Na urodziny w tym roku dostałam nook’a – czytnik eboków wylansowany przez sieć księgarni Barnes and Noble. Trochę miałam wątpliwości co do tego wynalazku. Głównie dlatego że dla mnie doświadczenie literackie polega nie tylko na czytaniu książki, ale także odwracaniu stron, zagianania rogów, czasem nawet zanatowaniu czegoś na marginesie. Większość moich książek wygląda na „przeczytane“ jak już się z nimi uporam. Poza tym lubię mieć dużo książek na półce. Domowa biblioteka, bez względu na ilość książek, dużo mówi o właścicielu.Kiedy odwiedzam kogoś w ich domu, zwłaszcza pierwszy raz, jeśli to tylko możliwe, przeprowadzam szybką „inwentaryzację“ ich książkowej kolekcji. Książki, gdy wszystko inne zawiedzie, nie tylko dostarczą tematu do rozmowy, ale również powiedzą mi o ich właścicielu więcej niż nawet „dobrze klejąca się“ rozmowa.
Moje własne czytanie w ostatnich latach nie wyglądało najlepiej… przynajmniej jeśli chodzi o literaturę „rozrykwową“. W związku z nawałem pracy, szkolnego czytania i braku czasu trzeba było zrezygnować z częstych wizyt do księgarni i czytania 2-3 książek w miesiącu. Notatki, skrypty, streszczenia i podręczniki skutecznie wyparły czysto przyjemnościowe pozycje z mojego czytelniczego harmonogramu. Dzięki Bogu za ‚audiobooks‘, to przynajmniej w samachodzie w drodze do/ ze szkoły udało mi się „poczytać“ trochę literatury popularnej.
W zeszłym tygodniu zaczęłam bardzo „mało czasochłonny“ fakultet – w związku z czym w końcu miałam okazję poczytać mojego nook'a. I muszę przyznać że nawet mi on odpowiada. Czyta się zupełnie tak jak zwykłą książkę ‚paperback‘, jest bardzo poręczny, zajmuje mało miejsca i... zawiera książek bez liku. Zdarzyło mi się w piątek że skończyłam czytać jedną książkę i… od razu mogłam zacząć kolejną. Już mam ich ponad 10 na moim nook’u czekających na swoją kolej. Jedyna wada tego urządzenia to że zbyt łatwo jest kupić nowe książki. W kilka (jeśli jest się w pobliżu Wi-Fi) lub kilkadziesiąt sekund (jeśli trzeba korzystać z połączenia 3G) można wyszukać noweg tytuły i kupić wciskając jeden guzik. A z prawdziwymi książkami rzadko zdarzało mi się kupować więcej niż 2 na raz.
"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)
niedziela, 31 października 2010
poniedziałek, 20 września 2010
Podczas mojego miesiąca na onkologii urosłam nie tylko jako przyszły lekarz i człowiek, ale także jako… przyjaciel. Pewnego popołudnia tuż na początku moich praktyk odebrałam telefon od S. – mojej najbliżej koleżanki ze szkoły, z prośbą o polecenie jej dobrego chirurga onkologa. Nie mogłam otrząsnąć się szoku, kiedy S. poinformowała mnie że mały guzek na piersi, którego wyczuła przez przypadek tydzień wcześniej, okazał się złośliwym nowotworem. Nie tylko pomogłam jej podjąć decyzję o wyborze lekarza, ale towarzyszyłam jej w w niezlicznych wizytach w ciągu kolejnych dni. Spędziłam godziny na przeglądaniu artykułów i badań na tym właśnie nowotworem. Kiedy nadszedł czas na wczepienie jej portu do chemioterapii, nie tylko byłam obecna przy zabiegu jako asystent, ale również jako wsparcie dla S. i jej rodziców przed i po zabiegu. Była złość, rozczarowanie, brak akceptacji. Sporo czasu zajęło mi znalezienie równowagi pomiędzy lekarskim profesjonalizmem a czysto przyjacielskimi emocjami. Pomimo ogromnego żalu i… smutku, czuję się ogormnie uprzywilejowana i wdzięczna, że S. zaufała mi bezgranicznie, i że mogłam doświadczyć jej choroby nie tylko jako lekarz, ale również towarzyszyć jej jako przyjaciel z dnia na dzień w tej drodze przeciwko rakowi.
