"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą family. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą family. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2011

Od kilku dni czuję się jakbym mieszkała w domu z wielkim dzieckiem. No ale jakby nie było to sama nawarzyłam sobie tego piwa. A zaczęło się od mojej wiosennej wyprawy do Włoch i przejażdżce motorowej po Rzymie.
Po wysłuchaniu moich relacji, małżonek postanowił zapisać się na kurs motorowy i kupić motocykl. I tak oto w zeszłym tygodniu staliśmy się właścicielami Yamahy, a w miniony weekend Mike zrobił „prawko na motor“… i dopiero się zaczęło. Posiedzi kilka minut przy komputerze i… idzie do garażu popatrzeć na swoją zabawkę. Zje obiad i… czas na piętnastominutową wyprawę po osiedlu. Zjada kolację i… jeszcze by sobie poćwiczył. Naprawde jak taki duży dzieciak ☺.
No ale niech ćwiczy – to wtedy szybciej będzie gotowy na tylnego pasażera, a ja się doczekam mojej wyprawy – tym razem po Fredericksburgu.
Myślę że w w najbliższym czasie wybierzemy sie poszukać sprzętu ochronnego dla mnie, bo wszystko dosyć szybko się toczy, więc nie chcę zostać zaskoczona brakiem kasku.
A w czasie mojego urlopu w przyszłym roku i ja planuję nauczyć się jeździć na motorze. Do tego czasu powinnam mieć już całkiem doświadczonego prywatnego instruktora.

Jeszcze podzielę się komentarzem mojego taty: "Dobrze że w tym Rzymie zostałaś przewieziona motorem a nie prywatnym samolotem, bo Mike miałby dopiero problem". :)
--------------

For the last few days I’ve been feeling as if I I was living under one roof with a big kid. But I’m personally responsible for the whole thing. And it all started with my trip to Italy last spring and motorbike excursion through Rome.
After listening to my stories, my hubby decided to buy a motorcycle and learn how to ride it so he could take me for a trip every now and then. And so, last week we became owners of a brand new Yamaha, and over the weekend Mike got his riding course and motorcycle license… and then all the craziness started. He would sit on the internet for a few minutes and… he goes to the garage to look at his new toy. He would eat lunch and… go for a quick stroll around the neighborhood. He would eat dinner and… why now use some more practice? Seriously… a big kid!
Hopefully with all this practice he is going to feel ready to accept „back seat“ passengers soon, and I will get my first ride – this time through Fredericsburg ☺.
I think that quite soon we’ll have to go on a shopping expedition and buy some protective gear for me. Things are moving quite fast, and I’d hate to be surprised by not being ready and not having a helmet.
During my vacation next year, I think I’m going to take a motorcycle class myself. By this time I should have a quite experienced personal trainer.

And one more thing; I have to share my dad's comment with you: "That's good that when in Rome you got a ride on a motorcycle, not on a private jet. Otherwise Mike would have a serious problem". :)

czwartek, 19 maja 2011

Już kiedyś pisałam tutaj że mój mąż jest chyba najbardziej niecierpliwym człowiekiem na świecie jeśli chodzi o utrzymywanie upominków-niespodzianek w sekrecie. Zawsze albo się zdradzi za wcześnie, albo żeby uniknąć tego wręczy upominek za wcześnie (chyba rekordem był aparat fotograficzny w kwietniu, na moje lipcowe urodziny). Ale tym razem niespodzianka udała mu się pierwszorzędnie.

Od kilku miesięcy Mike podpytywał mnie się co bym chciała dostać na zakończenie studiów, a ja zawsze odpowiadałam że dla mnie najlepszym prezentem będzie zorganizowanie imprezy dla moich rodziny, przyjaciół i znajomych. No ale oczywiście to nie było opcją… więc musiałam wymyśleć „konkretny prezent“ tylko dla mnie. Pod groźbą że jeśli nie sprecyzuję moich życzeń to dostanę diamentowy stetoskop (co w przypadku Mika mogło nie być tylko pustym gadniem), zażyczyłam sobie rower. Bo stwierdziłam że będę mieszkała w mieście, więc łatwiej będzie się poruszać; i zawsze to jakaś odskocznia od stresu, psychicznego zmęczenia… i można by dzienną porcję ćwiczeń odhaczyć. Same zalety.

