"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medicine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medicine. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 stycznia 2013


Witam wszystkich w Nowym Roku! Na powitanie będzie post pokaźnych rozmiarów, żeby nadrobić trochę to długawe milczenie. Styczeń miałam strasznie zabiegany. Tylko dwa dni wolne – pierwszy i trzynasty. Tak wyszło, bo jedna dziewczyna z mojego odziału jest na macierzyńskim i ciężko wypełnić grafik w weekendy… stąd ten pracoholizm.

Jestem na transplantologii. I w zeszły weekend miałam niesamowite przeżycie. Poleciałam helikopterem do szpitala w innym mieście, aby pobrać wątrąbę do przeszczepu dla jednego z naszych pacjentów.

Co za doświadczenie! Po raz pierwszy w życiu byłam w helikopterze. Super sprawa. Ale chyba nie jest zaskoczeniem, że miałam bardziej ekscytujące przeżycia tego dnia, niż pierwszy lot helikopterem.

Trudno sobie wyobrazić jak łatwo i sprawnie wszystko się odbyło.

Odlot był wyznaczony na 15:00. Tak więc tuż przed 15:00 , poszłam razem z moim “fellow” (tak nazywa się lekarz który robi specjalizację drugiego stopnia – w tym przypadku transplantologii) do dyżurki w naszym szpitalu i powiedzieliśmy że oczekujemy na lot o 15:00. Zostaliśmy przeeskortowani przez oficera na dach głownego budnynku gdzie znajduje się lądowisko helikopterów. Helikopter już czekał, i bez zbędnych ceremoniałów (sprawdzania dokumentów czy plecaka) zajęliśmy nasze miejsca i 30 minut później byliśmy w szpitalu w mieście oddalonym o 93 mile (150km).

Po wylądowaniu weszliśmy do głównego budynku szpitalnego, zapytaliśmy w portierce o blok operacyjny. Skierowano nas we właściwe miejsce. Wchodząc do bloku operacyjnego oznajmiliśmy że przyjechaliśmy po wątrobę… Pani sekretarka pokazała nam szatnie, gdzie musieliśmy przebrać się w “scruby” tego szpitala…. i znowu – nikt nas nawet nie zapytał o imię. 

W końcu dotarliśmy na sale operacyjną. Właśnie przywieźli dawcę – 47-letniego mężczyznę po wylewie. Oprócz nas, anestezjologów i instrumentariuszy, w sali byli chirurdzy z innego szpitala po płuca, oraz dwóch gości z UNOS (United Network for Organ Sharing – organizanicja trzymająca pieczę nad dystrybucją organów). Jako że pacjent już był uśpiony i zaintubowany, zajęło tylko chwilę żeby przygotować pacjenta i samych siebie do zabiegu.

Operacja zaczęła się około 16:00. Chirurdzy od płuc otworzyli klatkę piersiową, a my zajęliśmy się brzuchem. Odkrycie organów zajmuje zazwyczaj około 20-30 minut. Tuż po tym jak rozpoczęliśmy operację, na salę operacyjną wszedł inny chirurg z naszego szpitala, który przyjechał po serce. Właśnie wtedy wątroba była dobrze widoczna i… kolor nie wyglądał zbyt obiecująco. Postanowiliśmy wysłać mały wycinek wątroby do labolatorium na badanie. Wkrótce potem chirudzy płucni zdecydowali że te płuca nie będą odpowiednie dla ich pacjenta… I w tym momencie zaczęło się prawdziwe szaleństwo.

Jeden z pracowinków UNOS zalogował się bazy danych z listą oczekujących na transplant płuc i zaczął dzwonić do kolejnych szpitali z ofertą płuc. Prace w klatce piersiowej tymczasowo ustały, bo trzeba było znaleźć odbiorcę. Laboratorium zadzwoniło z wynikami w ciągu 30 minut – wątroba miała troche mikroskopijnych zmian… wyglądały one na tyle podejrzanie, że zdecydowaliśmy że nie weźmiemy tej wątroby dla naszego pacjenta.

I tu sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej. Drugi gość z UNOS zalogował się do drugiego komputera i zaczął wydzwaniać do szpitali z pacjentami na liście oczekujących na wątrobę.  Istny rozgardiasz… jak na giełdzie papierów wartościowych.

W międzyczasie znaleźli się chętni na płuca!... w Nowym Yorku. I tu się pojawił nowy problem. W naszym szpitalu pacjent oczekujący na transplant serca był już na sali operacyjnej, uśpiony i… w trakcie operacji… tak więc nie było mowy żeby czekać na chirurgów z Nowego Yorku żeby przyjechali i wzięli płuca. Na szczęście chirurdzy płucni obecni na sali operacyjnej zaoferowali, że wyjmą płuca dla nich i przygotują odpowiednio do transportu. W tym momencie pracownik UNOS #1 zaczął szukać lotu czarterowego, który dostarczyłby te płuca na czas do Nowego Yorku… a pracownik #2 cały czas usiłował znaleźć chętnych na wątrobę. Jako że wydobycie wątroby zajmuje ponad godzinę, my kontynuowaliśmy naszą część zabiegu nie zwracając uwagi na całe to zamieszanie. Wiedzieliśmy że do czasu gdy wydobędziemy wątrobę z brzucha, znajdzie się  na nią chętny.

Kiedy znalazł się nowy odbiorca płuc, chirudzy płucni i sercowy zabrali się do roboty. Umieściliśmy specjalne kroplówki w szyi pacjenta oraz w pachwinach. Dopływ krwi do głowy i do nóg zosał odcięty i zaczęliśmy przetaczać płyn konserwujący do potrzebnych organów (serca, płuc, i organów brzusznych). Kiedy przetoczyliśmy ponad 10 litrów, oraz wypełniliśmy klatkę piersiową i brzuch 10 litrami suchego lodu, upuściliśmy cała krew z cyrkulacji  pacjenta.

Następnie chirurg sercowy wyjął serce… zajęło mu to może 5 minut. Włożył serce do przenośniej lodówki/ pudełka, pożegnał się ze wszystkimi i ruszył w drogę, gdyż jego pacjent już był prawie gotowy na to serce.

Podczas gdy my cały czas pracowaliśmy nad wątrobą, chirurdzy płucni zajęli się usuwaniem płuc. Zajęło im to około 30-40 minut. Gdy płuca zostały wyjętę z klatki piersowej, anestezjolog opuścił sale operacyjną bo… już nie było dla niego zajęcia. Wszystko co zostało w pacjencie, to zamrożony brzuch, oraz opakowanie ze skóry i kości.

Właśnie wtedy dowiedzieliśmy się że nie było chętnych na wątrobę. Tak więc nie skończyliśmy usuwnia wątroby, tylko skupiliśmy się na nerkach. Wydobycie nerek zajęło nam około 30 minut.  W tym czasie jeden z pracowników UNOS powiadomił nasz helikoter że będziemy gotowi za niedługo. Nerki po usunięciu z ciała dawcy mogą być podłączone do specjalnej pompy na której mogą przetrwać ~ 24 godziny albo dłużej.  Nerki ostatecznie zostały wysłane do dwóch lokalnych szpitali.

Zanim opuściliśmy sale operacyjną z pustymi rękami, popatrzyłam na tego pacjenta, jego pustą klatkę piersiową i pusty brzuch (z wyjątkiem zamrożonych jelit)… i ogrom sytuacji był oszałamiający. Pomyślałam sobie o nas jak o barbażyńcach którzy przyszli i wzięli wszystko co było do wzięcia.
Wyszliśmy ze szpitala w ciemną noc, całkowicie niezauważeni przez nikogo… a 45 minut później brałam prysznic w moim mieszkaniu, jakby nigdy nic się nie stało.

Niesamowite.

----------------------------------------------------------------------

Jestem na transplantologii. I w zeszły weekend miałam niesamowite przeżycie. Poleciałam helikopterem do szpitala w innym mieście, aby pobrać wątrąbę do przeszczepu dla jednego z naszych pacjentów.

Welcome everybody in 2013! This is going to be quite a lengthy post… to make up for the silence. January has been busy. I only had two days off – the 1st and the 13th. One girl from work is on maternity leave, so there is fewer people to fill in weekend call schedule – hence this crazy workaholism.

I’m on transplant surgery this month. I had an amazing experience a couple of weeks ago. I got to fly on a helicopter to another town to harvest a liver for one of our patients.

What an experience! First of all, I had never been on a helicopter before. It was fun - but definitely not the most amazing thing of the day.

It's just mind boggling how smooth things went.