W zeszłym tygodniu S. straciła wszystkie włosy, i jej blond, skręcona jak sprężynki czupryna została zastąpiona peruka z ciemnymi prostymi włosami. I muszę przyznać że podoba mi się ta „nowa S“… i już nie mogę się doczekać kiedy w końcu dotrą do mnie zamówione przez internet jedwabne chusty, które kupiłam dla S. na dni kiedy nie koniecznie będzie chciała nosić tę ciepłą jak futrzana czapka perukę.
W zeszłym tygodniu S. straciła wszystkie włosy, i jej blond, skręcona jak sprężynki czupryna została zastąpiona peruka z ciemnymi prostymi włosami. I muszę przyznać że podoba mi się ta „nowa S“… i już nie mogę się doczekać kiedy w końcu dotrą do mnie zamówione przez internet jedwabne chusty, które kupiłam dla S. na dni kiedy nie koniecznie będzie chciała nosić tę ciepłą jak futrzana czapka perukę.
wtorek, 31 sierpnia 2010
Dzisiaj ostatni dzień sierpnia a ja… jeszcze taka biała na koniec lata to jeszcze nie byłam. No ale jak to się opalić, skoro jeszcze nie miałam na sobie bikini w tym sezonie, a słońca zazwycza uświadczam wieczem, kiedy ma się ku zachodowi? Tydzień wakacji z prawdziwego zdarzenia będę miała dopiero w drugiej połowie września. Pewnie już będzie za późno na plażowanie, ale odpoczynek się przyda bez wątpienia.
Od ponad miesiąca już jestem na czwartym roku! Zaczęłam od fakultetu z chirurgii oknologicznej. Fizycznie miesiąc był wyczerpujący: dni zaczynały się o 3:45 (żeby do szpitala dotrzeć po 5:00), a kończyły się często po 19:00. Niewiele czasu zostało na życie, ale za to ile niesamowitych doświadczeń. Potrzebowałam tego miesiąca żeby utwierdzić się w decyzji że chirurgia to jednak to co chcę robić w przyszłości i żeby nawiązać trochę nowych, wpływowych kontaktów, które mam nadzieję zaowocują dobrymi referancjami i pomogą w znalezieniu dobrej pracy. W Polsce liczą się plecy i znajomości, a w Ameryce „networking“… które, mam nadzieję nie jest tylko politycznie poprawnym opisem krętactwa.
Cieszę się, że w końcu podjęłam decyzję o mojej przyszłości. Nigdy nie myślałam że będę chirurgiem… tzn nie do czasu kiedy ostatniej zimy, podczas moich praktyk na chirurgii po raz pierwszy zobaczyłam przeszczepioną nerkę, zamarźnięy organ, powracający do życia w nowym ciele; gdy trzymałam bijące serce na moich dłoniach; do czasu gdy w zeszłym miesiącu po raz pierwszy wręczono mi skalpel i pozwolono zacząć operację… wciąż pamiętam to nowe, nieznajome, ale i ekscytujące uczucie ludzkiej skóry, która pomimo swojej niezwkłej wytrzymałości, nagle wydaje się taka słaba pod ostrzem noża. Zadziwiające jak szybko czas umyka. Cztery lata temu zaczynałam moją podróż ku medycynie i wysyłalam podania do szkół medycznych, a jutro zaczynam moją drogę ku chirurgii – kiedy jednym przyciskiem klawiatury wyślę moje podanie do kilkudziesięciu programów oferujących rezydenturę z chirurgii i… z niecierpliwością będę oczekiwała odzewu.
