Jejku – już mnie tu nie było 6 tygodni! Postaram się nadrobić w wielkim skrócie
- no więc telefonu jednak nie udało się wskrzesić. Podziałał przez dwa tygodnie i padł na dobre. W końcu i tak musiałam kupić nowy;
- w zeszłym tygodniu stuknęło nam 5 lat… nawet udało mi nam się wywrwać na weekend z tej okazji… do Nashville, Tennessee, które okazało się bardzo zabawnym i klimatycznym miejscem. A raczej mi sie udało wywrwać na weekend, bo Mike by tam wybył czy tak, czy siak… bo akurat miał tam podróż służbową;
- w ogóle ten mój mąż się strasznie ostatnio zrobił ‚biznesmeński‘… więcej go nie ma w domu niż jest. W pierwszej połowie miesiąca nie było go przez tydzień, a teraz znowu wybył… i to aż na dwa tygodnie. A ja tutaj siedzę i… płacę za zaległości w szkole, które mi się nazbierały w ciągu mojej dwudniowej nieobecności w zeszłym tygodniu;
- zostaliśmy włascicielami nowego autka… a raczej Mike został, bo jego wyjeżdżony poczciwy Hyundai w końcu się zbuntował;
- miałam małą kolizję drogową - straciłam lusterko w samochodzie… i ja i samochód w który jakimiś dziwnym trafem wjechałam.
- zaliczyłam nefrologię, a teraz zgłębiam tajniki onkologii i hematologii
No to chyba narazie tyle w wielkim skrócie. Postaram się być bardziej na czasie z posotwaniem, ale to nie zawsze tak wychodzi.
"The longer I live, the more I realize the impact of attitude on life. Attitude is more important than facts. It is more important than the past, than education, than money, than circumstances, than failures, than successes, than what other people think or say or do. It is more important than appearance, giftedness, or skill. It will make or break a company... a church... a home. The remarkable think is we have a choice every day regarding the attitude we will embrace for that day. We cannot change our past... we cannot change the fact that people will act in a certain way. We cannot change the inevitable. The only thing we can do is play on the one string we have, and that is our attitude. I am convinced that life is 10% what happens to me and 90% how I react to it. And so it is with you... we are in charge of our attitudes." (from 'Attitude' by Charles Swindoll)
piątek, 31 października 2008
wtorek, 16 września 2008
rezurekcja telefoniczna
No więc w piątek przytrafiło mi się coś co myślałam że nie zdarza się w prawdziwym życiu… tylko na przykład w głupawych reklamach. Włożyłam telfon do tylnej kieszeni dżinsów i na śmierć o nim zapomniałam. Sam mi o sobie przypomniał jak usłyszałam plusk wody w toalecie! Od razu popędziłam do komputera i ‚zgooglowałam‘ mnóstwo przepisów na odratowanie mokrego iphona! Chyba najbarziej jednoznaczną poradą było umieszczenie telefonu w szczelnym pojemniku z ryżem. Tak też zrobiłam i... niestety po dwóch dniach telefon nawet nie mrugnął i nie wydał żadnego dźwięku. Tak więc w niedzielę stałam sie właścicielką nowego iPhone 3G…. po to tylko żeby po powrocie do domu odkryć że mój stary telefon jednak zaczął działać. Tak więc w poniedziałek poczłapałam do sklep oddać nowo-zakupiony telefon i… mój stary się wtedy zadeklarował że działa… ale tak jak jemu się podoba ;). Miejmy nadzieję że jeszcze jak trochę sie osuszy to powróci do normalci ;).
No a tak poza tym to tylko chciałam się podzielić że w końcu po… prawie pięciu latach od ślubu w końcu dostałam permamentna zieloną kartę! Czas najwyższy… chociaż biorąc pod uwagę balagan panujący w urzędzie emigracyjnym to chyba powinnam być wdzięczna że przyszła po pięcu latach… i że w ogole przyszła.
No a tak poza tym to tylko chciałam się podzielić że w końcu po… prawie pięciu latach od ślubu w końcu dostałam permamentna zieloną kartę! Czas najwyższy… chociaż biorąc pod uwagę balagan panujący w urzędzie emigracyjnym to chyba powinnam być wdzięczna że przyszła po pięcu latach… i że w ogole przyszła.
niedziela, 7 września 2008
Co?! Już wrzesień?!
Kurcze! Nawet nie wiem kiedy ten czas tak ucieka! Nauki w tym roku nieporównywalnie więcej niż w zeszłym. Mika często nie ma – delegacja za delegacją, no ale nie narzekam, przynajmniej jest okazja do nauki. Znowu zaczęłam dojeżdżać do szkoły z wsółpasażerami; trzy tygodnie temu znalazła moje ogłoszenie na internecie dziewczyna, która dojeżdża do pracy do Richmond (jest mikrobiologiem), a w zeszłym tygodniu chłopak, który robi podyplomówkę na mojej uczelni, i chce zdawać na medycynę w bliższej bądź dalszej przyszłości… Jak widać dobraliśmy się w korcu maku, choć do tej pory nie rozmawialiśmy jeszcze na tematy zawodowe/ naukowe! Mam tylko nadzieję że nie ja i Stephanie nie doprowadzimy Bena do białej gorączki naszymi babskimi plotkami ☺.
W piątek przydarzyła mi się nisamowicie przedziwna historia! Może nie byłoby w niej nic zaskakującego gdyby przydarzyła mi się jakieś 10 lat temu. Wybrałam się do zegarmistrza w centrum handlowym. Naprawa miała trwać około 20 minut, więc postanowiłam powłóczyć się i pooglądać wystawy, bo nawet nie miałam natchnienia na zakupy. No i nagle ni stąd ni z owąd (czy to tak się pisze?) podchodzi do mnie całkiem przystojny młodzieniec i… rozpoczyna się przedziwna rozmowa: (tłumaczenie polskie)
> on: Cześć!
> ja (niepewnie): Cześć!
> on: Nie poznajesz mnie?
> ja: Nie wydaje mi się żebyśmy się znali
> on: pracuję w sklepie, w którym kupujesz karmę dla psa.
> ja (przekonana że za każdym razem pracuje tam ktoś inny; wciąż niepewnie): OK…