The flight was scheduled at 3 pm. We went to the security office in my hospital at 2:45 and we said we had a helicopter ordered for 3. They escorted us to the roof where a helicopter was waiting for us on a helipad... they opened the door and let us onboard ("us" meaning a transplant surgery fellow - somebody who finished 5 years of general surgical residency and now trains to be a transplant surgeon). They didn't even check who we were or what we were carrying in our backpacks. The flight was about 30 minutes long. We landed in the city 90 miles away. We walked into the hospital and asked a security officer for the ORs. They showed us the way.  At the OR front desk we annouced we came for the liver... they let us into the lockers so we could change into hospital scrubs (again without asking for names). We went into the operating room. They were just bringing in the donor - 47 year old guy after a stroke.

Except from us there were two lung surgeons from another hospital to harvest the lungs, and two guys from UNOS (United Network for Organ Sharing). The patient was already sedated and intubated, so all that was left to do was to sterilely prep and drape the patient and we had to scrub.

We started the surgery. The lung surgeons opened the chest, and we opened the belly. It usually takes about 20-30 minutes or so to expose the organs. Shortly after we started, a heart surgeon from my hospital arrived, since the heart was going to our hospital as well.

At that point we could already see the liver, and its color was a little bit off; so we took a small tissue biopsy and sent it into the lab for analysis. The lung guys kept doing their job to expose the lungs. At some point they decided that they didn’t want the lungs, because they wouldn't be good match for their patient.

And the craziness began...One of the UNOS guys logged into a computer, pulled out the lung recipients' list and started calling medical centers down the list to ask if they wanted the lungs. Meanwhile we were still working on the liver. Then the lab called with the results of the biopsy... the liver had some microscopic degeneration, and we decided not to take it.

That's where the things got even more complicated... The second UNOS guy started working on another computer and calling medical centers down the liver list to see if they wanted the liver.

Meanwhile the lungs got placed in a hospital in New York... But the problem was that that my hospital already had a recipient for the heart in the operating room, with opened chest and surgeons working on him to take the heart out.... so we really couldn't wait for the guys from New York to arrive to take their lungs. Thankfully the lung surgeons already present in the OR volunteered to harvest the lungs for them.

So the UNOS guy #1 started working on chartering a flight that would deliver these lungs to their destination in a timely manner. The other guys was still making phone calls and trying to place the liver. It takes over an hour to take the liver out, so we decided to proceed with the surgery, and hoped that by the time we tookk the liver out, somebody would like it.

Afer the lungs got placed we decided to proceed with the surgery. At that time we put special IVs into the donor's neck and very low in the belly (below kidneys), and we cut off the circulation to the head and legs, and started infusing organ preservative into the middle body (only to heart, lungs and belly organs). We also dumped about 3 gallons of dry ice into the chest and abdomen, and after IVs were done infusing - probably 3-4 gallons worth of preservatives, we drained all the blood from the organs.

Next... the heart surgeon pulled the heart out - it took him about 5 minutes. He put the heart into a cooler, shook everybody's hands, and left to catch his helicopter back to our hospital, since his patient was almost ready at that point for his new heart.

The lung guys started on the lungs, while we were still working on the liver. It took them about 40 minutes. Once the lungs were out, we told anesthesiology that their job was done, and they could leave the OR.... all that was left was frozen abdomen and the cage of skin and bones. Then we learned that nobody wanted the liver.  So we just abandoned the liver harvest in the middle and moved down to kidneys.

We harvested the kidneys over the next 30 minutes... (at that point we told the UNOS people to notify our helicopter pilot that we'd be ready soon). It took us another half an hour to prepare the kidney for pumping (kidneys can survive on a pump for ~ 24 hours of longer. The kidneys ended up going to two local hospitals.

Before we left empty handed, I looked at the donor and it hit me... empty thorax and empty abdomen… with the exception of cold, frozen bowel.  And I thought for a moment how barbarian of us was to treat somebody like that.

And after that we walked out of the hospital into the darkness - unnoticed by anybody... About 45 minutes later I was in my apartment, as if nothing ever happened...

Weird

środa, 12 grudnia 2012


Jak ktoś decyduje się na medycynę, to wybiera bycie wiecznym studentem. Nie chodzi tylko o postęp nauki i wiążącą się z nim konieczność czytania żeby być na bierząco, ale również o niezliczone i… nigdy niekończące się egzaminy!

W zeszłym tygodniu dostałam wyniki mojego już ostatniego egzaminu lekarskiego – Step 3 USMLE.
Pierwszy zdawałam po drugim roku szkoły medycznej, drugi na czwartym roku ; bez nich nie mogłabym ukończyć szkoły... ani rozpocząć rezydentury. Ostatni etap zdaje się już po ukończeniu szkoły medycznej w czasie stażu, albo zaraz po. To taki odpowiednik polskiego LEPu/ LEKu. Ja się zda ten egzamin i kończy pomyślnie staż, to można legalnie praktykować medycynę.

Jeszcze tylko kupa roboty papierkowej dzieli mnie od posiadania licencji lekarskiej :).

W dawnych czasach można było zaprzestać dalszej edukacji i po prostu być lekarzem ogólnym. Ale w dzisiejszych czasach lekarz bez specjalizacji by się raczej nie sparwdził – nawet w najbardziej nieucywilizowanych regionach Ameryki. No ale nie ma co gdybać, bo ja nie widzę siebie poza chirurgią…

Tak więc LEP z głowy – i dzięki Bogu, bo nie wyobrażam sobie ponownego siedzenia przed komputerem przez dwie ośmiogodzinne sesje. I kolejnego wydatku - i to nie byle jakiego (koszt egzaminu to prawie $800!).

No ale nie koniec z egzaminami. Czas na powtórkę do ABSITE – doroczny egzamin dla rezydentów chirurgii. Egzamin zdaje się co roku pod koniec stycznia, głównie żeby ocenić własny postęp, trochę żeby obiektywnie móc ocenić i porównać programy chirurgiczne, no i w końcu żeby móc jakoś pogrupować kandydatów na drugi stopień specjalizacji. 

Już nawet jak skończę chirurgię to będę musiała borykać się z testami - przynajmiej raz na 10 lat żeby odnowić licencję lekarską. 

Ale i tak kocham to co robię.

_______________________________________________________

When one chooses a career in medicine, they sign up for being a student forever. It's not only because of necessity to read to keep up with ever changing science; they have to accept multiple and endless examinations.

Last week I got back results of my last USMLE exam - Step 3.
I took the 1st one during my first year of medical school, the 2nd one during my fourth year; without these scores I wound't be able to graduate or match into my residency for that matter. The last Step is taken after medical school graduation during the intern year, or shortly after. Once Step 3 is passed, once can legally practice medicine on their own.

I'm only steps away (and tons of paperwork) from getting my personal doctor license :). 

In the old days one could stop their career advancement at this stage and become a general practitioner. But in today "DNAge" a physician without a specialty training would not be competitive - even in some remote, secluded and underserved area of Wyoming :) But I guess it doesn't really matter, since I can't see myself doing anything else but surgery.

So my STEPs are done - and thank God! I can't imagine myself again spending almost $800 for this exam and sitting two long days in front of a computer in a testing center.  

But it's not the end of exams. It's time to start reviewing for the ABSITE - yearly exam for surgical residents that is administered late in January. The main purpose of the exam is "self assessment" and to have an objective measure of each program in comparison to other residencies cross the country; but it can also help (or not) to match into surgical subspeciality training.

Even when I'm finally done with my residency, I'll have to take tests every now and then... at least once every 10 years to maintain my board certification. 

Despite all that, I still love my job!

wtorek, 27 listopada 2012


Dawno nie było o medycnie… pomysłów mam dużo, ale czasu nigdy nie wystarcza.
  
Drugi rok rezydentury, przynajmniej w przypadku chirurii jest zdecydowanie bardziej forsujący i wymagający niż staż (w dyscyplinach niechirurgicznych po stażu już zazwyczaj jest z górki). Godziny pracy są dłuższe niż na pierwszym roku; teraz według przepisów możemy brać dyżury 24 godzinne (na pierwszym roku maksymalna zmiana nie mogła przekraczać 16!), no i mamy coraz więcej odpowiedzialności… nie tylko za własnych pacjentów, ale czasem trzeba pomóc podejmować decyzje nowym pierwszo-roczniakom.

Jeśli chodzi o wiedzę medyczną, głownym celem pierwszego roku było opanowanie “normalnej fizjologii” pacjentów, którzy mają rutynowe zabiegi i nauczyć się z łatwością rozpoznawać i rozwiązywać najczęstsze pooperacyjne komplikacje, oraz wiedzieć jak  nie dopuścić żeby błahy problem zamienił się w medyczną katastrofę.  Założenie jest że po pierwszym roku każdy zna patofizjologię przepuchliny, zapalenia wyrostka robaczkowego, woreczka żółciowego, i wie jak postępować w przypadku prostych problemów jak kontrola poooperacyjnego bólu, czy niewydolnośći układu moczowego oraz potrafi rozpoznać kiedy wszystko się wali i pali i czas najwyższy powiadomić lekarza prowadzącego i wezwać pomoc!

