. No ale nic...pożyjemy, zobaczymy! W każdym razie kto to czyta, to niech trzyma kciuki jak ma chwilę wolnego.
czwartek, 14 grudnia 2006
Świątecznie i...smutno
Czemu smutno? Gdy wróciłam dziś z pracy, dwie wiadomości mrugały z automatycznej sekretarki.
[Pamiętam jak kiedyś dawno temu, kiedy sekretarki należały do rzadkości, a o o komórce można było tylko pomarzyć, zawsze wydawało mi się że jakies ważne rzeczy przemykają mi koło nosa, że ktoś dzwoni z czymś istotnym, a ja nawet nie będę wiedziała. A teraz kiedy musze wcisnąć ten guzik, w ogóle się nie cieszę. Przeważnie palec jest w stanie gotowości żeby na dźwięk głosu telemarketera wcisnąć ‘Erase’].
Ale dzisiejsza wiadomość była inna. Pani Vida odeszła. Odwiedzałam ją od prawie roku, co tydzień...a teraz jej nie ma. Mogłam się tego spodziewać, była bardzo słaba podczas moich ostatnich dwóch wizyt, ale wyglądała na gotową. Uroniłam kilka łez. Straciłam mojego pierwszego pacjenta z hospicjum. [*] [*] [*].
Poza tym? Święta wpychają się w nasze życie drzwiami, oknami, telewizorami. Choinka stoi ubrana od kilku dni. Tylko kartki świąteczne nie chcą się same napisać. Pomimo mojego silnego postanowienia że w tym roku zrobie wszystko aby moi bliscy z Polski dostali kartki bożonarodzeniowe a nie noworoczne, znowu czekałam do samego końca. No nic...czas zakasać rękawy i zabrać się za świąteczną korespondencję.
[Pamiętam jak kiedyś dawno temu, kiedy sekretarki należały do rzadkości, a o o komórce można było tylko pomarzyć, zawsze wydawało mi się że jakies ważne rzeczy przemykają mi koło nosa, że ktoś dzwoni z czymś istotnym, a ja nawet nie będę wiedziała. A teraz kiedy musze wcisnąć ten guzik, w ogóle się nie cieszę. Przeważnie palec jest w stanie gotowości żeby na dźwięk głosu telemarketera wcisnąć ‘Erase’].
Ale dzisiejsza wiadomość była inna. Pani Vida odeszła. Odwiedzałam ją od prawie roku, co tydzień...a teraz jej nie ma. Mogłam się tego spodziewać, była bardzo słaba podczas moich ostatnich dwóch wizyt, ale wyglądała na gotową. Uroniłam kilka łez. Straciłam mojego pierwszego pacjenta z hospicjum. [*] [*] [*].
Poza tym? Święta wpychają się w nasze życie drzwiami, oknami, telewizorami. Choinka stoi ubrana od kilku dni. Tylko kartki świąteczne nie chcą się same napisać. Pomimo mojego silnego postanowienia że w tym roku zrobie wszystko aby moi bliscy z Polski dostali kartki bożonarodzeniowe a nie noworoczne, znowu czekałam do samego końca. No nic...czas zakasać rękawy i zabrać się za świąteczną korespondencję.
niedziela, 5 listopada 2006
Święta, ida święta...
Dopiero początek listopada, a ja już jestem myślami przy świętach. Ale to chyba nic złego, bo czas leci jak szalony i zanim się obejrzę choinkowe światełka rozświetlą nasz pokój (normalnie napisałabym ‘zapach świerku’ ale przy moim Miku i jego różnych alergiach nie na ma to szans). A poza tym te moje ‘świąteczne’ marzenia są jak najbardziej usprawiedliwione. Już po Halloween, do świąt dziękczynienia już tylko dwa tygodnie...i jak co roku w ‘podziękczynny’ piątek wieczorem zacznę pisać listy swiąteczne. Rodzice już prezent świąteczny dostali...prawie dwa tygodnie temu. Wcześnie, ale był dosyć nietypowy i nie chciałam rodziców/ a szczególnie mamy zaskoczyć w Wigilię. Moi rodzice zawsze dbali o to żebyśmy razem z siostrą mogły jechać na wakacje, kupiś sobie nowe buty, kurtke...a sami zawsze byli na końcu. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz byli na wakacjach. Postanowiliśmy więc z Mikiem zrobić im prezent jakiego nigdy nie mieli i...opłaciliśmy im weekend w hotelu we Wrocławiu w okresie sylwestrowym. Żadne z rodziców nie było nigdy we Wrocławiu. Ucieszyli się i wzruszyli niesamowicie! Szkoda że mogłam tylko przez telefon usłyszeć ich radość.
Przeglądam katalogi wysyłkowe i robię listy prezentów dla pozostałych...i wyczekuję z utęsknieniem naszych własnych wakacji...Urlop w pracy już załatwiony, noclegi zarezerwowane! Jedziemy z Mikiem na tydzień do Mont Tremblant – mejscowości narciarskiej w Quebecu w Kanadzie. Nie byliśmy na wspólnych wakacjach od naszego zeszłorocznego pobytu w Polsce. Nie mogę się doczekać wspólnych wieczorów, beztroskich dni, i śniegu, i prawdziwej zimy...i po prostu bycia RAZEM.
A tymczasem koniec marzycielstwa i fantazjowania.
Jutro znowu poniedziałek...
Przeglądam katalogi wysyłkowe i robię listy prezentów dla pozostałych...i wyczekuję z utęsknieniem naszych własnych wakacji...Urlop w pracy już załatwiony, noclegi zarezerwowane! Jedziemy z Mikiem na tydzień do Mont Tremblant – mejscowości narciarskiej w Quebecu w Kanadzie. Nie byliśmy na wspólnych wakacjach od naszego zeszłorocznego pobytu w Polsce. Nie mogę się doczekać wspólnych wieczorów, beztroskich dni, i śniegu, i prawdziwej zimy...i po prostu bycia RAZEM.
A tymczasem koniec marzycielstwa i fantazjowania.
Jutro znowu poniedziałek...
Subskrybuj:
Posty (Atom)