> on: Tak tylko chciałem zagadać i przedstawić się.
> ja: OK…
> on: mam na imię Drew
> ja: miło cię poznać
> on: tak pomyślałem sobie że może chciałabyś wyjść ze mną do kina albo na obiad…
… moje ździwienie w tym momencie sięgnęło zenitu! I już sama nie wiem czy bardziej byłam zaskoczona faktem że zostałam zaproszona przez obcego faceta będąc mężatką, czy tym że mój adorator był przynajmniej 10 lat ode mnie młodszy!
Odmówiłam, pokazałam mu obrączkę na palcu i zobaczyłam najbardziej zakłopotaną minę od bardzo długiego czasu…
W piątek przydarzyła mi się nisamowicie przedziwna historia! Może nie byłoby w niej nic zaskakującego gdyby przydarzyła mi się jakieś 10 lat temu. Wybrałam się do zegarmistrza w centrum handlowym. Naprawa miała trwać około 20 minut, więc postanowiłam powłóczyć się i pooglądać wystawy, bo nawet nie miałam natchnienia na zakupy. No i nagle ni stąd ni z owąd (czy to tak się pisze?) podchodzi do mnie całkiem przystojny młodzieniec i… rozpoczyna się przedziwna rozmowa: (tłumaczenie polskie)
> on: Cześć!
> ja (niepewnie): Cześć!
> on: Nie poznajesz mnie?
> ja: Nie wydaje mi się żebyśmy się znali
> on: pracuję w sklepie, w którym kupujesz karmę dla psa.
> ja (przekonana że za każdym razem pracuje tam ktoś inny; wciąż niepewnie): OK…
> on: Tak tylko chciałem zagadać i przedstawić się.
> ja: OK…
> on: mam na imię Drew
> ja: miło cię poznać
> on: tak pomyślałem sobie że może chciałabyś wyjść ze mną do kina albo na obiad…
… moje ździwienie w tym momencie sięgnęło zenitu! I już sama nie wiem czy bardziej byłam zaskoczona faktem że zostałam zaproszona przez obcego faceta będąc mężatką, czy tym że mój adorator był przynajmniej 10 lat ode mnie młodszy!
Odmówiłam, pokazałam mu obrączkę na palcu i zobaczyłam najbardziej zakłopotaną minę od bardzo długiego czasu…
wtorek, 19 sierpnia 2008
Nie chwalić dnia przed zachodem słońca
Zapowiadał się taki niezły dzień… a przynajmniej od południa! Bo rano miałam egzamin, a z egzaminami to nigdy nie wiadomo. Okazało się jednak że tym razem poszło mi wyśmienicie, wiec tymbardziej nastawiałam się na relaksujące popołudnie. Zaczęłam od samotnego wypadu do kina na typowy kobiecy film „Vicky, Cristina, Barcelona“. Woody Allen bardzo się postarał i film był świetny; prawdziwy i... jakby o mniej samej, przynajmniej chwilami!
Mike jest w delegacji, wraca dopiero jutro, tak więc wieczór miał być całkowicie mój: siłownia, długi prysznic, napisanie e-maili do M. i M (jeśli to czytacie to proszę bądżcie cierpliwe – jakoś się zabiorę do tego), może jakieś czytadło, no i przede wszystkim wczene pójście do łóżka. No ale jak widać nie za bardzo mi to wyszło… bo już jest jutro!
Wchodzę do domu i od razu zauważam że coś bardzo intensywnie pachnie! Pomyślałam że nie wyniosłam śmieci, ale okazało się że Shiva przechodziła właśnie rewolucję żołądkową i… stąd możecie sobie wyobrazić. Większość wieczoru minęła mi więc na czyszczeniu dywanu, wywabianiu plam, zabijaniu zapachu i… kilkukrotnych wyprawach do sklepu w celu nabcia coraz to wymyślniejszych środków czyszczących.
No i niech mi ktoś powie, czemu takie sytuacje zawsze się zdarzają jak faceci są w delegacji?!
Mike jest w delegacji, wraca dopiero jutro, tak więc wieczór miał być całkowicie mój: siłownia, długi prysznic, napisanie e-maili do M. i M (jeśli to czytacie to proszę bądżcie cierpliwe – jakoś się zabiorę do tego), może jakieś czytadło, no i przede wszystkim wczene pójście do łóżka. No ale jak widać nie za bardzo mi to wyszło… bo już jest jutro!
Wchodzę do domu i od razu zauważam że coś bardzo intensywnie pachnie! Pomyślałam że nie wyniosłam śmieci, ale okazało się że Shiva przechodziła właśnie rewolucję żołądkową i… stąd możecie sobie wyobrazić. Większość wieczoru minęła mi więc na czyszczeniu dywanu, wywabianiu plam, zabijaniu zapachu i… kilkukrotnych wyprawach do sklepu w celu nabcia coraz to wymyślniejszych środków czyszczących.
No i niech mi ktoś powie, czemu takie sytuacje zawsze się zdarzają jak faceci są w delegacji?!
niedziela, 10 sierpnia 2008
O półpaścu, bocianach i takich tam…
No więc dla tych co większość wieści o nas czerpią z bloga: Mike urodził kamienia po dziesięciu dniach raz większego, raz mniejszego bólu. Ja natomiast w międzyczasie samozdiagnozowałam u siebie półpaścca – tak więc studiowanie medycyny na coś się przydaje… tym bardziej że jak tydzień później w końcu miałam czas i poszłam do lekarza, okazało się że moja diagnoza była jak najbardziej poprawna, i nawet kurowałam się odpowiednimi lekami (których co prawda nie mogłam sobie sama przepisać, ale akurat miałam je w domu jako pozostałość po innej dolegliwości).
Moje wakacje już się skończyły. Szkoła rozkręciła się na całego i już nawet jestem po jednej rundzie egzaminów – z farmakologii. Wczoraj Mike sprzedał swojego lotusa. Smutno było rozstawać nam się z tym autem, ale już nacieszyliśmy się nim i jakkolwiek nie analizowaliśmy sytuacji, to zdrowy rosądek podpowiadał że jak tylko trafi się kupiec to trzeba łapać okazję za ogon i sprzedać.
A teraz co bociany mają wspólnego z dzisiejszym postem? No więc zaczęła się olimpiada w Pekinie, i przypomniało mi się że jak byłam w Polsce to akurat było Euro 2008 no i po raz pierwszy widziałam Polskę w takich patriotycznych nastrojach, z flagami na każdym rogu i balkonie.