I tutaj ja wkraczam do akcji. Bo drugi rok skupia się na pacjentach w stanie krytycznym, chirurgii urazowej (traumatycznej) oraz tajnikach intenswynej terapii. Według mojego grafiku 14 tygdonii w tym roku spędzę na odziale intensywnej opieki chirurgicznej, 7 tygodni na urazówce (w dodatku do 2-3 dyżurów weekendowych w miesiącu an urazówce). Jakby nie patrzeć, połowę mojego drugiego roku spędzę z pacjentami którzy są ledwo żywi i będę musiała trzymać ich przy życiu na przekór wszystkiemu.

Właśnie rozpoczęłam szósty tydzień dyżurów nocnych na intensywnej opiece chirurgicznej (dzięki Bogu nie szósty tydzień z rzędu J). Pierwsze 3-4 noce były przerażające.  No bo jak tu się nie bać  kiedy jestem sama na oddziale z około 20-30 pacjentami… niektórzy tak chorzy że aż trudno uwierzyć i ogarnąć. Jest jeden lekarz prowadzący w szpitalu, ale często na sali operacyjnej z jakimś nagłym przypadkiem. 

Pierwszy raz gdy miałam pacjęta z nagłym ustaniem krążenia… wzięłam głęboki oddech i kierowałam resuscytacją… nawet nie musiałam korzystać z pomocy mojej ściągi kieszonkowej z dawkami leków. Ale jak już przywróciliśmy temu pacjentowi spotnaniczne krążenie i ogrom sytuacji do mnie dotarł, to nogi się pode mną ugięły i oblałam się zimnym potem. Zadziwiające że sama nie potrzebowałam resucitacji oddechowej.

Kolejne przpadki nie były już aż tak drastyczne… ale nogi z waty i tak miewam od czasu do czasu – szczególnie przy samodzielnych wkłuciach centralnych. Już sama nie wiem ile ich zrobiłam – na pewno ponad 20, może nawet ponad 30… ale i tak przerażają mnie niesamowicie.

Tymczasem cieszę się że weekend dziękczynny się skończył i może kilka spokojnych nocy nastanie… bo w samo święto dziękczynienia mieliśmy sześciu pacjentów z ranami postrzałowymi (chociaż byłam święcie przekonana że wypadki drogowe byłyby większym problemem).


___________________________________________________

It’s been a while since I last wrote about medical stuff. I have ideas, just not enough time to share them here.

The 2nd year of residency, at least in surgery, is much harder and demanding than intern year (in non-surgical specialties after the inter year it’s definitely “down the hill”). I work longer hours; according to the rules now I’m allowed to work 24-hour shifts (while as an intern I was not supposed to work longer than 16 hours), and now I have more responsibilities… no only for my own patients, but also every now and then I have to step up and help new interns in managing their tasks.

When it comes to medical knowledge, the main purpose of the first year was to learn “normal physiology” and know how to take care of patients undergoing routine surgeries. An intern has to be able to recognize and deal with common post-operative complications and prevent them from turning into medical disasters. It’s assumed that having finished their internship, residents know patho-physiology of appendicitis, gall bladder infection and are well versed in management of postoperative pain, decreased urine output and are able to recognize that things are going south and when it’s time to escalate, notify the attending and ask for help.

And this is where I, in my new role, come into the picture. The second year of residency concentrates on critically ill patients, trauma surgery and secrets of intensive medical/ surgical care. According to my schedule this year I’m going to spend 14 weeks in STICU (surgery/trauma intensive care unit), 7 weeks on trauma surgery (in addition to 2-3 weekend calls per month on trauma). The count is easy… almost half of my second year I’m going to spend taking care of extremely sick people who try to die on my every minute.

I’ve just started my 6th week of night shifts in STICU (thank God it’s not 6th week in a row J). First 3-4 nights were scary like hell. But I would have to be crazy not to be afraid to take care of 20-30 patients who are so sick that it’s hard to wrap my mind around. I have one attending in-house every night, but often times they are busy in the operating room.  

First time when I had a patient with cardiac arrest… I took a deep breath and led the team in resuscitating efforts… and to my surprise I didn’t even have to use my pocket cheat sheet with medication doses. But when we brought the guy back to life and I realized what had just happened, my knees buckled and cold sweat poured down my back. I was surprised I didn’t need CPR myself.

The cases that followed were not nearly as dramatic, but I still have shaky legs every now and then; especially when it comes to doing central lines all by myself. I don’t even know how many I’ve done so far… at least 20, or even 30, but I’m just scared out of my mind every time I have to do one.

Meanwhile, I’m glad that Thanksgiving weekend is over and hopefully few quiet nights will follow. On Thanksgiving night itself we had 6 patients with a variety of gun shot wounds (although I expected that car accidents would be a bigger issue at that particular time). 

środa, 15 sierpnia 2012


Wow! Aż mi się nie chce wierzyć że ponad dwa miesiące minęły od mojego ostatniego postu tutaj. No ale nic się nie dzieje! Nadrobimy.

Już nie jestem stażystą; z czego niezmiernie się cieszę

Ostatnie tygodnie pierwszego roku minęły mi dosyć intensywnie… miesiąc nocek a potem onkologia chirurgiczna (jak narazie moja ulubiona dziedzinia).

Chirurgia jest bardzo “hierarchiczną” dziedziną medycyny! Może w Polsce spoglądałabym na to pewnie inaczej… bo w sumie do wszystkich wykładowców/ profesorów zwraca się w “trzeciej osobie”. Tutaj jednak nie jest to obowiązkowe – ale w chiurgii większość osób ma jednak bardzo tradycyjne zasady, i większość chirurgów oczekuje że będzie się im “panować” albo “paniować”. 

W każdym razie cała ta dygresja miała być tylko wprowadzeniem do zmian które zaszły 1 lipca. Jeszcze w czerwcu jak byłam stażystą, to nic tak naprawde nie mogłam sama zrobić bez aprobaty kogoś wyżej ustawionego w “łańcuchu ekologicznym”.  Nawet jesli mój oddział został poproszony o konsultację w jakiejś sprawie, to po zbadaniu pacjenta, jako przedawicielowi najniższego szczebla, często nie przystało mi rozmawiać bezpośrednio z lekarzem prowadzącym… Musiałam korzystać z pośrednictwa starszego rezydenta. A pierwszego lipca wszystko sie zmieniło – mogę podjąć decyzje których jestem pewna samodzielnie, pielęgniarki nie kwestionują moich zaleceń. Normalnie jakby wszystko się zmieniło w ciągu jednej nocy! Zadziwiające!!!

-------------------------------------------------------------

Wow! It’s hard to believe that it’s been over 2 months since my last post here! But no worries! We’ll catch up.

I’m not an intern any more, and I am so glad!!!

Last several weeks of my first year of residency were quite intense; first a month of night float and then surgical oncology rotation (so far my favorite!).

Surgery is a very hierarchical field of medicine. Since I come from Poland, were it’s common practice to address teachers, professors and doctors formally, it shouldn’t surprise me so much. While in most medical fields one may get away with not addressing their superiors “Sir” and “Madame”, in surgery it’s rather expected.

Anyway, this whole digression about hierarchy was only an intro to all the changes that came July 1st.  In June, as an intern, I was not allowed to make any decisions without an approval from somebody higher in the chain of command. Even if my service was consulted for an expert medical opinion, after seeing a patient often I “wasn’t worthy” to talk to the attending (“the boss”)… I had to use an upper level resident as a messenger.
And everything has changed on July 1st – now I can make my own choices, and my own medical decisions, if I’m sure of them. I still have to run it by the boss (at some point); And the nurses are not questioning my every order.
It’s as if everything has changed overnight! Peculiar!!!