Kilka dni temu Mike powiedział mi że mam „zakaz“ logowania się do naszego konta bankowego, bo dokonał zakupu i chce żeby to pozstało niespodzianką do czasu aż dostanę mój prezent. No i od tego czasu po kilka razy dziennie przekomarzaliśmy się; on „że już tylko x dni zostało do mojego prezentu“, ja „że jak to nie będzie rower to będę niezadowolona“, on „że to jest coś ‚małego‘ i że na pewno mi się spodoba“, ja „że nie musiał mi kupować roweru z kółkami treningowymi, bo jeszcze pamiętam jak się jeździ“.

W końcu nadeszło dzisiaj… Według naszych wcześniejszych ustaleń miałam być w domu po 15:00 i czekać na dalsze wskazówki. W końcu jak już Mike był blisko zadzwonił i kazał mi iść do piwnicy (basementu), tak i poczekać aż po mnie przyjdzie.
W końcu zostałam usadzona na kanapie i Mike wręczył mi list i małe pudełeczko. List był następujący: „Kasiu, jestem bardzo dumny z Ciebie i Twojej ciężkej pracy. Tutaj jest coś małego dla Ciebie do wzięcia jutro na uroczystość oraz do użytku podczasz Twojej rezydentury. Kocham Cię – Mikey“. Otworzyłam pudełko i… zobaczyłam dwa czarne przedmioty w kształcie „wisiorków“. Nie wyglądało to na biżuterię… i zajęło mi kilka chwil żeby uświadmić sobie że patrzę na breloczek i… „bezkluczykowy kluczyk“ do Mini Cooper’a S – samochodu moich marzeń! A auto w całej swojej okazałości i kokardką czekało na mnie na podjeździe do domu.
☺ ☺ ☺

--------------

I wrote a while ago that my husband might be the worst secret keeper in the world when it comes to buying gifts. He usually spills the beans a long time before, or in order to avoid it, he gives a present in advance (I think his record was to buy me a camera in April for my July birthday. But this time was different. He kept his secret perfectly… and only one day short of my graduation!

For few months Mike has kept asking me what I wanted for my graduation, and I kept saying that the best gift for me would be to throw a party for my family and friends to celebrate this event. But for Mike it was not an option and I had to come up with an idea of a “concrete gift” and “only for me”. After being warned that if I didn’t come up with something I would end up getting a diamond stethoscope (which in Mike’s case might not be only a threat), I opted for a bicycle. I concluded that since now I’ll be living in the city, it’s going to be easier to get around than a car; and it’s going to be a good way to unload my work stresses… and I’ll be able to check off my daily exercise as well. Only high points!

Few days ago Mike told me that I “must not” log into our bank account because he had made a purchase and he wanted it to remain a secret until I receive my graduation gift. Since that day on it has become a running joke between us that every time he mentioned “the surprise day approaching” I made an allusion to a bicycle and that it’d rather be damn good. He kept saying that it was something “little” and I kept saying that “I might be too big for a tricycle”.

Finally “today” has arrived. According to our previous arrangements I was supposed to be at home at 3 pm and wait for further clues. When Mike was close to home he called me and directed me to wait for him in the basement. After that he called in into the living room seated me on the sofa and handed me a card and a little box. The card read: “Kasia, so proud of you and all of your hard work. Here is something little for you to take to graduation tomorrow, and use down in Richmond during your intern year. Love – Mikey”. I opened the box and looked at a pair of black “dangly” things and was trying to persuade myself that it didn’t quite look as jewelry. It took me a while to realize that I was looking at a key chain with a keyless key fob with Mini Cooper logo on them. And the car of my dream – a Mini Cooper S was waiting for me on the driveway. ☺ ☺ ☺

niedziela, 1 maja 2011

Po raz pierwszy od 10 lat miałam okazję spędzić wielkanoc z rodzinką w Polsce. Jak to na polskich świętach było zdecydowanie za dużo obżarstwa! W sumie całe dwa dni spędzone za stołem. W lany poniedziałek nawet nie zmoczyli mnie porządnie - choć muszę zaznaczyć że unikałam wychodzenia z domu jak się dało!

W Kościele zrobiłam zdjęcie koszyczkom wielkanocnym – głównie po to żeby moi angielskojęzyczni czytelnicy zobaczyli co to za zwyczaj. W Stanach nie ma zwyczaju święconek, chociaż w jednym z kościołów katolickich kiedyś słyszałam ogłoszenie że dla tych którzy uznają tę „wschodnio-europejską tradycję“ w sobotę wielkanocną odbędzie się poświęcenie pokarmów.