No a od tych flag do bocianów to już tylko jeden mały skrót myślowy…bo w końcu to takie typowo Polskie ptaki. Uwielbiam bocianki. Naogłądałam się ich do bólu, bo jak byliśmy na Mazurach to co drugie gospodarstwo miało własne gniazdo!


I nawet sobie przywiozłam trochę tej bocianiej polskości do domu… a raczej do ogródka.
Moje wakacje już się skończyły. Szkoła rozkręciła się na całego i już nawet jestem po jednej rundzie egzaminów – z farmakologii. Wczoraj Mike sprzedał swojego lotusa. Smutno było rozstawać nam się z tym autem, ale już nacieszyliśmy się nim i jakkolwiek nie analizowaliśmy sytuacji, to zdrowy rosądek podpowiadał że jak tylko trafi się kupiec to trzeba łapać okazję za ogon i sprzedać.
A teraz co bociany mają wspólnego z dzisiejszym postem? No więc zaczęła się olimpiada w Pekinie, i przypomniało mi się że jak byłam w Polsce to akurat było Euro 2008 no i po raz pierwszy widziałam Polskę w takich patriotycznych nastrojach, z flagami na każdym rogu i balkonie.
No a od tych flag do bocianów to już tylko jeden mały skrót myślowy…bo w końcu to takie typowo Polskie ptaki. Uwielbiam bocianki. Naogłądałam się ich do bólu, bo jak byliśmy na Mazurach to co drugie gospodarstwo miało własne gniazdo!