poniedziałek, 17 października 2011

Moja “podyplomówka” za amputacji prawie dobiega końca. I bardzo się z tego cieszę. Jeszcze zostało mi tylko 6 dni na chirurgii naczyniowej… i wcale mi nie jest przykro z tego powodu. Pracy jest co nie miara, pacjenci są bardzo chorzy… do tego stopnia że takiego typowego “naczyniowca” nie da się wyleczyć choćby nie wiem jak się próbowało. Prawie każdy ma cukrzyczę, niewydolność serca, nadciśnienie no i… oczywście jakiś problem naczyniowy. Miesiąć na naczyniówce z perspektywy stażysty nie wygląda zbyt kolorowo. Pacjentów jest dużo, roboty papierkowej co nie miara, cały czas coś komuś dolega więc co chwile dostaję mój pager się odzywa. A jak już uda mi się iść na salę operacyjną to na… amputację! Już mam ich za sobą ponad 10!!! – paluchy, stopy, poniżej kolana, powyżej kolana… do końca tego tygodnia zostanę amputacyjnym specjalstą! Nie lubię tych zabiegów jak nie wiem – ale to są właśnie zabiegi na poziomie stażysty i… wszystkiego trzeba się nauczyć. W każdym razie bez względu na ilość zrobionych amputacji, zawsze gdy podnoszę piłę elektryczną (albo ręczną – już sama nie wiem które doświadcznie jest bardziej traumatyczne) i zabieram się za piłowanie nogi, ogarnia mnie niesmak i… czuję się bardzo nieswojo! Nie znajduję nic satysfacjonującego w pozbawianiu kogoś kończyn. Owszem, są ciekawe i bardziej wyrafinowane zabiegi na chirurgii naczyniowej jak przepływy omijające, naprawa tętniaka na aorcie czy usuwanie płytki miażdżycowej z tętnicy szyjnej… ale niesety nie dla psa kiełbasa! Tego typu zabiegi są poza ekspertyzą stażysty! No ale przynajmniej jest nadzieja że jak wrócę na chirurgię naczyniową za rok czy dwa, z większym doświadczeniem i możliwością robienia bardziej “technicznych” procedur, to ta dziedzina chirurgii wkupi się spowrotem w moje łaski…

-----------------------------------------------------------------------

My amputation fellowship is coming to the end… and I’m quite happy about that. I only have 6 days left on vascular surgery and I’m not going to get overly sad about it. I’m swamped with work, my patients are extremely sick… so sick that an average “vasculopath” can’t be cured, no matter how hard I try. Almost every single one of them has diabetes, heart failure, hypertension and… some vascular problem, of course.
A month on vascular service is not too glorious from an intern’s perspective. I have tons of patients, piles of paper work; folks are always in need and my pager never stops beeping. And if I’m lucky enough to finish my scut work in time, I get to go to OR to do … some sort of amputation. I have more than 10 on my record!!! – toes, whole feet, below-the-knee, above-the-knee. Before this week is over, I’m going to be an amputation specialist. I don’t like these procedures – but these are “intern-level” operations and I have to learn how to do it. Regardless of having done few of these amputations, every single time when I lift an electric saw (or a hand saw – I don’t even know which of these experiences was more traumatic), and I’m about to chop somebody’s leg off, I feel awful and uncomfortable. I’m not finding anything gratifying in depriving somebody of their extremities. There are some very technical and much refined procedures in vascular surgery; for example arterial bypasses, aneurysms repairs or removing atherosclerotic deposits from carotid arteries in the neck… but they’re not my share! These procedures are too advanced for my level, and they usually go to upper-level residents.
But there is a chance that when I come back to vascular surgery service next year, with more experience and better surgical skills, I might get to do some of these “cooler” procedures and I will actually enjoy it.

środa, 28 września 2011

No i mam już za sobą trzy miesiące rezydentury. Przez ostatni miesiąc pracowałam na intensywnej terapii traumatyczno-chirurgicznej. Ogólnie moje odczucia były podobne jak rok temu w czasie mojego fakultetu na OIOMie. Bardzo mi odpowiada taki szaleńczy tryb życia, gdzie wszystko może zmienić się z minuty na minutę, gdzie decyzje trzeba podjąć w ułamku sekundy, bo przecież każda chwila się liczy kiedy komuś zatrzyma się serce, albo dołączenie od wentylatora się nie powiedzie.
Jednak tegoroczne doświadczenie róźniło się zdecyowanie od tego studenckiego, jeśli chodzi o umiejętności praktyczne. Jako student musiałam zrozumieć fizjologię i process patalogiczy odpowiedzialny za dany problem medyczny. Teraz jako lekarz, oprócz przepisania odpowiednich lekarstw, często musiałam rozmawiać z bliskimi moich pacjentów, że niestety pomimo naszych usilnych starań mama, babcia, siostra czy córka mogą nie wyjść z choroby czy urazu. No i przede wszystkim jak któryś z moich pacjentów wymagał jakiś inwazyjnych interwencji, to musiałam stanąć na wysokości zadania i zrobić co trzeba. Tak więc mam już na swoim kącie całkiem pokaźną liczbę procedur takich jak wkłuć tętnicznych, wziernikowanie oskrzeli, wprowadzanie drenu w celu odbarczenia odmy płucnej. Najbardziej stresującą interwencją jest jednak dla mnie wkłucie centralne… do żyły szyjnej lub podobojczykowej. Niby że robi się przy użyciu monitora ultradzwiękowego/ sonogramu, ale i tak jest to niezwykle ryzykowne. Gdy po raz pierwszy robiłam wkłucie do żyły szyjnej, to tak się pociłam z obawy przed spowodowaniem odmy płucnej, że jak w końcu pozbyłam się sterylnego fartucha to wyglądałam jakbym zlała się z wrażenia… teraz nadal się pocę, ale już mniej intensywnie! ☺
---------------------------------------------------------------
I can’t believe three months of my residency have passed. Last month I worked at the surgical trauma ICU (STICU). My experience was very similar to that from my senior ICU elective last year. I love this life on the edge, where things can go south in the matter of minutes, and where decisions have to be made in seconds… because every moment counts when somebody’s heart has stopped or weaning of ventilator had failed.

However this year’s experience was quite different from the one I had a student when it comes to practical skills. As a student I had to understand physiology and pathological processes that made my patients sick. Now, as a doctor, not only had I put orders for appropriate medicines and correct doses, but often times I had to notify families that despite our efforts we might not be able to save their mother, grandma, sister or daughter.

And finally if one of my patients required aggressive treatment measures involving procedures, I had to face the challenge and do what needed to be done. And so, having spent my month in the ICU, I know how to start arterial lines, how to do bronchoscopy or put in a chest tube to treat pneumothorax. The most innerving procedure of all, however, is putting in central lines (internal jugular or subclavian vein lines). Most of these lines are done with direct visualization with an ultrasound machine… but they are still nerve wrecking. When I was putting in my first IJ, I sweat so much out of fear of giving my patient a pnumo (pneumothorax), that after I removed my sterile gown, I looked as if I had peed my pants. Now I still sweat… b

poniedziałek, 5 września 2011

Dosyć często zarówno znajomi, jak i przypadkowi rozmówcy pytają mnie ile operacji już zrobiłam… no bo skoro robię rezydenturę z chirurgii to przystałoby abym operowała jak najwięcej. Otóż nic bardziej błędnego!

Owszem – będę „operowała jak najwięcej“ w późniejszych latach mojej rezydentury, tymczasem jednak moim głównym zadaniem jest zdobywanie wiedzy medycznej „poza salą operacyjną“. Tak więc większość mojej pracy odbywa się „na oddziale“ bądź w przychodni/ pogotowiu. Muszę wiedzieć jak zdiagnozować różnego rodzaju skorzenia, jakich objawów nie przegapić, jakie badania czy testy zamówić żeby potwierdzić bądź wykluczyć moje podejrzenia. Wbrew przekoniom oszałamiającej większości, wiele problemów chirurgicznych leczy się konserwatywnie, bez zabiegu, antybiotykami, obserwacją i cierpliwością. Więszość pacjentów po zabiegach również wymaga dosyć bacznej uwagi: albo mają niekotrolowany ból, czasem zdarza się krwawienie, czy arytmia serca… ze wszystkim tym muszę sobie poradzić. A jak na odziale jest spokój i dzieją się jakieś mało skomplikowane zabiegi, to i ja – pierwszoroczniak, mam okazję poćwiczyć swoje zdolonści manualne. Już mam za sobą kilka zabiegów – przepuklina pachwinowa, brzuszna, kilka podskórnych torbieli.

Mnóstwo czasu spędzam przed komputerem, jako że karty pacjentów są całkowicie skomputeryzowane, na zamawianiu leków (których większość część stanowią środki przeciwbólowe) i sprawdzaniu wyników testów laboratoryjnych lub badań radiologicznych. Sporo czasu zabiera dzwonienie do innych specjalistów po konsultacje, lub laboratoriów, fizjoterapeutów, dietetyków itd. Czasem to nie lada zadanie aby w ogóle wykombinować jak zamówić dany test/ lekarstwo/ czy kto będzie najlepszą osobą aby pomóc mi czy moim pacjentom.