Z tego co wiem to Polska jest jednym z nielicznych krajów które świętują poniedziałek wielkanocny. U nas polewa się wodą - szkoda że staje się to pretekstem do bezmyślnego chamskiego zachowania (dawno temu miałam wątpliwą przyjemność oberwania w głowę torebką foliową z wodą wyrzuconą z 4 piętra); a w Stanach w miastach gdzie są spore zbiorowiska Polaków, w ten dzień – zwanym Dyngus Day zazwyczaj odbywają się polskie pikniki i festyny z ludową muzyką i tańcami (np. polka) i… nie brakuje pijaństwa. Ja nigdy nie miałam okazji uczestniczyć w takich dyngusowych uroczystościach, ale jakoś nie czuję się jakby mi coś szczególnego umykało.

No a z komercyjnego punktu widzenia Wielkanoc w Polsce wygląda zupełnie tak samo jak wszędzie indziej – nie brakuje zajączków i pisanek. W poznańskim Starym Browarze aż roiło się od zajączków do koloru, do wyboru. A w jedną sobotę urządzali nawet festyn wielkanocny dla dzieci, podczas którego maluchy same mogły pomalować zajączki według własnych upodobań.

---------------------------

For the first time in 10 years I had a chance to spend Easter with my family in Poland. As it is usually the case with Polish holidays, there was too much food and too much gluttony; two straight days – Sunday and Monday spent at the table!

One of the unique Polish Easter traditions is blessing of the foods on Good Saturday. In the old times it was customary to bless smoked or roasted lamb; in modern times people usually put in their small baskets (called „swieconka“) sausage, bread, eggs and… a small lamb made of sugar or pastry. Almost everybody goes to church with their little baskets. There is no set time when a priest blesses the food. People just come to church throughout the day and as soon as the table gets full of “swieconkas”, they get blessed and… it’s only 5-10 minutes before the table gets filled with new foods waiting for the blessing. In all my years in the U.S. I’ve only been to one Catholic Church that offered blessing of the foods "to those who recognized that Eastern European tradition” on Good Saturday.

Easter Monday in Poland is called “Śmingus Dyngus“ and it is customary to sprinkle others with water. Often young, brainless guys take an advantage of this tradition and pour whole buckets of water on passer-bys. Long time ago I was unlucky enough to have a plastic bag fillled with water dropped on my head from the 4th floor window. Oh boy, it didn’t feel good!!! This year I didn’t even get wet on Easter Monday, but I have to make a disclaimer that I avoided leaving the house by any means.

From a commercial point of view Polish Easter is not much different from Easter in America – there are Easter eggs and bunnies all over the place. In one of the shopping malls in Poznań called Stary Browar (The Old Brewery) they had quite an exibit with all kinds of cute bunnies. They also had an event for kids, where they could paint and decorate their own Easter bunnies

"święconka" / Easter basket

Church table full of "święconkas" waiting for the blessing

Poznański zajączek z koziołkami / Poznań bunny with the goats

Zajączki przed Starym Browarem / Bunnies outside of the shopping mall

Wiem że to zdjęcie jest nieostre. To są zajączki czekające na pomalowanie przez maluchy
I know this image is not sharp. These are the bunnies waiting to be painted by kids

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Tak trochę niespodziewanie i z zaskoczenia musieliśmy zorganizować sobie pod koniec stycznia wyprawę do Polski na ślub siostry. Niespodziewanie, bo plany były na październik, a tu na początku grudnia młodym zabrakło cierpliwości i stwierdzili że nie czekają prawie kolejnego roku i ślub będzie w styczniu!

Postanowiliśmy również wybrać się do Zakopanego na narty. Narty nie doszły do skutku, bo jak popatrzyliśmy na sprzęt do wyporzyczenia to zrezygnowaliśmy… kiedyś będziemy się musieli dorobić własnego sprzętu w Polsce – bo targać narty samolotem w tę i z powrotem to trochę się nie opłaca. O mały włos i Zakopane nie dszło do skutku… bo na dzień przed wyjazdem dostałam rewolucji żołądkowej jakiej jeszcze nie doświadczyłam w życiu. No ale tak to bywa jak się za dużo wina na weselu połączy z „jelitówką“ podłapaną od taty! Sama nie wiem czy dolegliwości przeszły same z siebie czy ze strachu przed wizją wizyty na Skierniewickim pogotowiu. W każdym razie po 24 godzinach bycia ledwo żywą, poczułam się na tyle dobrze że zdecydowaliśmy się jechać na nasze górskie wakacje. A prawdziwa góralska kwaśnica i goloneczka prosto z grila uzdrowiła mój zmarnowany żołądek na dobre!