I nawet sobie przywiozłam trochę tej bocianiej polskości do domu… a raczej do ogródka.
wtorek, 15 lipca 2008
Kamienica Nerkowa
No wiec nasz ostatni weekend nie był taki jak to sobie do końca zaplanowaliśmy. W piątek Mika zespół miał mieć wieczorem koncert, ale nic z tego nie wyszło. W sobotę trzeba było zrezygnować z naszych planów towarzyskich, niedziela też gdzieś prześliznęła się między palcami.
Już z samego rana w piątek tuż po dotarciu do pracy mój mąż zadzwonił do mnie i oświadczył że jest na pogotowiu. Zanim tam dotarłam, już był po badaniach, rentgenach, tomografii i okazało się że ma 4mm kamień w lewym moczowodzie (co tu dużo mówić; dosyć pokaźny okaz!). Napakowali w niego narkotyków, bo jakby nie było duży kamień nerkowy to jeden z najgorszych bólów jakie są, i przywiozłam go do domu. Niby że taki kamyk może zejść w każdej chwili: za godzinę, za trzy… no ale może i za dwa tygodnie. Jak się będzię upierał cały miesiąc, to dopiero wtedy usuwają chirurgicznie.
W każdym razie w tej chwili mija piąty dzień i narazie bez powodzenia. Czasem jest lepiej, czasem gorzej; najważniejsze że przez większość czasu bół udaje się utrzymać w ryzach... z wyjątkiem momentów kiedy Mike postanawia udawadniać jakim to jest bohaterem i że poradzi sobie sam bez ‚pain killerów‘. Miejmy nadzieję że zanim się obejrzymy będzię po problemie.
Już z samego rana w piątek tuż po dotarciu do pracy mój mąż zadzwonił do mnie i oświadczył że jest na pogotowiu. Zanim tam dotarłam, już był po badaniach, rentgenach, tomografii i okazało się że ma 4mm kamień w lewym moczowodzie (co tu dużo mówić; dosyć pokaźny okaz!). Napakowali w niego narkotyków, bo jakby nie było duży kamień nerkowy to jeden z najgorszych bólów jakie są, i przywiozłam go do domu. Niby że taki kamyk może zejść w każdej chwili: za godzinę, za trzy… no ale może i za dwa tygodnie. Jak się będzię upierał cały miesiąc, to dopiero wtedy usuwają chirurgicznie.
W każdym razie w tej chwili mija piąty dzień i narazie bez powodzenia. Czasem jest lepiej, czasem gorzej; najważniejsze że przez większość czasu bół udaje się utrzymać w ryzach... z wyjątkiem momentów kiedy Mike postanawia udawadniać jakim to jest bohaterem i że poradzi sobie sam bez ‚pain killerów‘. Miejmy nadzieję że zanim się obejrzymy będzię po problemie.
niedziela, 13 lipca 2008
Słodkie lenistwo
Ostatnie dwa tygodnie upłynęły pod znakiem lenistwa i… odpoczynku. Ponadrabiałam trochę zaległości w spaniu… raczej rzadko zdarza mi się spać po 8-10 godzin na dobę (no ale w końcu od tego są wakacje), w czytaniu, w serialach… w ciągu ostatniego tygodnia obejrzałam trzy sezony ‚24‘. Teraz jestem na bierząco i gotowa na styczeń do oglądania siódmego sezonu w telewizji! Zapisałam się na siłownię i przynajmniej narazie bywam w niej prawie codziennie, zaczęłam się uczyć hiszpańskiego…
Wracając do relacji z Polski…
Ponownie udało mi się odwiedzić Wrocław, który jest wyjątkowo urokliwy latem; no i w końcu oprócz ‚włóczenia się‘ po starówkowych pubach i kafejkach, udało mi się w końcu zobaczyć Panoramę Racławicką i ogród japoński.