Najbardziej niespodziewanym zadaniem z jakim się zetknęłam w czasie moich dwóch miesięcy „doktorowania“ były rozmowy z sędzią! W czasie mojego miesiąca nocek, miałam jednego pacjenta, który co jakiś czas miewał zaburzenia świadomości. W czasie tych epizodów odłączał sobie wszystkie kroplówki i odmawiał interwencji medycznych. Teoretycznie nie możemy nikomu narzucić na siłe leczenia. Ale w przypadkach takich jak ten, kiedy pacjent nie jest w pełni zdolny do podejmowania własnych decyzji medycznych (samo to zagadnienie jest bardzo skomplikowanie, ale w skrócie aby móc podejmować takie decyzje, pacjent musi być w stanie zrozumieć i zwerbalizować proces chorobowy, dostepne interwencje medyczne, benefity i ryzyko z nimi związane, alternatywy, oraz przewidywany kurs w razie odmowy leczenia), decyzja od dalszym leczeniu, bądź jego braku może być podjęta przez kogoś bliskego (i tutaj w kolejność: małżonek, dorosłe dzieci, rodzice, rodzeństwo itd). W przypadku mojego pacjenta nikt z rodziny nie był dostępny, tak więc jedyną moją opcją było wystąpienie o nakaz sądowy na tymczasowe przymuszowe leczenie. I tak oto trzy razy w ciągu jednego miesiąca musiałam w środku nocy dzwonić do dyżurnego sędziego z petycją o „zniewolenie“ mojego pacjenta i przymusowe leczenie. Raz skończyło się nawet na wzywaniu ochrony i przywiązaniu pacjenta do łożka. Roboty papierkowej z tym co nie miara, ale przynajmiej mój pacjent otrzymał niezbędne leczenie.

Domeną naszego centrum medycznego jest „Każdego dnia nowe odkrycie“ (Every Day New Discovery), i w moim przypadku sprawdza się to 100% - nawet jeśli dotyczy to zgłębiania tajników legalnej medycyny ☺.

---------------------------------------------------

Quite often I get asked asked by both – my friends and random people, how many surgeries I’ve done so far. It seems quite obvious that since I’m doing surgical residency, I should be operating as much as possible. That’s quite not true! I will be operating as much as possible during later years of my residency training, but for the time being my main responsibility is to learn medicine and patient care outside of the operating room. And so, majority of my work is happening on the wards, in clinic or in the emergency department. I have to know how to diagnose a variety of problems, what signs and symptoms I cannot overlook, and what tests to order so that I can confirm or exclude some conditions on my differential list. Contrary to what most people think, many of surgical problems are treated conservatively without surgical intervention, with antibiotics, patientce and watchful waiting. Many of my post-operative patients require close medical attention; they might have uncontrolled pain, hidden bleeding, arrhythmias… I have to know how to take care of all these things. When folks on the wards are quiet, and there are some „simple“ cases going on in the OR, even me – an intern, get „my 5 minutes“ to show off/ practice my manual skills. And so, I’ve already done inguinal hernia, umbilical hernia and several different subcutaneous lesions.

I spend good portion of my time in front of the computer (since medical records are fully electronic in our hospital), ordering medications (huge protion of which are pain killers) and following up on variety of labs and radiologic tests. Consulting doctors in other specialties or talking to lab personell, physical therapy, nutritionist etc, takes tons of time as well. It’s not an easy task to figure out how to order a given medication, or what is the best test to order for my patient.

The weirdest, or most unexpected, thing I got to do during my two months of doctoring was talking to a judge! During my month of night float I had a patient, who every now and then would become delirious. At those moments of confusion, he would pull out all his IVs and refuse any medical interventions. Theoretically we can’t force treatment onto anybody. But in cases like that, when a patients is not fully capable of making his own medical decisions (the issue might be quite complicaced; shortly, in order to be able to participate in informed consent, a patient has to be able to understand and verbalize a disease process, available interventions, their risks and benefits, alternatives and the outcome if no treatment is given) the medical decisions can be made by the next of kin (in the following order: spouse, adult children, parents, siblings etc). In my patient’s case, no family members could be reached, so my only option was to petition for a medical TDO (Temporary Detention Order). And so three times in one month, I was forced to call a judge in the middle of the night and explain why I thought it was necessary to force medical interventions on this dude. Once I even had to call security and have the guy restrained. But ultimately it worked out, because my patient received proper treatment and got better.

Our medical center prides itself with the following slogan „Every Day A New Discovery“. In my case it’s 100% true, even if it means getting familiar with secrets of legal medicine :).

poniedziałek, 18 lipca 2011

No więc wygląda na to że czas światłości mojego bloga przeszedł do lamusa. Naprawdę nie miałam czasu zajrzeć tutaj przez ostanie dwa tygodnie. Wydaje mi się że moje życie w tym momencie ogranicza się do pracy i spania… bo na nic innego już nie wystarcza czasu.

Najpierw o pracy! Zaczęłam od miesiąca nocek. To dobrze i źle. Dobrze bo dużo się uczę i naprawdę szybko zrobiłam się całkiem niezależna. Źle bo nie mam własnych pacjentów i… trochę ta moja praca polega na sprzątaniu cudzych śmieci. Pracuję od niedzieli do piątku – sobota jest moją wolną nocą! Zazwyczaj od 18:00 do 6:00. W niedzielę zaczynam wcześniej – o 15:30, a w czwartek kończę później – o 10:30 – bo mam wykłady od 7:00 do 10:30.

Pod swoją opieką mam zazwyczaj pomiędzy 40 i 60 pacjentów. Pokrywam kardiochirurgię, toracochirurgię, onkologię chirurgiczną, chirurgię żylną, ogólną i dziecięcą. Gdy przychodzę tuż przed 18:00, „dzienni lekarze“ zdają mi raport na temat swoich pacjentów – na kogo trzeba uważać, kto miał jakie zabiegi, jakie testy/ badania zostały zamówione i czego muszę dopilnować. Na temat więszkości pacjentów nigdy nic nie słyszę, bo sobie spokojnie i bez żadnych komplikacji śpią. Są jednak tacy, którzy „mieszkają“ w szpitalu i dzwonią na ich temat co noc – to głównie dotyczy pacjentów ze sztucznymi sercami (tudzież z innymi potrzymującymi życie urządzeniami podłączonymi) na kardiochirurgii, albo tych z chronicznym bólem. Nie rzadko zdarza się że dzienny lekarz czegoś mi nie powie, bo nie przypuszcza co może się wydarzyć, albo zapomni, i ja potem w środku nocy muszę wertować przez tysiące notatek żeby jak najlepiej pomóc pacjentowi w potrzebie. Generalnie mój pager odzywa się około 30-50 razy w ciągu nocy. Połowę z nich mogę łatwo załatwić przez komputer – zamówić dodatkowe lekarstwo przeciwbólowe albo przeciw-wymiotne. Ale w przypadku pozostałych muszę iść i zobaczyć pacjenta – ktoś ma problem z oddychaniem, komuś spadło ciśnienie, ktoś krwawi z rany pooperacyjnej, ktoś ma za niski cukier, ktoś inny ma halucynacje, itp, itd.

Jest w szpitalu rezydent piątego roku – czyli już na wylocie. Powinnam z nim konsultować poważniejsze przypadki, szczególnie jeśli jest to pierwszy raz kiedy stykam się z danym problemem. Ale tak jak napisałam – szybko nauczyłam się niezależności, bo to naprawdę krępujące prosić o pomoc w kółko o to samo ☺.

Najtrudniej jest mi się przyzwyczaić do tego że ludzie nazywają mnie „doktorem“. Z pacjentami nie jest najgorzej – przedstawiam się jako doktor i oni zwracjają się do mnie w taki sam sposób. Ale czuję się naprawdę dziwnie kiedy doświadczona pielegniarka, która wie 100x więcej niż ja na temat leków przeciwbólowych lub zmieniania opatrunku uciskowego po amputacji nogi zwraca się do mnie „przepraszam doktorze“, „dziękuję doktorze“. No ale miejmy nadzieję że to przyjdzie z czasem.

-------------------------------------

It looks like the finest period of my blog is over. I seriously had no time to log into here for the last two weeks. It looks like all I do these days is working and sleeping... not enough time left for anything else.

As promised, I'll write few words about my job. So I've started with a month of night float, which is good and bad. Good, because I'm learning a ton and I'm becoming independent quite fast. Bad, because I don't have my own patients and I don't feel like I own them... my job is mostly about cleaning somebody else's mess (or putting down fires). I work Sunday through Friday, with Saturday being my night off. Usually I start at 6 pm and finish at 6 am. On Sundays I start earlier - at 3:30 pm and on Thursdays I finish later - at 10:30 am, because we have our weekly lecture series from 7 to 10:30 am.

On average I have anywhere between 40 and 60 patients under my care. I cover for cardiothoracic surgey, surgical oncology, vascular, general and pediatric surgery. When I get to the hospital right before 6 pm, the day doctors give me a report on their patients: who I should pay particularly close attention to, what sort of procedures they had done, what kinds of tests are still pending, and what I should follow up on. About most of the patients I never hear anything - they are stable and quietly sleep through the night. But there are those who essentially live in the hospital and I'm getting calls about them every night - this is particularly true about cardiothoracic patients with artificial hearts (and others life sustaining machines connected to them), and those with chronic pain problem. It's not uncommon that day doctors forget to mention something to me, or simply they don't anticipate problems with their patients, and then I have to dig through patients' charts in the middle of the night to find resolution to a problem.