Udało mi się zobaczyć Morskie Oko zimą, i choć wyglądało przeuroczo, to jednak latem zdecydowanie robi większe wrażenie.

Stoję na zamarźniętym jeziorze, a w tle schronisko nad Morskim Okiem.

Grubość lodu na jeziorze sięga 1,5 m. tak więc bez obawy można wybrać się na drugi brzeg.

W odróżnieniu od Kasprowego Wierchu – widoki prawie jak w Himalajach, dosłownie i przenośni zapierają dech w piersiach (bo przy -15 stopniach Celsjusza, powietrze na tej wysokości jest jeszcze cieńsze niż w bardziej umiarkowanych temperaturach).


poniedziałek, 11 stycznia 2010

Aż mi się nie chce wierzyć że już jest 2010!
Nowy Rok przywitałam w Polsce z rodzicami u ich znajomych. I muszę przyznać że całkowicie zapomniałam jak hucznie w Polsce obchodzi się sylwestra nawet w Skierniewicach. Fajerwerków było co nie miara… zupełnie jak w Stanach na 4 lipca!
Nie miałam więc takich typowo tradycyjnych świąt (chociaż wigilia była Polska, i nawet upiekłam po raz pierwszy makowca i wyszedł wyśmienity!!!)...

...ale Sylwester i Nowy Rok był jak najbardziej ‚po naszemu‘ i wsród rodzinki!
I jeszcze o jednej rzeczy zapomniałam – jak dużo się je w Polsce! Gdzie się nie obejrzałam to każdy chciał we mnie wpychać jakieś pyszności – pierogi, pieczywko domowego wypieku, najlepszy pasztet na świecie w wykonaniu mamy, pieczona kiełbasa, pieczony schab, moja ulubiona ogórkowa i zalewajka… nie mogłam się opędzić! I nie mam pojęcia jak to się dzieje, że jak mieszkałam w domu to jadłam za czterech i wyglądałam jak człowiek… a teraz urosłam o dwa rozmiary chociaż jak to moja babcia określiła „jem jak wróbelek i zagłodzę się na dobre“.
Postanowienia noworoczne?! - już tak tradycyjnie spróbować zrzucić pare kilogramów i częściej odwiedzać siłownię… a jak już nic z tego nie wyjdzie to przynajmniej nie przytyć!

sobota, 10 stycznia 2009

Noworocznie

Kartek świątecznych jeszcze nie wysłałam… już nie wyślę. Ale zanim zabiorę się za noworoczne (moim celem jest wysłanie ich przed końcem miesiąca - chyba jeszcze będą się liczyły te życzenia! W końcu rok trwa 12 miesięcy… a na początku lutego to ten rok i tak będzie jeszcze stosunkowo „Nowy“) umieszczę tutaj posta, zanim wypłoszę na dobre tych najbardziej wytrwalszych moich czytelników.



Ach! Co to były za Święta?! Ciężko będzie je pobić w przyszłości! Niewątpliwie najlepsze jakie do tej pory przeżyłam! Po raz pierwszy rodzinne święta odbywały się u nas ze mną w roli pani domu! Roboty było niesamowicie dlużo! Przygotowania kulinarne do wigilii trwały trzy dni! Ale z czterema kucharkami poszło o wiele sprawniej niż myślałam (i tu powinno się znaleźć zdjęcie nasz lepiących pierogi w kuchni, ale okazało się że zamiast zdjęcia ktoś nakręcił filmik, który i tak nie wyszedł). No a w dodatku zestaw moich nowych garków z Williams & Sonoma na które chorowałam od lat i których zupełnie się nie spodziewałam w prezencie gwiazdkowym, sprawdził się doskonale (bo Mikołaj tak to wszystko sprytnie wymyślił że garki czekały na mnie w kuchni w poranek gdy wielkie gotowanie się zaczęło). Najbardziej tymi naszymi przygotowaniami zmęczyli się ‚tatusiowie‘!