Pierwszy raz od wielu wielu lat wybrałam się na północ Polski; odwiedziłam Olsztyn, miasto w którym się urodziłam…

…Grunwald

… Malbork, który naprawdę robi wrażenie, nawet na kimś kto widział już zamek wielokrotnie; moja sugestia na przyszłość: warto byłoby zrobić opcję zwiedzania zamku w 45 minut, albo godzinę; 3 godzinna wycieczka jest poważnym wyzwaniem nawet dla najbardziej cierpliwych i wytrzymałych.

W Gdańsku nie byłam już 13 lat (ostatni raz na wycieczce jeszcze w ogólniaku). Stare miasto jest piękne, ale… brakuje mu klimatu i atmosfery – co jest z resztą nie tylko moją opinią ale i Mika (który urokował Gdańsk na ostatnim miejscu porównując do innych miast które już odwiedził, za Warszawa, Krakowem i Wrocławiem).

No bo powiedzcie sami: jak tu nie mieć sentymentu do warszawsiej starówki?
Wracając do relacji z Polski…
Ponownie udało mi się odwiedzić Wrocław, który jest wyjątkowo urokliwy latem; no i w końcu oprócz ‚włóczenia się‘ po starówkowych pubach i kafejkach, udało mi się w końcu zobaczyć Panoramę Racławicką i ogród japoński.


Pierwszy raz od wielu wielu lat wybrałam się na północ Polski; odwiedziłam Olsztyn, miasto w którym się urodziłam…

…Grunwald

… Malbork, który naprawdę robi wrażenie, nawet na kimś kto widział już zamek wielokrotnie; moja sugestia na przyszłość: warto byłoby zrobić opcję zwiedzania zamku w 45 minut, albo godzinę; 3 godzinna wycieczka jest poważnym wyzwaniem nawet dla najbardziej cierpliwych i wytrzymałych.

W Gdańsku nie byłam już 13 lat (ostatni raz na wycieczce jeszcze w ogólniaku). Stare miasto jest piękne, ale… brakuje mu klimatu i atmosfery – co jest z resztą nie tylko moją opinią ale i Mika (który urokował Gdańsk na ostatnim miejscu porównując do innych miast które już odwiedził, za Warszawa, Krakowem i Wrocławiem).

No bo powiedzcie sami: jak tu nie mieć sentymentu do warszawsiej starówki?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)