Normally my pager goes off between 30 and 50 times a night. Half of them I can easily answer in front of my computer - order additional pain or anti-nausea medications. The rest of them I have to answer in person - somebody is short of breath, too high or too low blood pressure, somebody is bleeding from their surgery site, somebody else has too low blood sugar, or is confused etc.
I also have a 5th year surgery resident in the hospital - almost a surgeon now. I should consult him on more complicated cases, and all the problems that I've never handled before. But as I mentioned before - I quickly became quite independent, because it's really embarrassing to ask him same thing over and over again :).

The hardest thing for me is to get used to being called "doctor". It's not too bad with the patients. I introduce myself as a doctor and they address me in the same way. It's quite a different story with nurses. It's so awkward when an experienced nurse, who knows 100x more than me about pain management and wound care of amputation site addresses me "excuse me, doc" or "thank you doctor". I hope I'll get used to this at some point.

wtorek, 5 lipca 2011

Dzisiaj będzie o rezydenturze i… nowych godzinach pracy.
Kiedyś zastanawiałam się skąd w ogóle wzięła się ta nazwa „rezydent“. Według jednego z moich profesorów, który robił specjalizację w czasch kiedy mnie nie było jeszcze na świecie, określenie to „mówi samo za siebie“. Kiedy on był rezydentem, nie było ograniczeń czasowych co do godzin pracy, więc jako że owi nieszczęśnicy często spędzali całe dnie w szpitalu, czasem nie mając okazji iść do domu kilka nocy pod rząd, zaczęto nazywać ich „rezydentami szpitala“. Nie wiem czy tak było naprawdę, ale nie da się zaprzeczyć że w porównaniu z tamtymi czasami dzisiejsi rezydenci nie przepracowywują się za bardzo.

Według obecnie obowiązujących zasad limit pracy wynosi 80 godzin na tydzień średnio na przestrzeni 4 tygdodni. Oznacza to że można pracować 85 godzin w jednym tygdoniu i 75 w następnym. Po raz pierwszy ograniczenia godzinowe zostały wprowadzone w stanie New York po tym jak w latach osiemdziesiątych nastolatka Libby Zion zmarła w szpitalu na skutek błędu popełnionego przez przepracowanego rezydenta. Jej ojciec prawnik poświęcił wiele lat na walkę z system i w końcu w 1989 szpitale w Nowym Jorku wprowadziły zasadę „80 godzin“ a od 2003 roku wszystkie szpitale kliniczne również stosują się do tego prawa.

Kiedy jako student trzeciego roku medycyny po raz pierwszy zaczęłam „pracować“ w szpitalu, obowiązywały stare zasady. Oprócz pilnowania się „80 godzin na tydzień“, nie można było być w szpitalu dłużej niż 30 godzin pod rząd – czyli jeśli po normalnym dniu pracy zostawało się na nocny dyżur, trzeba było opuścić szpital następnego dnia przed upływem 30 godzin. Od tego roku, a dokładnie od 1 lipca według najnowszych zasad, stażyści - czyli rezydenci pierwszego roku (włącznie ze mną) nie mogą pracować dłużej niż 16 godzin pod rząd. Zasada 80 godzin nadal obowiązuje, zarówno jak i zasada, że jeden dzień na siedem powinien być wolny od klinicznych obowiązków.

Ja moją rezydenturę rozpoczęłam od miesiąca na dyżurach nocych. Po trzech nockach już mam na swoim koncie 44 godziny! No ale o tym na czym polega moja praca w tym miesiącu i pierwszych wrażeniach z nią związanych napiszę w osobnym poście ☺.

----------------------

Today's entry is going to be about residency and... and new duty hours.
I used to wonder where the name "resident" is coming from. According to one of my professors, who did his residency back in a day before I was even born, the name is "speaking for itself". When he was a resident, there were no limits to the working hours, and it was often the case that folks worked all days in the hospital, often no having an opportunity to go home few nights in a row, and so they were called "hospital residents". I'm not sure if this is a true story, but it can't be denied that comparing to those days, residents today are not too overworked.

According to current rules a resident can't work more than 80 hours per week averaged across 4 weeks. That means that it's OK to work 85 hours one week, and 75 in another. These limits were introduced for the first time in the state of New York, after in the eighties a teenage girl Libby Zion (you can read about it on Wikipedia! How would I survive without it?!) died as a result of an error committed by a tired, overworked resident. Her father, a lawyer, spent years fighting the system and finally in 1989 hospitals in New York introduced the "80 hour rule". In 2003 they were joined by all resident teaching institutions in the country.

As a third year medical student when I first started working on the wards, I had to obey the old rules. Except from respecting the "80 hours rule", one could not stay in the hospital more than 30 hours in a row; that meant that if somebody was staying on-call overnight after a regular work they, they had to leave a hospital the next day before 30 hours went by. Starting this year, precisely on July 1st, according to the newest rules, interns (1st year residents) can't work shifts longer than 16 hours. The 80 hour law still applies, as well as the rule saying that one in every 7 days should be free of clinical duties.

I started my residency with one month of "night float" rotation. After three nights I've already clocked in 44 hours! But what my job is about, and my first impressions of it is going to be a topic for another entry :).

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Wygląda na to że właśnie skończł się mój ostatni beztroski weekend; przynajmniej ostatni na bliżej nieokreślony czas. Bo za pięć dni oficjalnie rozpocznę moje internship (najbardziej znaczeniowo zbliżone do „stażu“, choć z moich rozmów z tymi którzy odbywali i staż i internship, rzeczy te mają niewiele ze sobą wspólnego). W zeszłym tygodniu miałam trzydniową orientację szpitalną. Pierwszy dzień był głownie formalny – odebrałam swój szpitalny indentyfikator, przymierzyłam kilka fartuchów i wybrałam odpowiedni rozmiar, w kadrach zapisałam się na ubiezpieczenie medyczne i inne świadczenia socjalne. Po raz pierwszy odkąd przyjechałam do Stanów nie będę zależna pod tym względem do małżonka. Mało tego – oboje będziemy korzystali z moich świadczeń ☺.
Pozostałe dwa dni były zdecydowanie bardziej interesujące i… chociaż nie takie było ich zamierzenie, przerażające. W małych grupach dyskutowaliśmy na temat bezpieczeństwa w szpitalu, efektywnej pracy w grupie, legalnych aspektach bycia lekarzem. W labolatorium symulacji mogliśmy wystawić na próbę swoje zdolności komunikacyjne i umiejętność radzenia sobie z „trudnymi pacjentami“ i „jeszcze trudniejszymi współpracowinikami“. I dopiero wtedy z przerażeniem uświadomiłam sobie, że za niecały tydzień będę musiała komuś wypisać receptę… a prawda jest taka, że pomimo wiedzy książkowej jaką mam w głowie, jak przyjdzie co do czego, to pewnie nie będę pewna czy na gorączkę to przepisuje się pyralginę czy penicylinę.
Moja przeprowadzka jest prawie skończona. Powoli i stopniowo cały zeszły tydzień, każdego dnia przed pracą zawoziłam kika kartonów małych drobiazgów do mieszkania – środki czyszczące, naczynia, sztućce itp. W sobotę wynajęliśmy większy samochód i przewieźliśmy łóżko. Mike poskładał meble z Ikei (większość z nich wyprodukowanych w Polsce), a ja zaczęłam organizować rupiecie na swoich miejscach i pomyłam podłogi.
W tym tygdoniu zawiozę ubrania (również powoli i na raty) i będziemy mogli zacząć pomieszkiwać w nowym miejscu… bo cały czas jeszcze nie wiemy jak to wszystko wyjdzie w praniu – moja i Mika praca, i mieszkanie w dwóch miejscach równocześnie ;).