W końcu po raz pierwszy udało mi się przekonać Mika do żywej choinki! Była piękna i pachniała nadzwyczajnie!



Pewnie nie robiła takiego wrażenia jak ta pod Białym Domem…



albo pod Rockefeler Center w Nowym Jorku



... ale ta była nasza i… bardziej specjalna. No i podczas naszej wyprawy do NY w końcu udało mi się po raz pierwszy zobaczyć lodowisko w Central Parku! Tak więc mogę skreślić kolejną rzecz z mojej listy miejsc/ rzeczy do zobaczenia.



Ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Rodzinka rozjechała się w zeszły weekend i wszystko wróciło do ‚normalności‘ – ja po uszy w nauce, tym razem w kardiologii; Mike również rozpoczął nowy semestr w zeszłym tygodniu! Życzę wszystim czytelnikom mojego klikania Do siego roku!!! (zawsze myślałam że to się pisze łącznie, ale najwyraźniej się myliłam).

niedziela, 30 listopada 2008

I po listopadzie!

Teraz to już mi tylko jedno w głowie: za nie całe trzy tygodnie w końcu przylecą rodzice i Gosia! To będą najlepsze święta od wielu lat… a może nawet najlepsze (i koniec kropka)?! No bo po raz pierwszy w będziemy mieli z Mikiem w czasie swiąt rodzinę u nas, po raz pierwszy będziemy mieć rodzinę w tym domu, po raz pierwszy będziemy miec… dwie rodziny w tym domu ;). I o dziwo – udało mi się mojego męża namówic na żywą choinkę, tak więc po raz pierwszy będziemy mieli prawdziwe, pachnące lasem drzewko w domu… zakładając że coś mu się nie odwidzi do tego czasu… bo z mężami to nigdy nic nie wiadomo.
No i tym razem to ja będę panią domu, tak więc będę mogła przygotować wszystko wg swojego gustu, smaku i upodobania. Gosia i mama mi pomogą, ale ostatnie słowo będzie należeć do mnie. No i w końcu Mika rodzice zobaczą na czym polega prawdziwa Polska wigilia!
Prezenty pokupowane… dla wszystkich z wyjątkiem mnie; jakoś nie mogę się zdecydować co chcę. Już nawet kupiłam skarpety świąteczne z imionami wszystkich gości – jak tylko je dostarczną to udekoruję kominek – może jakoś szybciej mi zlecą te dni oczekiwania!

wtorek, 15 lipca 2008

Kamienica Nerkowa

No wiec nasz ostatni weekend nie był taki jak to sobie do końca zaplanowaliśmy. W piątek Mika zespół miał mieć wieczorem koncert, ale nic z tego nie wyszło. W sobotę trzeba było zrezygnować z naszych planów towarzyskich, niedziela też gdzieś prześliznęła się między palcami.

Już z samego rana w piątek tuż po dotarciu do pracy mój mąż zadzwonił do mnie i oświadczył że jest na pogotowiu. Zanim tam dotarłam, już był po badaniach, rentgenach, tomografii i okazało się że ma 4mm kamień w lewym moczowodzie (co tu dużo mówić; dosyć pokaźny okaz!). Napakowali w niego narkotyków, bo jakby nie było duży kamień nerkowy to jeden z najgorszych bólów jakie są, i przywiozłam go do domu. Niby że taki kamyk może zejść w każdej chwili: za godzinę, za trzy… no ale może i za dwa tygodnie. Jak się będzię upierał cały miesiąc, to dopiero wtedy usuwają chirurgicznie.

W każdym razie w tej chwili mija piąty dzień i narazie bez powodzenia. Czasem jest lepiej, czasem gorzej; najważniejsze że przez większość czasu bół udaje się utrzymać w ryzach... z wyjątkiem momentów kiedy Mike postanawia udawadniać jakim to jest bohaterem i że poradzi sobie sam bez ‚pain killerów‘. Miejmy nadzieję że zanim się obejrzymy będzię po problemie.

wtorek, 26 lutego 2008

Urodziny babci…

Miałam pisać częściej, a tu prawie cały miesiąc minął od mojego ostatniego postu. Ale tym razem to nie z lenistwa, tylko naprawdę nie ma o czym pisać; nic a nic się nie dzieje.