Od ponad miesiąca już jestem na czwartym roku! Zaczęłam od fakultetu z chirurgii oknologicznej. Fizycznie miesiąc był wyczerpujący: dni zaczynały się o 3:45 (żeby do szpitala dotrzeć po 5:00), a kończyły się często po 19:00. Niewiele czasu zostało na życie, ale za to ile niesamowitych doświadczeń. Potrzebowałam tego miesiąca żeby utwierdzić się w decyzji że chirurgia to jednak to co chcę robić w przyszłości i żeby nawiązać trochę nowych, wpływowych kontaktów, które mam nadzieję zaowocują dobrymi referancjami i pomogą w znalezieniu dobrej pracy. W Polsce liczą się plecy i znajomości, a w Ameryce „networking“… które, mam nadzieję nie jest tylko politycznie poprawnym opisem krętactwa.
Cieszę się, że w końcu podjęłam decyzję o mojej przyszłości. Nigdy nie myślałam że będę chirurgiem… tzn nie do czasu kiedy ostatniej zimy, podczas moich praktyk na chirurgii po raz pierwszy zobaczyłam przeszczepioną nerkę, zamarźnięy organ, powracający do życia w nowym ciele; gdy trzymałam bijące serce na moich dłoniach; do czasu gdy w zeszłym miesiącu po raz pierwszy wręczono mi skalpel i pozwolono zacząć operację… wciąż pamiętam to nowe, nieznajome, ale i ekscytujące uczucie ludzkiej skóry, która pomimo swojej niezwkłej wytrzymałości, nagle wydaje się taka słaba pod ostrzem noża. Zadziwiające jak szybko czas umyka. Cztery lata temu zaczynałam moją podróż ku medycynie i wysyłalam podania do szkół medycznych, a jutro zaczynam moją drogę ku chirurgii – kiedy jednym przyciskiem klawiatury wyślę moje podanie do kilkudziesięciu programów oferujących rezydenturę z chirurgii i… z niecierpliwością będę oczekiwała odzewu.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
W tym miesiącu mieliśmy „piątek trzynastego“. Cała przesądna kultura otaczająca ten „pechowy piątek“ sprawiła że przeprowadziliśmy z Mikiem analizę porównawczą przesądów w naszych krajach. Okazuje się że pomimo ogromnych odległości i różnic kulturowych ludzie i w Polsce i w Ameryce wierzą w podobne zabobony… z kilkoma tylko wyjątkami. „Trzynasty w piątek“ raczej stersuje wszystkich bez wyjątków. Amerykanie „pukają w drewno“, Polacy „w niemalowane“. I ja i Mike od małego słyszeliśmy żeby nie przechodzić pod drabiną i unikać czarnych kotów przekraczających naszą drogę. Mike nie był do końca pewny czy dziewczynka siedząca na rogu stołu zostanie starą panną i czy kominiarz oznacza nieszczęście, jeśli nie chwycimy za guzik, choć wydawało mu się że dawno, dawno temu słyszał podobne historie od dziadków.
Ale o moim ulubionym przesądzie z dzieciństwa nie słyszał nigdy. I kiedy ja teraz o tym myślę, to wydaje mi się to tak absurdalne, że już sama nie wiem czy „łyżka w buzi“ to polski przesąd, czy fanaberia mojej mamy. Jak byłam małą dziewczynką i do przedszkola czy do szkoły chodziło się w „grubych rajstopach ze wzorkiem“ (o jak ja ich nie lubiłam), często przed wyjściem okazywało się że mam na kolanie czy na pięcie dziurę, która trzeba było zawszyć zanim rajstopy były do wyrzucenia. Jako że zazwyczaj nie było pod ręką nowej pary na wymianę, albo były w nieodpowiednim kolorze, mama błyskawicznie cerowała rajstopy na mnie. W takich chwilach sadzała mnie na taborecie w kuchni (gdzie było najlepsze światło) i zanim zabrała się za szycie, wkładała mi do buzi łyżkę, która niby miała mnie chronić przed zaszyciem rozumu i utratą pamięci!!!