---------------------------------

It looks like my last carefree weekend has just ended; at least the last one for a while. In five days I’ll officially begin my internship, which according to many who have been through it is like nothing they had experienced prior to it, and like no other year in their lives.
Last week I had a three-days-long hospital orientation. The first day was full of boring formalities – I had to collect my hospital ID, I was fitted for a white coat, and I subscribed for health insurance and other benefits. For the first time since my arrival to the US, I won’t be my husband’s dependant… actually, both of us are going to use benefits through my work ☺.
The other two days were much more exciting and… although it was not the intention – more frightening. In a small group setting, we were discussing hospital and patient safety, effective teamwork in a medical environment, legal aspects of doctoring, etc. In a simulation lab we could test our communication skills and abilities to deal with “difficult patients” and “even more difficult co-workers“. And that’s when I realized that not even in a week, I’ll have to write a prescription for someone… and the truth is that despite of all the knowledge stuffed in my brain, when the time comes, I won’t be sure if it’s Tylenol or penicillin that you give for fever.
My move is almost accomplished. Every day last week, slowly and gradually I was taking few boxes of small stuff to my new place (cleaning supplies, dishes, silverware etc). Last Saturday we rented a moving van and took a bed from the guest bedroom to my apartment. When Mike was putting together Ikea furniture (most of them made in Poland, by the way), I started organizing things in the cabinets and I cleaned the floors. This week I will gradually move my clothes, and we’ll be able to start living in the new place… although neither of us knows how this whole „living in both places“ is going to play out.

poniedziałek, 21 marca 2011

Dzisiaj pierwszy dzień wiosny a za oknem leje jak z cebra. Rano obudziło mnie „trzęsienie sypialni“, co po ostantich zajściach w Japoni, napędziło mi trochę stracha. Szybko się jednak okazało się że to mojemu strachliwemu psu nie podobały się grzmoty i błyski za oknem. A swoją drogą, to rzadko się zdarza obudzić przy dźwięku burzy z piorunami!

W tym roku 17 marca mieliśmy podwójną okazję do świętowania – nie tylko Dzień Świętego Patryka, ale również ten wyczekany Match Day (w końcu!).

Ah – co to był za dzień. Emocji nie z tej ziemi! Tuż przed południem większość studentów z roku, oraz sporo kadry zgromadziło się w wynajętym lokalu. Atmosfera taka ciężka że szok – od tej niepewności. Równo w południe jeden z dziekanów zaczął losowo wyczytywać imiona poszczególnych osób i wręczać im koperty z „wyrokiem“ na kolejne kilka lat. Po wyczytaniu około 10 czy 15 imion na sali zrobiła się taka wrzawa, że ja już nic nie słyszałam oprócz podekscytowanych wrzasków, pełnych ulgi westchnień, oklasków. Gdyby nie Mike, to pewnie bym nawet nie wiedziała że mnie wyczytali. Serce mi biło 100 mil na godzinę gdy otwierałam kopertę. A później radość i… ulga nisamowita.



Nie będę musiała przeprowadzać się za daleko – dostałam się na chirurgię do mojego szpitala uniwersyteckiego. Ale jakby nie patrzeć przeprowadzki nie da się uniknąć. 4 lata studiów jakoś dojeżdżałam, ale teraz godziny pracy będą (delikatnie mówiąc) "mało atrakcyjne", więc trzeba się dostosować. Przynajmniej narazie Mike zostanie w domu… na pół etatu, bo jednak ma stamtąd bliżej do pracy. Ale że jego godziny nie są normowane ( a przynajmniej nie za bardzo restrykcyjnie) to będzie mógł mieszkać „i tu i tam“. Ja w miarę możliwości również. Z czasem pewnie sprzedamy dom i przeprowadzimy się do Richmond na dobre, ale narazie wszystko powoli, na spokojnie.
Powoli dociera do mnie że od 16 czerwca zacznę pracę w szpitalu jako lekarz… i tym samym zacznie się moja przygoda z chirurgią.

____________________________________________________________________________________________

I was going to start blogging in English a while ago… but there never was a good enough occasion. Now the moment arrived. And it is not the 1st day of spring.

It just happened that the results of the Match Day have started settling in.
This day March 17th was quite unique – not only did we celebrate St. Patrick’s Day, but finally the long awaited Match Day.

Just before noon my entire class, with family and friends, and good number of school faculty and staff gathered at Richmond Women’s Club to celebrate one of the most important days in our lives. The atmosphere in the room was so heavy from anticipation that one could cut the air with a knife. Exactly at 12 o’clock the dean of student affairs started calling out in a random order people’s names and handing out envelopes containing their „fate“. After 10 or 15 names the room exploded with sounds of happiness, excitement, sighs of relief, ovations. If it hadn’t been for my husband Mike, I wouldn’t have heard my name at all. My heart was racing 100 miles per hours as I was opening my envelope. Shortly immense happiness and huge relief followed. It looks like I won’t be moving far. I matched in general surgery residency at my university hospital. But moving cannot be avoided. After 4 years of daily commute back and forth between Richmond and Fredericksburg, the time has come for me to finally move closer to the hospital. The residency is going to be extremely time consuming and I just have to accept that. For the time being Mike is going to stay at the house and split the time between the two places. Thank God his hours are flexible, and he can afford this „part time“ living arrangement. Ultimately with time we might sell the house and buy a new one in Richmond and move for good, but… let’s take one step at the time.

Slowly the reality is sinking in… on June 16th I’m going to start working as a physician… on June 16th I’m going to embark on my life-long adventure with surgery.

poniedziałek, 14 marca 2011

Niby że się nie stresowałam za bardzo... ale dzisiaj rano trochę jednak miałam niepewności, czekająć do południa na e-mail z wiadomością czy dostałam się do jakiegoś szpitala na chirurgię.
O 11:45 postanowiłam wziąć prysznic... żeby czas szybciej zleciał. Mike twierdzi że biorę najdłuższe prysznice na świecie. Może trochę prawdy w tym jest, bo jakoś nigdy nie mogę się wyrobić, i im bardziej się spieszę, tym dłużej tam siedzę. Wyszłam spod prysznica, a tu jak na złość 11:58!!! Ale okazało się że miałam już e-maila w skrzynce - o 11:57.
Dostałam się! Teraz tylko muszę się uzbroić w cierpliwość do czwartku, żeby zobaczyć gdzie...

środa, 23 lutego 2011

Dzisiaj o 21:00 jest ostateczny termin żeby ustalić listę programów, w których chcemy odbywać rezydenturę. Już od ponad dwóch tygodni nie myślałam za wiele na ten temat, bo gdy tylko wróciłam z mojej ostatniej rozmowy kwalifikacyjnej, sporządziłam moją listę i ostatecznie ja podpisałam. Od wczoraj jednak, wszyscy ludzie z mojego roku rozmawiaja tylko na temat „Match“. Każdy panikuje, zmienia swoja listę na ostatni moment, sprawdza po pięć razy na godzinę czy aby na pewno lista jest podpisana/ zweryfikowana. Nawet jakbym chciała o tym nie myśleć to się nie da – chyba że bym włożyła sobie zatyczki do uszu żeby nie słyszeć tego spanikowanego tłumu. Tak więc udzeliła mi się cała ta stresująca atmosfera i chcąc czy nie chcąc cały czas przyłapuję się na rozważaniu różnych opcji i myśleniu gdzie spędzę następne 5-7 lat!!!

I tak sobie myśłę, że z jednej strony ten cały „residency matching system“ nie jest taki zły, bo potencjalnie każdy student ma szansę na robienie wybranej przez siebie specjalizacji, bez znajomości i wtyków… ale z drugiej strony to trochę przedziwne i absurdalne, że dzisiaj wieczorem przyszłość tysiąca młodych ludzi zostanie spisana na „łaskę“ jakiegoś programu komputerowego; i że wszyscy ci ludzie przez kolejne trzy tygodnie będą żyli w stresie i niepewności, miejąc na dzieję że 17 marca okaże się ich szczęśliwym dniem.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Końcówkę listopada i większość grudnia spędziłam pracująć w STICU (Surgical/ Trauma Intensive Care Unit), czyli na chirurgicznym oddziale intensywnej opieki. Nie jest to zbyt populnarny fakultet wsród czwartoroczniaków, którzy zmęczeni miesiącami zakuwania i nieprzespanych nocy raczej wolą mniej czasochłonne zajęcia. Ja koniecznie chciałam popracować na tym oddziale, bo jakby nie patrzeć ICU będzie stanowiło dosyć pokaźną porcję mojego chirugicznego szkolenia, i chciałam chociaż trochę przygotować się na to co czeka mnie w przyszłości. No i nie mogłam skończyć szkończyć szkoły medycznej i nie mieć zielonego pojęcia o wentylatorach i innych skomplikowanych metodach używanych do potrzymywania życia.
W takim ICU rzeczy dzieją się niesłychanie szybko i każdy pacjent ma wysarczająco schorzeń aby obdzielić nimi całą masę mniej schorowanych pacjentów. Opieka nad takimi ludźmi wymaga szybkiego powiązania faktów, rozumienia interakcji lekowych i wszelkich procesów fizjologicznych. W czasie trzeciego roku, podczas praktyk na różnych odziałach szpitala, raczej nie ma się do czynienia z pacjentami z oddziału intensywnej opieki, bo uważa się że są oni za skomplikowani dla trzecioroczniaków. To trochę tak jakby student trzeciego roku opiekował się pacjentami, którzy stanowią perfekcyjny obrazek jakiegoś schorzenia prosto z podręcznika patologii czy fizjologii. Natomiast taki pacjent w ICU to tak jakby powtórka/ egzamin z całego roku – bo nic się nie trzyma kupy, i z minuty na minutę pojawiają się nowe problemy i nigdy nie wiadomo czym nas zaskoczy.
Przez cztery tygodnie miałam do czynienia z wieloma pacjentami którzy trafili do nas w krytycznym stanie i wbrew wszystkim oczekiwaniom wrócili do zdrowia. Najbardziej niewiarygodny przypadek to zmarźluch, który trafił do nas z hypotermią 28 stopni; nad ranem został znaleziony przez kogoś nieprzytomny na poboczu drogi, po tym jak doznał urazu głowy w stłuczce samochodowej. Nikt nie dawał mu zbyt wiele szans na przeżycie, a on nas zaskoczył i po dwóch dniach opuścił szpital bez uszczerbku na zdrowiu!
Ale każdy medal ma dwie strony, i niestety w tym samym czasie straciłam więcej pacjentów niż w czasie całej mojej studenckiej kariery.
Tak więc w czasie tego miesiąca nie tylko nauczyłam się rozumieć zasady działania wentylatora i myśleć po medycznemu, ale przede wszystkim doceniłam bezsilność milionodolarowych maszyn i lekarstw wobec choroby i naczyłam się pokory wobec życia i śmierci.