Dzisiaj są mojej babci urodziny, no przypomniała mi się pewna historia z tym związana.
Otóż babcia urodziła się w środę popielcową. Kiedy babci mama (a moja prababcia) dożyła sędziwego wieku i nie kojarzyła już najszybciej, co roku składała babci życzenia urodzinowe w popielec, a nie 26 lutego. Jak prababci zabrakło, to my – wnuczki przejeliśmy tę ‚tradycję‘ – trochę dla żartu, trochę z sentymentu.
W tym roku popielec był tak wcześnie, że zupełnie zapomniałam o telefonie do babci. Jak mi się przypomniało to było już po, wiec przy okazji wysyłania życzeń na prawdziwe urodziny, przeprosiłam babcię za moja ‚popielcową gafę‘ i niezadzwonienie. No i muszę wam powiedzieć, że moja rodzina czasem chyba myśli że jestem niespełna rozumu… pomimo faktu że jakimś cudem, udało mi się dojść do czegoś w życiu… no i może nawet zostanę lekarzem ;). Jak tylko list urodzinowy doszedł do babci, cocia która mieszka z babcia, napisała do mnie e-maila że babcia dziekuje za pamięć; no i dodała od siebie że nie zapomniałam o babci urodzinach, bo przecież w tym roku nie wypadały w popielec… no i cały wywód na temat kalendarza, i jak to popielec jest świętem ruchomym, i akurat w 1936 roku jak babcia się urodziła wypadł 26 lutego, ale w tym roku wyszło inaczej…

No a skoro już przy kalendarzu to… dzisiaj zrobiłam sobie ‚więzienny kaledarz‘ na którym będę odliczała dni do mojego wyjazdu do domu! Bilety zakupione na 1 czerwca… tak więc do mojego wylotu zostało 96 dni! To już całkiem niedłuo… przeważnie moje odliczanie zacznało się od trzycyfrowych numerów ;).

sobota, 24 listopada 2007

Dziękczynienie

Lubię Święto Dziękczynienia...dzień wolny od pracy i szkoły, który w tym roku szczególnie doceniam. Mike zawsze robi przepyszny obiad. W tym roku nasz indyk ważył 24,5 funta. W sumie nie potrzebowaliśmy aż takiego wielkiego, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Tuż zanim wyszliśmy na ‘indykowe zakupy’ zadzwonił Mika tata żeby sie pochwalić że oni juz kupili indyka i że ważył 23,1 funta. Tak więc nie było rady i trzeba było kupić większego :).

No i przecież jest za co być wdzięczynym. Mam cudownego męża; jesteśmy szczęśliwi i zdrowi. Mamy nowego pieska. W zeszłym roku wszystko było zupełnie inaczej – mieszkaliśmy w zagraconym, wynajmowanym mieszkaniu, studiowałam biologię...a teraz mamy własny dom i jestem na tej mojej wymarzonej medycynie. Nawet w pewnym sensie jestem wdzięczna za to oblane pierwsze kolokwium z anatomii. Gorzka pigułka do przełknięcia, ale ile pokory mnie nauczyła...
Tak więc czwartek spędziłam bez nauki, ale pozostałą część weekendu niestety na powtórkach...bo za tydzień dwa kolejne egzaminy, no i muszę się poprawić!

Aha..wczoraj przyszło do nas wujostwo Mika na obiad. Długa historia z tym wujkiem. Brat Mika ojca wraz z rodziną mieszka 10 minut od nas. Poznałam ich dopiero podczas październikowej wizyty teściów, bo przez długie lata z powodu jakiś mniej lub bardziej urojonych rodzinnych zawiłości bracia McGowan ze sobą nie rozmawiali. Kontakt się odnowił parę lat temu, ale jako że nie mieszkaliśmy tutaj, to nie miałam okazji ich spotkać. No a teraz okazało się że mamy dosyć bliską rodzinę rzut beretem od nas.

sobota, 28 kwietnia 2007

O Raku...