Ale o moim ulubionym przesądzie z dzieciństwa nie słyszał nigdy. I kiedy ja teraz o tym myślę, to wydaje mi się to tak absurdalne, że już sama nie wiem czy „łyżka w buzi“ to polski przesąd, czy fanaberia mojej mamy. Jak byłam małą dziewczynką i do przedszkola czy do szkoły chodziło się w „grubych rajstopach ze wzorkiem“ (o jak ja ich nie lubiłam), często przed wyjściem okazywało się że mam na kolanie czy na pięcie dziurę, która trzeba było zawszyć zanim rajstopy były do wyrzucenia. Jako że zazwyczaj nie było pod ręką nowej pary na wymianę, albo były w nieodpowiednim kolorze, mama błyskawicznie cerowała rajstopy na mnie. W takich chwilach sadzała mnie na taborecie w kuchni (gdzie było najlepsze światło) i zanim zabrała się za szycie, wkładała mi do buzi łyżkę, która niby miała mnie chronić przed zaszyciem rozumu i utratą pamięci!!!
niedziela, 1 sierpnia 2010
Przez większość życia mieszkałam w bloku. Jak byłam dzieckiem to nie mogłam zrozumieć fantazjowania moich rodziców na temat domku z marzeń. Dla mnie mieszkanie wydawało się idealnym rozwiązaniem – nigdy nie brakowało mi towarzystwa do zabawy; jak to się mówi dzieci w sąsiedztwie było do wyboru, do koloru.
Jednak jako to bywa na stare lata ☺, i mi i Mikowi zamarzył się dom, i w końcu trzy lata temu życie tak się ułożyło że mogliśmy wprowadzić się do naszego pierwszego domku, albo raczej domiska… bo wg mnie jest zdecydowanie za duży na nasze potrzeby. Choć jak będziemy mieli dzieci, to dodatkowa przestrzeń przyda się. Głównymi powodami dla zakupu tego właśnie domu było to że nam się podobał, i że był w wyjątkowo dobrym stanie, i można było się do niego wprowadzić bez żadnego naprawiania, malowania itd.
Po trzech latach zdałam sobie jednak sprawe, że jak mieszka się we własnym domu, to zawsze znajdzie się coś do zrobienia, i że jest to studnia bez dna jeśli chodzi o inwestycje finansowe. Od kiedy tu mieszkamy już zalało nam basement, i trzeba było zmieniać podłogę, wymieniliśmy podłogi na drewniane na głównym poziomie, przy okazji zrobiliśmy generalne malowanie, trzeba było zainstalować nowy mechanism do otwierania drzwi garażowych, bo stary się zepsuł, i samochody utknęły wewnątrz; wymieniliśmy system klimatyzacyjno-grzejący na bardziej ekonomiczny, zraperowaliśmy zepsutą zmywarkę, co sezon trzeba płacić za czyszczenie rynien na dachu… i tak dalej, i tak dalej. Jak jedną rzecz się zrobi, to coś nowego pojawia się na horyzoncie. I choć naprawdę lubię nasz dom i związałam się z nim niesamowicie w tym krótkim czasie to… czasem tęskni mi się za mieszkaniem i za tym jakie było mało wymagające.
W każdym razie własnie zakończył się nasz najnowszy projekt domowy, który trwał całe 10 tygodni. W zeszłym roku po bardzo mokrej wiośnie, mieliśmy niesamowity problem z irygacją na podwórku za domem; cała powierzchnia została podtopiona, teren został całkowicie przekształcony przez miesiącami stojącą wodę, i nasza działka, która niegdyś wyglądem przypominała leśną polanę, zamieniła się w bagnisty teren.
Tak nasze podwórko wyglądało kiedy wprowadziliśmy się tutaj 3 lata temu.

A tak wyglądało w połowie maja tego roku, w czasie wyworzenia błota i gliny, i instalacji rur odpływowych.


W pierwszej połowie lipcja pojawiło się światełko na końcu tunelu, kiedy podwórko nadbrało kształtu i zostały przywiezione nowe roślinki.