niedziela, 28 listopada 2010

Muszę przyznać że jak narazie lubię to moje podróżowanie na rozmowy kwalifikacyjne. Cały ten proces nazywa się tutaj „Interview Trail“ i jest on doświadczeniem samym w sobie. Tak jak napisałam w poprzednim poście, nie tylko ja się chcę pokazać w jak najlepszym świetle, ale szpitale starają się zaimponować żebym to ich wybrała, a nie kogoś innego. Porównując cały ten proces do moich kilku rozmów sprzed czterech lat, kiedy to próbowałam się dostać na medycynę, to ten jest zdecydowanie mniej stresujący.

Do tej pory miałam już 5 rozmów; trzy w Philadelphii i okolicach, jedną w Saint Louis i jedną w blisko nas, w szpitalu gdzie niedawno miałam okazję odbywać miesięczne praktyki. W Philadelphii najbardziej odpowiadała mi różnorodność restauracji i polska dzielnica z polskimi sklepami. Miasto jest super, ale do odwiedzenia; tak więc już wiem że nie będzie na szczycie mojego rankingu. St. Louis zrobiło na mnie super wrażenie, ale o tym będzie osobny post.

Wiele osób, które spotkałam w czasie mojego „wywiadowczego szlaku“ składa podania do tych samych instytucji co ja, tak więc będę miała okazję spotkać się z nimi po kilka razy w różnych miejscach. Wszystkie te wyprawy więc są nie tylko okazją do wyrobienia sobie opinii o różnych programach oficjalnymi drogami, ale także poprzez rozmowy z moimi konkurentami, którzy znają niektóre programy z „pierwszej ręki“. Zazwyczaj moje wizytacje trwają dwa dni. Wieczorem na „dzień przed“ większość programów zaprasza mnie na obiad/ kolację, gdzie w mniej formalnej atmosferze mam okazję poznać obecnych rezydentów i czasem lekarzy profesorów, i dopiero następnego dnia odbywają się oficjalne rozmowy kwalifikacyjne.

Większość rozmów odbywa się bezstresowo – po prostu rozmowa o wszystkim. Moje referencje i CV dla większości wystarczy jako świadectwo że nadaję się na lekarza/ chirurga, tak więc rozmowa zazwyczaj obraca się wokół mojego codziennego życia, doświadczeń, osobowści. No i tutaj muszę przyznać że mam trochę łatwiej niż niektórzy z moich znajomych z którymi rozmawiałam na temat ich doświadczeń. Zawsze wychodzi w tych rozmowach fakt że pochodzę z Polski, że przyjechałam tutaj jako dorosła osoba i… zazwyczaj udaję mi się stamtąd poprowadzić rozmowę na „moje tory“ gdzie czuję się komfortowo i… mogę pokazać to co odróżnia mnie od 99% kandydatów.

Jedyne co nie do końca mi odpowiada w tym całym procesie to ilość podróżowania. Narazie nie jest źle, bo prawie wszędzie mogłam jechać samochodem. Dopiero w styczniu zacznie się latanie po całej Ameryce. Ale takie życie w biegu, na walizkach, spanie w hotelach, i stersowanie czy nie będzie korków, albo opóźnien samolotów jest samo w sobie stresujące.

niedziela, 21 listopada 2010

The Match

Wygląda na to że nadszedł czas na „technicznego“ posta na temat MATCH. W zeszłym tygodniu rozpoczęłam okres rozmów kwalifikacyjnych na rezydenturę z chirurgii ogólnej, no i raczej nie obejdzie się bez wyjaśnienia na czym to wszystko polega.

Dokładnie za 6 miesięcy skończę szkołę i…pomimo dwóch, ciężko zapracowanych literek za nazwiskiem (M.D.), nie będę mogła praktykować medycyny, aż odbędę specjalizację, tutaj zwaną „residency“. Rezydentura jest jedyną drogą w Stanach do zdobycia kwalifikacji do samodzielnego wykonywania zawodu lekarskiego. W zależności od specjalizacji taka rezydentura trwa od 3 (medycyna rodzinna, choroby wewnętrzne), do 5 – lub więcj lat (chirurgia ogólna, radiologia). Po odbyciu rezydentury pierwszego stopnia można kontynuować bardziej zaawansowane szkolenie – np. na kardiologa, pulmonologa, chirurga dziecięcego, chirurga onkologa itp.

Rezydentury odbywają się w szpitalach ze specjalną akredytacją od ministerstwa zdrowia i są finansowane przez państwo. Prawda jest taka że w większości specjalizacji kandydatów na daną rezydenturę jest więcej niż dostępnych miejsc (zwłasza że w ostatnich latach coraz więcej zagranicznych lekarzy przyjeżdza kształcic się w Stanach i zwiększają konkurencję). I tak właśnie kilkadziesiąt lat temu został ustanowiony National Residency Matching Program, potocznie zwany „the Match“. System ten w miarę obiektywny i uczciwy sposób „kojarzy“ młodych (lub bardziej trafnie „nowych“) lekarzy z instytucją w której będą oni odbywać rezydenturę.
Na początku każdego września przyszli lekarze rejestrują się w systemie komputerowym i za jego pomocą wysyłają podania do szpitali oferujących szkolenie w zakresie ich wybranej specjalizacji. Szpitale akredytowane przez państwo nie przyjmują żadnych podań poza wyżej wspomnianym systemem aplikacyjnym. Rozmowy kwalifikacyjne odbywają się pomiędzy listopadem a marcem. Są one nie tylko okazją dla szpitali na wybranie najlepszych kandydatów, ale także dla przyszłych lekarzy na wybranie najlepszej instytucji na przyszłe szkolenie. Obie strony mają czas do końca lutego na dostarczenie swoich „Rank Order Lists“ – rankingu programów/ rankingu kandydatów od najbardziej do najmniej porządanych. Od wielu lat magiczny „Match“ odbywa się w trzeci czwartek marca, kiedy to algorytm komputerowy kojarzy ranking kandydatów z rankingiem szpitali w których odbywali oni rozmowy kwalifikacyjne. Od lat prawie 70% kandydatów zostaje skojarzona z jedną z trzech najwyżej ocenionych w rankingu instytucji. Wynik „match“ jest legalnym zobowiązaniem, i młody lekarz zaczynając 1 lipca, musi odbywać szkolenie w szpitalu do którego loteria go dopasowała. Co roku w zależności od konkurencyjności danej specjalizacji, część kandydatów nie zostaje dopasowana do żadnej z instytucji na ich rankingu i w takiej sytuacji muszą albo odbywać tzw. „scramble“ – i na "łapu-capu" szukać pozycji, które nie wypełniły się w „Match“ (w przypadku chirurgii takich otwartych pozycji jest bardzo niewiele), albo wybrać inna specjalizację (ja nie wiem co bym wybrała, bo mało rzeczy poza chirurgią mnie pociąga), albo „przezimować“ cały rok i starać się o pozycję w kolejnym „Match’u“.

Ja wysłałam podania do ponad 30 szpitali, z nadzieją na rozmowy kwalifikacjne w przynajmniej połowie z nich. Chirurgia jest średnio konkurencyjną specjalizacją, i według analiz statystycznych jeśli potencjalny kandydat umieści pomiędzy 10-12 instytucji w swoim rankingu, szanse pomyślnego skojarzenia sięgają ponad 95%.

Widzę że ten post się zrobił strasznie długaśny… tak więc ciąg dalszy nastąpi, a jeśli ktoś ma pytania na temat „Match’u“ to dajcie znać. ☺