Dzisiaj rano miałam wiadomość na komórce od rodziców. Od razu pomyślałam że coś się stało, bo raczej rzadko dzwonią. Stąd rozmowy są takie tanie, że jakoś oni nigdy nie maja okazji zadzwonić, bo ja dzwonię ‘jak najęta’ (wg mojej mamy). Zadzwoniłam do nich i okazało się że mój wujek zmarł...całkiem młody – 50 kilka lat...rak płuc. A moi rodzice oczywście są nieprzekonywalni. Tata może jeszcze trochę się zastanowi od czasu do czasu, no i próbuje się kontrolować, ale mama pali jak stara lokomotywa, i na każdy mój argument ma 10 swoich, czasem sensownych, ale w większości nie; np: na coś trzeba umrzeć, nie rzucę bo to lubię, ludzie którzy nie palą też mają raka płuc etc...I rodzą się następujące rozmowy:
- Kasiu, daj mi już spokój. Ja mam ponad pięćdziesiąt lat i nie będę zmieniała swoich przyzwyczajeń.
- Ale to chodzi o Twoje życie.
- Ludzie muszą na coś umrzeć.
- Ale nie muszą na raka.
- Ci którzy nie palą też umierają na raka
- tak, ale nie na raka płuc.
- Niektórzy na raka płuc.
- Bo się nawdychają od tych co palą...bez względu na to czy chcą czy nie!
- A co Ty się tak o mnie martwisz córciu!
- Bo jak przyjdzie co do czego, to będę musiała rzucać wszystko w cholerę i na gwałtu rety lecieć przez pół świata do Polski!
- I tak będziesz musiała lecieć, albo wcześniej albo później...z rakiem i bez raka.

Ach ci rodzice!!!

Zapalam świeczuszki dla wujka [*][*][*], i żeby nie wyszło że to jakieś forum pogrzebowe (bo jakby nie patrzeć to prawie co miesiąc jakieś świece się tu palą), to zakończę pozytywnym tonem! Nie ma to jak polska nasiadówa! Nie za długa tym razem, ale zawsze polska! Znajomi ze Charlotesville w drodze do DC wstąpili do mnie! Nie widziałam się z nimi prawie rok! Było miło, posiedzieliśmy sobie przy herbatce, kanapeczkach z łososiem, dobrej sałatce, karpatce...i przede wszystkim z dobrymi humorami! Zakończyliśmy wyprawą do ‘ruskiego’ sklepu, gdzie co nieco polskiego można kupić.

niedziela, 5 listopada 2006

Święta, ida święta...

Dopiero początek listopada, a ja już jestem myślami przy świętach. Ale to chyba nic złego, bo czas leci jak szalony i zanim się obejrzę choinkowe światełka rozświetlą nasz pokój (normalnie napisałabym ‘zapach świerku’ ale przy moim Miku i jego różnych alergiach nie na ma to szans). A poza tym te moje ‘świąteczne’ marzenia są jak najbardziej usprawiedliwione. Już po Halloween, do świąt dziękczynienia już tylko dwa tygodnie...i jak co roku w ‘podziękczynny’ piątek wieczorem zacznę pisać listy swiąteczne. Rodzice już prezent świąteczny dostali...prawie dwa tygodnie temu. Wcześnie, ale był dosyć nietypowy i nie chciałam rodziców/ a szczególnie mamy zaskoczyć w Wigilię. Moi rodzice zawsze dbali o to żebyśmy razem z siostrą mogły jechać na wakacje, kupiś sobie nowe buty, kurtke...a sami zawsze byli na końcu. Nie pamiętam już kiedy ostatni raz byli na wakacjach. Postanowiliśmy więc z Mikiem zrobić im prezent jakiego nigdy nie mieli i...opłaciliśmy im weekend w hotelu we Wrocławiu w okresie sylwestrowym. Żadne z rodziców nie było nigdy we Wrocławiu. Ucieszyli się i wzruszyli niesamowicie! Szkoda że mogłam tylko przez telefon usłyszeć ich radość.

Przeglądam katalogi wysyłkowe i robię listy prezentów dla pozostałych...i wyczekuję z utęsknieniem naszych własnych wakacji...Urlop w pracy już załatwiony, noclegi zarezerwowane! Jedziemy z Mikiem na tydzień do Mont Tremblant – mejscowości narciarskiej w Quebecu w Kanadzie. Nie byliśmy na wspólnych wakacjach od naszego zeszłorocznego pobytu w Polsce. Nie mogę się doczekać wspólnych wieczorów, beztroskich dni, i śniegu, i prawdziwej zimy...i po prostu bycia RAZEM.

A tymczasem koniec marzycielstwa i fantazjowania.
Jutro znowu poniedziałek...