A tak wygląda skończony projekt 30 lipca – gdzie pod ‚wysuszonym korytem potoku‘ kryją się odprowadzające wodę rury…

i gdzie w pogodny wieczór można będzie odpocząć na kamiennym tarasie przy trzaskającym ognisku…

Teraz tylko trzeba będzie popracować nad psami żeby nie podsikiwały każdego krzaczka i nie próbowały ich podkopywać
Jednak jako to bywa na stare lata ☺, i mi i Mikowi zamarzył się dom, i w końcu trzy lata temu życie tak się ułożyło że mogliśmy wprowadzić się do naszego pierwszego domku, albo raczej domiska… bo wg mnie jest zdecydowanie za duży na nasze potrzeby. Choć jak będziemy mieli dzieci, to dodatkowa przestrzeń przyda się. Głównymi powodami dla zakupu tego właśnie domu było to że nam się podobał, i że był w wyjątkowo dobrym stanie, i można było się do niego wprowadzić bez żadnego naprawiania, malowania itd.
Po trzech latach zdałam sobie jednak sprawe, że jak mieszka się we własnym domu, to zawsze znajdzie się coś do zrobienia, i że jest to studnia bez dna jeśli chodzi o inwestycje finansowe. Od kiedy tu mieszkamy już zalało nam basement, i trzeba było zmieniać podłogę, wymieniliśmy podłogi na drewniane na głównym poziomie, przy okazji zrobiliśmy generalne malowanie, trzeba było zainstalować nowy mechanism do otwierania drzwi garażowych, bo stary się zepsuł, i samochody utknęły wewnątrz; wymieniliśmy system klimatyzacyjno-grzejący na bardziej ekonomiczny, zraperowaliśmy zepsutą zmywarkę, co sezon trzeba płacić za czyszczenie rynien na dachu… i tak dalej, i tak dalej. Jak jedną rzecz się zrobi, to coś nowego pojawia się na horyzoncie. I choć naprawdę lubię nasz dom i związałam się z nim niesamowicie w tym krótkim czasie to… czasem tęskni mi się za mieszkaniem i za tym jakie było mało wymagające.
W każdym razie własnie zakończył się nasz najnowszy projekt domowy, który trwał całe 10 tygodni. W zeszłym roku po bardzo mokrej wiośnie, mieliśmy niesamowity problem z irygacją na podwórku za domem; cała powierzchnia została podtopiona, teren został całkowicie przekształcony przez miesiącami stojącą wodę, i nasza działka, która niegdyś wyglądem przypominała leśną polanę, zamieniła się w bagnisty teren.
Tak nasze podwórko wyglądało kiedy wprowadziliśmy się tutaj 3 lata temu.
A tak wyglądało w połowie maja tego roku, w czasie wyworzenia błota i gliny, i instalacji rur odpływowych.
W pierwszej połowie lipcja pojawiło się światełko na końcu tunelu, kiedy podwórko nadbrało kształtu i zostały przywiezione nowe roślinki.
A tak wygląda skończony projekt 30 lipca – gdzie pod ‚wysuszonym korytem potoku‘ kryją się odprowadzające wodę rury…
i gdzie w pogodny wieczór można będzie odpocząć na kamiennym tarasie przy trzaskającym ognisku…
Teraz tylko trzeba będzie popracować nad psami żeby nie podsikiwały każdego krzaczka i nie próbowały ich podkopywać
niedziela, 18 lipca 2010
W przyszłym tygodniu minie rok od kiedy Nero u nas zamieszkał… a wydaje się jakby był u nas od zawsze. Nero i Shiva przypadli sobie do gustu od samego początku, i pomimo iż Nero nie jest najpotulnieszym psem jeśli chodzi o stosunki z innymi czworonogami, to w domu zdecydowanie pozwala Shivie przejąć pierwszeństwo – w końcu ona była pierwsza!
Przedwczoraj rano Mike dopatrzył się na szyi Nero małego guzka, który okazał się największym kleszczem jakiego kiedykolwiek widzeliśmy – to byłby już drugi w tym sezonie! Nie wiem jak to możliwe że jeden z naszych psów jeszcze nigdy nie był chory, a drugi działa jak rzep na wszystkie choróbstwa i robaki. W każdym razie Nero ma szmer w sercu, jak tylko zamieszkał z nami miał tasiemca i świeżba; jesienią dorobił się wrzoda wielkości piłeczki pingpongowej w jamie ustnej, a wczoraj podczas wizyty u weterynarza okazało się że nie tylko w miejscu gdzie nieszczęsny kleszcz się przyssał zaczyna robić mu się wrzód, ale ma również infekcję grzybiczną w lewym uchu.
- adopcja Nero: $50
- pierwsza wizyta u weterynarza i szczepienia: $300
- zimowy pobyt w psim hotelu: $250
- wizyta w pogotowiu weterynaryjnym z infekcją jamy ustnej: $300
- popołudniowe wizyty ‚walking service‘ kilka razy w miesiącu: $16 każdorazowo
- indywidualne szkolenie i ucywiliozowywanie Nero: $400
- wczorajsza wizyta szczepionkowa i antybiotyki na wrzoda i babeszjozę: $350
- ciepły język na policzku, mokry wypadek na drwnianej podłodze, najgłośniejszy na świece ogon merdający o ścianę i ciasto rabarbarowe „całkiem przez przypadek“ na kuchennej podłodze: BEZCENNE!!!

wychudzony Nero tuż po przybyciu do naszego domu rok temu

Nero smacznie spiący przy drzwiach

jakby troszkę jeszcze się przybliżyli to wyglądali by jak Yin and Yang

całkowicie beztroski Nero biega po podwórku za domem
Przedwczoraj rano Mike dopatrzył się na szyi Nero małego guzka, który okazał się największym kleszczem jakiego kiedykolwiek widzeliśmy – to byłby już drugi w tym sezonie! Nie wiem jak to możliwe że jeden z naszych psów jeszcze nigdy nie był chory, a drugi działa jak rzep na wszystkie choróbstwa i robaki. W każdym razie Nero ma szmer w sercu, jak tylko zamieszkał z nami miał tasiemca i świeżba; jesienią dorobił się wrzoda wielkości piłeczki pingpongowej w jamie ustnej, a wczoraj podczas wizyty u weterynarza okazało się że nie tylko w miejscu gdzie nieszczęsny kleszcz się przyssał zaczyna robić mu się wrzód, ale ma również infekcję grzybiczną w lewym uchu.
- adopcja Nero: $50
- pierwsza wizyta u weterynarza i szczepienia: $300
- zimowy pobyt w psim hotelu: $250
- wizyta w pogotowiu weterynaryjnym z infekcją jamy ustnej: $300
- popołudniowe wizyty ‚walking service‘ kilka razy w miesiącu: $16 każdorazowo
- indywidualne szkolenie i ucywiliozowywanie Nero: $400
- wczorajsza wizyta szczepionkowa i antybiotyki na wrzoda i babeszjozę: $350
- ciepły język na policzku, mokry wypadek na drwnianej podłodze, najgłośniejszy na świece ogon merdający o ścianę i ciasto rabarbarowe „całkiem przez przypadek“ na kuchennej podłodze: BEZCENNE!!!
wychudzony Nero tuż po przybyciu do naszego domu rok temu
Nero smacznie spiący przy drzwiach
jakby troszkę jeszcze się przybliżyli to wyglądali by jak Yin and Yang
całkowicie beztroski Nero biega po podwórku za domem
wtorek, 13 lipca 2010
Kupienie prezentu dla Mika jest zawsze nie lada wyzwaniem. On zawsze wszystko ma i niczego nie potrzebuje. A jeśli już coś by mu się przydało to zazwyczaj są to przedziwne rzeczy, które trzeba samemu kupić. Już nawet przestałam się dopytywać co Mike by chciał na urodziny czy na gwiazdkę, bo na przestrzeni lat otrzymałam następujące odpowiedzi: nową wkładkę do kasku hokejowego (która musi być dopasowana indiwidualnie), nowe płozy do hokejówek (ten sam problem), triggery do perkusji (pewnie zastanawiacie się co to jest? Ja też na początku nie wiedziałam). W ogóle nawet gdyby te wszystkie przedmioty nie wymagały dopasowywania to i tak byłyby kiepskimi prezentami. Moim zdaniem prezent to powinno być coś niekonwencjonalnego, najlepiej niepraktycznego… a już jak ma być praktyczny, to przynajmniej niech będzie na tyle wyjątkowy, że bez urodzin czy bez gwiazdki, raczej byśmy sobie na niego nie pozwolili.
W tym roku na urodziny udało mi się zaskoczyć Mika prezentem, którego zupełnie się nie spodziewał i… który niezykwle mu się spodobał. Wykupiłam mu warsztat kulinarny „Grillowanie owoców morza“. Żeby nie było mu samotnie to przy okazji sama skorzystałam. Lekcja odbyła się w sklepie specjalizującym się w artykułach kulinarnych, i w którym jest pełnowymiarowa, świetnie wyposarzona kuchnia. W sumie w naszych zajęciach brało udział15 osób. Na początku nasz instruktor, z wyszstałcenia kucharz, który obecnie uczy gotowania i prowadzi sklep rybny, przedstawił nam cztery przepisy wybrane na naszą lekcję. Przy tej okazji tłumaczył nam różne sposoby połowu i przechowywania ryb i innych żyjątek, jak ocenić czy nasz potencjalny zakup jest świeży, jak wypatroszyć ryby, oprawić krewetki i jak obchodzić się z delikatnymi muszelkowymi stworzeniami. Następnie podzieliliśmy się na 4 grupy; każda była odpowiedzialna za przygotowanie jednej potrawy. Można było chodzić między stolikami i przyglądać się jak inni pracowali nad swoimi daniami. Samo gotowanie odbywało się na grillu w centrum kuchni, tak żeby wszyscy wiedzieli jak ocenić gotowość szaszłyków z tuńczyka, czy zawijanych w boczek przegrzebków (według mojego słownika, tak właśnie nazywają się ‚scallops‘ po polsku). Na sam koniec zjedliśmy nasz cztero-daniowy obiad… który, nie da się zaprzeczyć, był wyśmienity. A sam Mike tak się rozochocił że już przeglądał kalendarz sklepowy w poszukiwaniu kolejnej kulinarnej przygody!
W tym roku na urodziny udało mi się zaskoczyć Mika prezentem, którego zupełnie się nie spodziewał i… który niezykwle mu się spodobał. Wykupiłam mu warsztat kulinarny „Grillowanie owoców morza“. Żeby nie było mu samotnie to przy okazji sama skorzystałam. Lekcja odbyła się w sklepie specjalizującym się w artykułach kulinarnych, i w którym jest pełnowymiarowa, świetnie wyposarzona kuchnia. W sumie w naszych zajęciach brało udział15 osób. Na początku nasz instruktor, z wyszstałcenia kucharz, który obecnie uczy gotowania i prowadzi sklep rybny, przedstawił nam cztery przepisy wybrane na naszą lekcję. Przy tej okazji tłumaczył nam różne sposoby połowu i przechowywania ryb i innych żyjątek, jak ocenić czy nasz potencjalny zakup jest świeży, jak wypatroszyć ryby, oprawić krewetki i jak obchodzić się z delikatnymi muszelkowymi stworzeniami. Następnie podzieliliśmy się na 4 grupy; każda była odpowiedzialna za przygotowanie jednej potrawy. Można było chodzić między stolikami i przyglądać się jak inni pracowali nad swoimi daniami. Samo gotowanie odbywało się na grillu w centrum kuchni, tak żeby wszyscy wiedzieli jak ocenić gotowość szaszłyków z tuńczyka, czy zawijanych w boczek przegrzebków (według mojego słownika, tak właśnie nazywają się ‚scallops‘ po polsku). Na sam koniec zjedliśmy nasz cztero-daniowy obiad… który, nie da się zaprzeczyć, był wyśmienity. A sam Mike tak się rozochocił że już przeglądał kalendarz sklepowy w poszukiwaniu kolejnej kulinarnej przygody!
Subskrybuj:
Posty (Atom)